Redaktor Bankier.pl prosto z Rosji. O mundialu i nie tylko

Nasz redaktor Adam Torchała udał się do Rosji na Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. Będziemy publikować jego zapiski, w których pokazuje mundial z perspektywy turysty i kibica.

Odcinek 4: Jak podróżować po Rosji i nie zwariować [1 lipca]

Sporym wyzwaniem wyjazdu do Rosji jest logistyka. Nawet jeżeli ograniczymy się tylko do europejskiego obszaru Rosji - tu odbywają się mistrzostwa - to wciąż mamy do czynienia z ogromnymi połaciami terenu, większymi niż w przypadku każdego innego kraju kontynentu. Podczas mistrzostw do tego wszystkiego dochodzi jeszcze kolejny element, zwiększony popyt na transfer pomiędzy największymi miastami. Niby dla kibiców przeznaczone są specjalne pociągi - oficjalnie ma być ich w sumie aż 728 - nam jednak ich godziny i trasy kursowania średnio pasowały do planów. A nawet jeśli, na któryś moglibyśmy się zdecydować, miejsca były już wykupione.

Wiele osób sięgnęło po samoloty, które ułatwiały szybki przeskok między dużymi miastami. W Rosji siatka wewnętrznych połączeń jest jako tako rozwinięta, stąd na lotniskach było widać sporo osób z Fan ID. Z samolotami jednak jak to z samolotami, nie zawsze uda się znaleźć tani lot w pasującym nam terminie. My przykładowo podczas naszej podróży odbywamy dwa loty wewnętrzne, raz liniami lotniczymi Pobeda z Moskwy do Astrachania, raz Aerofłotem z Kazania do Moskwy. W pozostałej części wyprawy bazujemy na bardzo popularnych tutaj pociągach. Ten rodzaj transportu, z racji rozmiaru Rosji, wygląda tu zupełnie inaczej niż w Polsce.

Podstawą naszej wyprawy są pociągi dalekobieżne. Te składają się zazwyczaj z kilkunastu wagonów i przemierzają kilka tysięcy kilometrów. Przykładem niech będzie pociąg z Soczi nad Morzem Czarnym do Jekaterinburga pod Uralem. W obu miastach odbywają się mecze, oba dzieli jednak aż blisko 2,5 tys. km. Pociąg jedzie ponad 60 godzin i w II klasie kosztuje ok. 360 zł.

Na takich trasach nie spotkamy jednak zwykłych składów, a składy przystosowane do jazdy wielodniowej. Można kupić miejsce w kuszetkach albo na tańszej plackarcie. Z tej ostatniej szybko jednak rezygnujemy. Jest to bezprzedziałowy wagon, w którym na ciasno poupychanych łóżkach śpi kilkadziesiąt osób. Korzystaliśmy już z tego rozwiązania na Ukrainie. Było duszno i niewygodnie. Wybieramy drożej, ale o klasę wyżej - "coupee" daje nam przedział akurat dla naszej czwórki.

Z "coupee" też jednak bywa różnie. 13 godzin na trasie Wołgograd-Syzran spędzamy w starym wagonie, gdzie nie ma klimatyzacji (jest więc strasznie duszno) i gniazdek. Z Syzrania do Kazania 9 godzin spędzamy zaś w "coupee", w którym nie dość, że jest klimatyzacja, to jeszcze otrzymujemy posiłek. W toalecie zaś wajcha nożna ustępuje miejsca zwykłemu przyciskowi, a kurki pamiętające Chruszczowa zwykłemu kranowi. Różnica klas, choć zamawialiśmy to samo. Gniazdek wciąż brak, ale po wołgogradzkim rozczarowaniu takie warunki przyjmujemy z radością.

Pociągi dalekobieżne łączą główne miasta, choć czasami potrafią zatrzymywać się na stacjach w lesie bądź szczerym polu. I to rozkładowo, a nie awaryjnie. To o tyle dziwne, że pociągi te nie są zwykłymi "osobówkami", na swej przeszło 1000-kilometrowej trasie maja ledwie kilkanaście przystanków.

Warto dodać, że pociągi te najczęściej jeżdżą nie codziennie, a co dwa dni. Rozkłady działają więc w pewnym sensie w systemie dzień parzysty/nieparzysty.

Są tez krótsze trasy. Te obsługują ekspresy albo elektriczki. Tymi pierwszym jechaliśmy dwa razy i standard podobny był do nowych składów PKP IC, tymi drugimi trzy razy i za każdym razem trafialiśmy bardzo kiepsko. Standard starych składów Przewozów Regionalnych. Elektriczki z naszymi EN-kami łączy powszechność, niewygoda, nieumiejętność odpowiedniego dopasowania temperatury wewnątrz składu i przepełnienie. Ciekawostką może być fakt, że np. elektriczka, którą podróżujemy z Samary do Syzrania, zgodnie z informacją jest linia podmiejska. Miasta te dzieli jednak 120 km. Skala Rosji znów daje o sobie znać.

Ciekawie wygląda też system informacji pasażerskiej. W Moskwie wygląda to bardzo zachodnio. Jest kilka dużych dworców, z których startują pociągi w różnych kierunkach. Łączy je sprawne moskiewskie metro, informacje o pociągach i peronach można zaś znaleźć bez problemu. Moskwa to jednak - jak mówi wielu Rosjan - nie Rosja. Moskwa to Moskwa. Tam wszystko jest bogatsze, lepsze, większe. Doświadczamy tego i my, widząc różnicę pomiędzy Moskwą a tą drugą Rosją na poziomie choćby jeżdżących po ulicach samochodów czy zadbania o infrastrukturę i budynki.

Jak więc dworce wyglądają poza Moskwą? Cóż, np. w Syzraniu nikt nie wie, z którego peronu odjedzie pociąg. Jest to zapowiadane przez głośniki dosłownie tuż przed pojawieniem się pociągu. Jako że elektriczka, którą jedziemy, nie ma systemu rezerwacji miejsc, a chętnych na przejazd jest naprawdę sporo, zaczyna się walka o pole position. Najlepiej na perony dotrzeć z przejścia nadziemnego, to właśnie tam ustawiają się tłumy. Gdy tylko pada informacja, zaczyna się wędrówka ludów na odpowiedni peron. I u nas czasami można zaobserwować takie sceny, np. na PKS-ie czy na lotnisku, odbywa się to jednak na zupełnie inną skalę niż w Rosji.

Są też jednak i przystanki, które nawet nie dorobiły się swojej nazwy. Ot, po prostu oznaczono je numerem kilometra. Często tego typu przystanki pozbawione są peronów. Skacze się z góry na żwir.

W samej elektriczce wygód brak. Ludzie przewożą zwierzęta w klatkach, pan handluje lodami i zimną wodą (ot, substytut klimatyzacji). Nieszczęśnicy, dla których zabrakło miejsca w przedziale, muszą się zaś mierzyć nie tylko z powszechną w całym pociągu duchotą i brakiem miejsca do siedzenia, ale i z palaczami, którzy mimo zakazu bez skrupułów właśnie tam udają się na dymka. Alkoholu na pokładzie jednak nie widać zbyt wiele, wbrew stereotypowi niewielu Rosjan decyduje się walczyć z trudami podróży właśnie w ten sposób.

Rosyjskie koleje są więc pełne wad, często są jednak jedynym sposobem, by bez wynajmowania samochodu dotrzeć do celu. Dalekie trasy wykształciły także inną kulturę podróżowania, co sprawia, że jazda pociągiem po Rosji to inne doświadczenie niż podróż po Polsce. Szczególnie, gdy za oknem jest np. bezkresny step, który mieliśmy okazję podziwiać w drodze z Astrachania do Wołżska.  

Odcinek 3: Mundialowa gorączka Wołgogradu [28 czerwca]

W Wołgogradzie przed meczem Polski spotykamy wiele osób z flagami, przebraniami, koszulkami, jednak miasto nie wydawało się zalane turystami. Bez problemu znajdujemy miejsce w komunikacji miejskiej, zostawiamy bagaż i przebijamy się przez dworzec. Jedyną denerwującą czynnością jest przejście przez kontrolę, która przypomina trochę tę znaną z lotniska. Towarzyszy nam ona w Rosji od kilku dni. Każde wejście do centrum handlowego, większej atrakcji czy na dworzec to prześwietlanie bagażu i wyjmowanie rzeczy z kieszeni. Skanowanie bywa uciążliwe i czujemy się trochę jak w słynącym z prześwietlania wszystkiego Izraelu, jednak chęć zachowania bezpieczeństwa jak najbardziej rozumiemy.

Czujemy się zresztą bezpiecznie, nawet idąc w naszych barwach. Rosjanie pochodzą, krzyczą "Polsza!", życzą powodzenia, proszą o zdjęcie. Co ciekawe, nawet japońska telewizja, której przed wejściem na stadion udzielamy wywiadu, pyta się nas: "słyszeliśmy, że Polacy z Rosjanami się nie lubią. Jak się tu czujecie?". Żadnej niechęci jednak nie widać, część Rosjan przychodzi nawet na stadion w polskich barwach.

To właśnie Rosjanie w dużej mierze zasiadali na trybunach. Ich przewagę liczebną słychać zresztą na stadionie, gdzie najgłośniejsze nie jest ani "Polska", ani "Nippon", a "Rasija". To też Rosjanie zaczynają pierwsi gwizdać, gdy w ostatnich minutach zaczyna się obustronna gra na czas. My też czujemy pewne zażenowanie, jednak co mają powiedzieć Japończycy, gdzie honor stawiany jest tak wysoko? Z Japończykami rozmawiamy zresztą po meczu i słyszymy m.in. pytanie, "czy naszym zdaniem gra była zgodna z duchem Samuraja?". Awans częściowo jednak zmazuje tę plamę i po meczu Japończycy i tak świętują.

Mundialowej gorączki doświadczyliśmy jednak i w dosłownym tego słowa znaczeniu. Przed meczem w Wołgogradzie jest sporo ponad 30 stopni, dzień wcześniej w Astrachaniu doświadczamy blisko 40-stopniowych upałów. Ciężko zmusić się do zwiedzania, warto jednak podjąć ten wysiłek. Wołgograd może nie ma pięknej starówki, dla fanów historii to jednak miasto pełne ważnych miejsc. Wołgograd to bowiem znany z historii Stalingrad. To tu rozegrała się słynna bitwa II wojny światowej, która Stalingrad podniosła do rangi symbolu. W wielu miejscach spotykamy odwołania do tej bitwy, nad miastem góruje zaś największy pomnik w Europie: Ojczyzna wzywa. Pomniki są tutaj zresztą na każdym kroku. Sporo symboliki, sporo propagandy.

Poza tym Wołgograd to bloki, często z zabudowanymi balkonami, co jest bardzo charakterystyczne dla krajów byłego Związku Radzieckiego. W dniu meczu w mieście obowiązuje prohibicja i  sklepowe półki z alkoholem przykrywają czarne worki. Ciekawostką są tez kwestie językowe. Na stadionie, gdzie wydawałoby się np. sprzedawcy powinni znać jakiś język obcy, porozumieć się można tylko po rosyjsku. Do tego jednak też już zdążyliśmy się przyzwyczaić.

Po meczu wsiadamy w nocny pociąg, by oszczędzić na drogich noclegach. Przed nami 14 godzin drogi do Syzrania. Cel: Samara i Kazan, czyli dwaj kolejni gospodarze mistrzostw.

Odcinek 2: Klimat mistrzostw [25 czerwca]

Klimat mistrzostw. Zachwala go wielu, wielu zaś zna go jednak tylko z opowieści. Nawet u nas, gdzie gościliśmy przecież Euro, którym kipiał np. Wrocław (gdzie mieszkam), w mniejszych miastach, pokroju Wielunia (z którego pochodzę), Euro ograniczało się tylko do kibicowania Naszym. Nie wszędzie dotarła więc mistrzowska gorączka.

Klimat mistrzostw jest jednak czymś specjalnym. Czym dokładnie? Cóż dla nas była to wizyta na placu czerwonym. Pełno barw, pełno strojów, pełno pozytywnej energii. Ludzie noszą flagi i robią sobie zdjęcia. Nie skupiają się jednak na pobliskim Kremlu, GUM-ie czy cudownym soborze, a po prostu na innych ludziach. Argentyńczycy, Brazylijczycy, Urugwajczycy, Meksykanie, Francuzi, Niemcy, Tunezyjczycy, a nawet Kirgizi, Chińczycy i Algierczycy. Zaraz gramy z Kolumbią? Cóż, znajdujemy Kolumbijczyków i z uśmiechem dyskutujemy z nimi o naszej grupie. Japończycy tez są. W przeciwieństwie do boiska dominuje Ameryka Południowa.

Żyjący mundialem ludzie to atrakcja większa niż piękne zabytki placu czerwonego. Uwagę przykuwa każdy, kto się wyróżnia i uśmiecha. Masz flagę? Każdy chce zrobić sobie z Tobą zdjęcie. Masz koszulkę w barwach narodowych? Także. Masz charakterystyczny strój? Tym bardziej. A że potem z tą Kolumbią przegraliśmy? Festiwal trwa. Przykładem niech będą Argentyńczycy, których wszyscy kibice pocieszali. Nas też, choć mecz oglądaliśmy w Domu Polskim w Dubnej. Miasto to z futbolem ma niewiele wspólnego, gdy jednak po meczu wyszliśmy w barwach na ulice, spotykaliśmy ludzi mówiących "3-0, szkoda, może następnym razem, ale fajnie, że graliście". Niby nic to nie zmienia, a jednak milo usłyszeć takie słowa od tutejszych. Nawet tutaj dociera mistrzowska gorączka i poczucie bycia gospodarzem. Nie czuć dystansu, a chęć kontaktu.

Oczywiście nie wszędzie jest tak różowo, niektórzy Rosjanie bowiem aż emanują dystansem. Cóż, każdy ma inne podejście do tego typu imprez i należy to przynajmniej spróbować zrozumieć. Szczególnie w Rosji, gdzie lata czerwonej zarazy do pozytywnego kontaktu z przedstawicielami innych nacji raczej nie zachęcały.

Wielu jednak się stara. Szczególnie ciekawie wyglądają sprawy językowe. Tutaj czeka na nas zresztą swego rodzaju pułapka. Rosjanie, gdy tylko usłyszą swój język, zakładają, ze rozmówca zna go w pełni, dlatego, choć rozumiemy podstawy, po pewnym czasie naszym "pierwszym" językiem staje się angielski. Cel jest tez inny - sprawdzić, jak się można tutaj dogadać w języku, który zapewne większość turystów bierze za "pewną monetę". My bowiem dogadamy się "po słowiańsku". Możemy nie znać dokładnego znaczenia trochę różniących się słów, nasze języki są jednak na tyle podobne, ze koniec końców dochodzimy do porozumienia. Co jednak maja powiedzieć np. Latynosi? Wielu z nich nie zna nie tylko rosyjskiego, ale i angielskiego. Cóż, tutaj - jakby to powiedział znany i lubiany komentator - w sukurs przychodzi technologia. Google Translator powszechnie używany jest na stacjach, w przechowalniach bagażu czy w restauracjach. Choć nie jest to idealne rozwiązanie, to jednak dla wielu Rosjan jest to jedyna droga, by dogadać się z obcokrajowcami. Owszem, angielski jest tu bardziej znany niż np. w Mołdawii czy na wschodnich krańcach Ukrainy, wciąż jednak dogadanie sie w innymi języku niż rosyjski w wielu miejscach może być problemem. A zarobić na mundialu chce przecież każdy. Dlatego translatora używają nawet osoby starsze, które, chcąc sprzedać turystom rosyjski klimat, kuchnię i historię muszą przecież jakoś dobić interesu. Translator im w tym pomaga.

Czy jednak Moskwa kipi mistrzostwami? Cóż, przy ważniejszych atrakcjach są mundialowe flagi, fan-zona na Wróblowych wzgórzach , po ulicach kręci się wielu obcokrajowców, jest to jednak miasto na tyle wielkie i pełne atrakcji, że w świetnie działającym metrze bez problemu można sobie siąść. Chmara turystów przelewa się przez plac czerwony, kolejki do Lenina czy Soboru św. Wasyla są jednak zawsze i nie jest to " mundialowym zaskoczeniem". Ruch jednak jest, o czym świadczy np. fa kt, że na Kreml biletów kupić nie można. Wszystko wykupione. Na kolejne dni także. Cóż, nasze niedopatrzenie, że wzięliśmy się za to ledwie tydzień przed przyjazdem.

Na Ostankino bilety kupujemy jednak bez problemu. O tej atrakcji przyjdzie jednak opowiedzieć w kolejnych wpisach. Rosja to  bowiem kraj wielu "naj", a Ostankino do tego grona z pewnością należy.

(fot. Vyacheslav Prokofyev / TASS)

Odcinek 1: Drogo jak w Rosji [24 czerwca]

Choć do meczu Polska-Japonia, na który mamy bilety, jest jeszcze sporo czasu, przybyliśmy już do Rosji, by - korzystając z Mistrzostw Świata - zwiedzić przynajmniej część tego ogromnego kraju. Mundial wydatnie to ułatwia.

Mając bilet na mecz, mamy bowiem FanID, czyli kartę umożliwiającą wjazd do Rosji w czasie mistrzostw. Nie trzeba wizy, wystarczy FanID - nic tylko zwiedzać. Przygodę rozpoczynamy oczywiście od Moskwy.

Ta przywitała nas prawdziwym chaosem. Wychodząc z lotniska Wnukowo, widzimy ogromny korek i ludzi wijących się między samochodami. Policja niby kieruje ruchem, ale rządzi prawo klaksonu. Te słyszymy średnio co kilka sekund, dwukrotnie w ciągu krótkiego spaceru jesteśmy świadkami tego, jak kierowcom puszczają nerwy, wychodzą z samochodów i zaczynają się kłócić. Korek tworzą głownie taksówkarze liczący na turystyczne żniwa związane z mundialem. Klaksony urozmaicane są syrenami i dźwiękami odlatujących co chwila samolotów. Przy tym akompaniamencie przychodzi nam spędzić pierwszą noc.

Tak, śpimy przy lotnisku. Nasz hostel to barak z wielkim wspólnym pokojem, który dzielimy z innymi podróżnikami. Dlaczego tak? Nie mieliśmy innego wyjścia. Do Moskwy przylecieliśmy ok. 23:00 tutejszego czasu. Było już zbyt późno, by zdążyć do kolegi mającego mieszkanie w oddalonej o ok. 2,5 godziny jazdy pociągiem Dubnej.

A nocleg w Moskwie to z kolei poważny wydatek. Na mundialu chce zarobić każdy, ceny poszybowały więc w kosmos. Znalezienie noclegu dla 3 osób w szeroko pojętym centrum poniżej 1000 zł to prawdziwy sukces. Podobnie jest zresztą w wielu innych miastach-gospodarzach (sprawdziliśmy czwórkę, którą odwiedzamy: Moskwa, Wołgograd, Samara i Kazan). Ceny zwalają z nóg.

Z kolei serwisy takie, jak Booking.com czy Airbnb na 2-3 miesiące przed mundialem pełne były ogłoszeń nie tylko hoteli, hosteli i innych gospód, ale i ofert od zwykłych Rosjan szukających grosza. Nazwy bardzo wielu ofert zaczynały się od slow "world cup". Opinii czy recenzji wcześniejszych gości - brak. Bierzesz więc kota w worku. A i jakość nie powala. Szczytem była dobudówka z pustaków, którą ktoś postawił przy swoim domu w Wołgogradzie. Cena w dniu meczu Polska-Japonia? 600 zł dla 4 osób. Tanio, ale raczej jest to oferta dla odważnych. My nie ryzykujemy. Nocleg kupujemy w pobliskim Wołżsku. Dojechać do centrum łatwo, a ceny kilkukrotnie niższe niż w Wołgogradzie, gdzie na zwykły hotel musielibyśmy wspólnie wydać czterocyfrową sumę. To jeden z patentów na mundialową drożyznę - spać możliwie najdalej od stadionu.

Wołgograd to jednak melodia przyszłości, do meczu z Japonią jest jeszcze kilka dni. Teraz naszym miejscem jest Wnukowo i hostel w przylotniskowym baraku. Śpi się wygodnie, mimo upału. Budzimy się jednak przy akompaniamencie wspominanych już samolotowych silników i samochodowych klaksonów. Ten korek jest chyba wieczny... Korki nam jednak niestraszne, w planach mamy bowiem zwiedzanie jednego z największych miast świata - Moskwy. Przy okazji sprawdzamy, ile warte były deklaracje Putina dotyczące ułatwień dla kibiców. Gdy w maju bylem na Białorusi i oglądałem rosyjską telewizję, zachwalano darmowe pociągi dla posiadaczy FanID. Tych w rzeczywistości było jednak ledwie kilka i miejsca szybko się skończyły. Trzeba wiec było kupić zwykle bilety, a to, przy rosyjskich odległościach, kolejny spory wydatek. Darmowa miała być także komunikacja publiczna, szybko okazało się jednak, że chodzi tylko o dni meczowe. W internecie pojawiały się zresztą różne wersje dotyczące przejazdów.

My chcieliśmy dowiedzieć się u źródła i poszliśmy do punktu informacyjnego FanID na wnukowskim lotnisku. Cóż, 2 na 3 osoby znały angielski, to i tak spory sukces. Jedna z nich nie miała jednak w zasadzie pojęcia o FanID. Druga coś nam niby tłumaczyła, ale w sumie wyszło, że też do końca nie wie, jak to jest z tym transportem. Ot, taki to punkt informacji.

Dzienny bilet na metro to na szczęście tylko 12 zł, system jest zaś ogromny i pozwala swobodnie zwiedzać Moskwę. Same stacje zachwycają także wykonaniem, niektóre to prawdziwe atrakcje turystyczne. Dodatkowo eksplorowanie moskiewskiego metra to tym większa frajda, gdy przerobiło się smutną wizje Moskwy z 2033 roku autorstwa Dmitrija Głuchowskiego.

Sama Moskwa to jednak temat na oddzielny artykuł. Mam nadzieję, że trzy następne dni dostarczą na niego materiału. Oczywiście trzy dni to mało jak na tak wielkie miasto, Rosja wymaga jednak kompromisów. Jej ogrom sprawia, że turystycznych tematów jest tu na kilka lat zwiedzania, my zaś mamy tylko 10 dni.

Adam Torchała

Źródło:
Tematy:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
0 7 mhm

Świetny artykuł, choć może trochę nie w stylu portalu ekonomicznego; śledziłem tweety red. Torchały z tego wyjazdu, fajnie, że dłuższy tekst z tego powstał. :)

! Odpowiedz
1 4 mhm

Fajne są też takie praktyczne porady, jak zaoszczędzić np. na noclegach, red. Torchała pewnie do biednych nie należy, a jednak nawet dla niego ceny w Moskwie okazały się zbyt wysokie :D

! Odpowiedz
4 11 ajwaj

Kto podpisal ROZKAZ wyjazdu bandom z PL terrorystów OTHAGO ?
Wymordowali 3 000 Ukrainców na Donbasie, zburzyli, zrobili inwalidami

Idzie NORYMBERGA 2.0, polecwm liki do wieszania z LIDLA, Mosad. FSB wiedza

! Odpowiedz
4 25 ajwaj

A propos Rosija :)
Móglby Pan Autor napisac odpowiedzi please ?
-czy zostal napadniety jak czesto w Londynie, Rzymie, Paryzu, Miami, Bronx, Kijowie itd., no przynajmniej zagrozony ?
-czy spotkal sie z niechecia, wulgarnoscia, chamstwem itd. ja my we Lwowie (bo Lachy = pejor. Polacy) ?
-last but not least - czy to prawda, ze Rosjanie (niezaleznie od narodowosci (200+) pomagaja przyjezdnym, Rosjanki, Rosja i Moskwa jest piekna ?

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
5 38 ajwaj

Rosja to piekny > najwiekszy na swiecie wielonarodowy 200+ kraj,
lubia Polaków, sa suwerenni, szanuja tradycje, PRAWDZIWA historie, bedzie OK (jak chore ideologie skoncza w koszu na bielizne dolna b. nieczysta > eufemizm :))

Pozdrawiam ultra-kanalie hejtera Sorosa > zawsze to dzialanie pro-polskie > wszyscy mysla inaczej, ale kasiora Sorosa & Co. plynie jako usluga eksportowa :)

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
0 2 (usunięty)

(wiadomość usunięta przez moderatora)

! Odpowiedz