Po dwóch tygodniach spadków na GPW wreszcie pojawiły się wzrosty. Trzeba jednak pamiętać, że jedna sesja nie zmienia trendu, który od początku roku jest niemiłosiernie spadkowy.


Złośliwi powiedzieliby, że WIG20 odetchnął z ulgą po ostatnim meczu reprezentacji Polski na Mundialu w Rosji. Gdy rozpoczynał się europejski czempionat, WIG20 notowany był po przeszło 2 200 punktów. Teraz jesteśmy o sto punktów niżej.
Dziś jednak na światowych rynkach był czas odreagowanie po spadkach z ostatnich tygodni. Chyba nie warto dociekać przyczyn takiego stanu rzeczy – mamy przecież ostatnią sesję drugiego kwartału i pierwszego półrocza, co nierzadko sprzyja dziwnym ruchom na rynkach finansowych. Na całym świecie giełdy świeciły się na zielono (no, może poza Azją, gdzie kolorem wzrostów jest czerwień).
Gdy kończyła się sesja przy Książęcej, główne indeksy w Europie rosły po ok. 1%. Tabelę otwierały Budapeszt (+2,1%) i Moskwa (+2,05%) przed Sztokholmem (+1,7%) i Zurychem (+1,6%). We Frankfurcie DAX zyskiwał 1,4%, a paryski CAC40 szedł w górę o 1,3%. Od blisko jednoprocentowych wzrostów dzień rozpoczęły także indeksy amerykańskie.
Na GPW najlepiej poradziły sobie największe spółki – WIG20 zyskał 1,75%, odbijając się z najniższych poziomów od lutego 2017 roku. Słaby był mWIG40, który urósł tylko o 0,56%, na początku sesji wręcz pogłębiając wielomiesięczne dno. Bez werwy był też sWIG80, który wzrósł o 0,82% i po raz pierwszy od maja zdołał zaliczyć dwie wzrostowe sesje z rzędu. Wagę piątkowych wzrostów umniejszają stosunkowo niskie obroty, które na rynku głównym wyniosły 734 mln zł.

Wśród 20 największych spółek tylko walory LPP (-2%) i CCC (-3,5%) zakończyły dzień pod kreską. Najwięcej zyskali posiadacze akcji Lotosu (+4,4%) i PZU (+4,1%). W mWIG-u wzrostom przewodziły Bogdanka (+5,7%) i Azoty (4,1%), zaś czerwoną latarnią okazały się walory Sanoku (-4%) oraz Budimeksu (-2,2%).
Krzysztof Kolany






























































