

Sto lat temu – 28 lipca 1914 roku – wybuchła I wojna światowa, nazwana później „Wielką Wojną”. Ten pierwszy globalny konflikt zbrojny przyniósł nie tylko śmierć 8,5 miliona żołnierzy, ale też głębokie i nieodwracalne skutki gospodarcze.
Sto lat temu Europa cieszyła się blisko setką lat niebywałego rozwoju gospodarczego. Po 1815 roku, czyli wielkich kampaniach Napoleona i definitywnie kończącym je kongresie wiedeńskim, europejskie wojny były krótkie i nie niosły ze sobą wielkich zniszczeń oraz strat cywilnych. Dlatego w roku 1914 większość Europejczyków wybuch wojny przyjęła dość spokojnie i oczekiwała, że zakończy się ona do Bożego Narodzenia.
Tym razem było inaczej
Ale mało kto zdawał sobie sprawę, że rewolucja przemysłowa, umocnienie się państw narodowych oraz skokowy postęp technologiczny raz na zawsze zmieniły sposób prowadzenia wojen na Ziemi. Dzięki przemysłowi można było uzbroić i wyekwipować milionowe armie. Postęp w rolnictwie umożliwił wyżywienie tak wielkich i niepracujących rzesz ludzi. A rozbudzony nacjonalizm sprawił, że te miliony były skłonne zabijać wrogów ku chwale ojczyzny. Była to całkowita zmiana względem ograniczonych konfliktów prowadzonych przez europejskich władców w epoce przedprzemysłowej.
I wojna światowa pochłonęła olbrzymie zasoby ludzkie i materialne. Były to chyba najbardziej nieproduktywne inwestycje, jakie tylko można sobie wyobrazić. Wydatki wojenne obu stron podliczono na astronomiczną wówczas kwotę 186 miliardów dolarów, co wtedy odpowiadało trzykrotnej równowartości PKB Stanów Zjednoczonych. Koszt I wojny światowej był przeszło ośmiokrotnie większy niż wszystkich wojen z lat 1773-1910.
Wojenny boom...
Niektórzy na wojnie stracili cały majątek, a inni dorobili się bajecznych fortun. W Stanach Zjednoczonych był to okres boomu gospodarczego. USA pozostające do roku 1917 krajem neutralnym bogaciły się na zamówieniach płynących z Europy. Według obliczeń Hugh Rocknoffa, pomiędzy rokiem 1916 a 1918 amerykańska produkcja przemysłowa wzrosła o 39%, a nominalny produkt narodowy brutto zwiększył się o połowę. Z powodu wysokiej inflacji (tylko w USA podaż pieniądza wzrosła o 50%) realny PNB zwiększył się jednak tylko o 8%.
Gdy na froncie zachodnim ginęło nawet po kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy dziennie, producenci karabinów, armat i amunicji zacierali ręce. Tak samo jak dostawcy środków opatrunkowych, butów, mundurów, żywności i całej masy sprzętu potrzebnego wojskowym. Była to redystrybucja dobrobytu na skalę światową.
...i powojenny krach
Nawet dla piewców rzekomo pozytywnych efektów zbitej szyby, koszty wojennego boomu musiały być druzgocące. Nie chodzi tu nawet o bezpośrednie czy pośrednie straty wynikające z działań wojennych i masowej rzezi młodych Europejczyków. I wojna światowa zniszczyła gospodarcze fundamenty XIX-wiecznego prosperity, kończąc erę wolnorynkowego kapitalizmu, standardu złota oraz wolnego handlu. W warunkach gospodarki wojennej to państwo decydowało, co i gdzie będzie produkowane. W niektórych europejskich krajach wprowadzono kartki na żywność. Doświadczenia z gospodarką wojenną zachwiały przekonaniem, że państwo w gospodarce może tylko zaszkodzić.
Inwestorze, daj się poznać i wygraj iPada Mini
Ogromnych wydatków wojennych nie udałoby się sfinansować, gdyby nie podwyżki podatków, potężny wzrost zadłużenia publicznego oraz inflacja wywołana siłą pras drukarskich banków centralnych. To właśnie w czasie I wojny światowej w Stanach Zjednoczonych wprowadzono podatek dochodowy. W roku 1917 „War Revenue Act” zakładał opodatkowanie dochodów przewyższających 50.000 dolarów rocznie, co wówczas było kwotą zarezerwowaną dla bardzo nielicznych. Stawka podatku dochodowego w USA wzrosła z 1,5% do 18% w roku 1918.
Podwyżki podatków jednak nie wystarczyły na sfinansowanie machiny wojennej. Relacja długu do PKB Wielkiej Brytanii w latach 1914-18 eksplodowała z 25% do 135%. W Stanach Zjednoczonych wydatki rządowe pomiędzy rokiem 1916 a 1918 zwiększyły się przeszło 11-krotnie, a 10-15% wydatków budżetu było pokrywane długiem. Po wojnie i w jej trakcie intensywnie pracowały też prasy drukarskie – emisja nowych pieniędzy pomagała finansować wydatki wojenne, ale kosztem wysokiej inflacji. Po wojnie w państwach centralnych (Niemcy, Austria, Węgry) władze doprowadziły do hiperinflacji, aby pozbyć się wojennych długów.
Z powodu ogromnej kreacji papierowego pieniądza nie do utrzymania były przedwojenne parytety wymiany dolarów, marek, funtów czy franków na złoto. Lecz kwestia mocnej waluty była wówczas traktowana bardzo ambicjonalnie i część krajów (np. Wielka Brytania) nie zdecydowała się zdewaluować funta, czyli podwyższyć ceny złota, dostosowując ją do wyższej podaży waluty. Błąd Brytyjczyków był jedną z przyczyn wybuchu Wielkiego Kryzysu w roku 1929, który w konsekwencji doprowadził do II wojny światowej.
2014 jak 1914?
Wielka Wojna oznaczała nie tylko zwiększeniem roli państwa w gospodarce, załamanie standardu złota, wzrost długu publicznego i zwiększenie protekcjonizmu kosztem wolnego handlu. Wielka Brytania wygrała wojnę za cenę utraty pozycji supermocarstwa na rzecz Stanów Zjednoczonych. W związku z tym funt utracił wiodącą pozycję w świecie finansów na rzecz dolara, a Nowy Jork powoli wypierał Londyn z roli najważniejszego centrum finansowego.
Wojna zrewolucjonizowała także rynek pracy. Ponieważ miliony mężczyzn wysłano na front, pracę w fabrykach coraz częściej podejmowały kobiety. To rozpoczęło proces faktycznej emancypacji skutkującej nadaniem kobietom pełni praw wyborczych. A także zmieniło stosunki rodzinne, bo panie objęły pieczę nie tylko nad wydatkami, ale także sporą częścią dochodów domowego budżetu.
Sto lat po wybuchu Wielkiej Wojny pewne sprawy wyglądają łudząco podobnie. Wojna na Ukrainie, w Syrii, Iraku, Strefie Gazy oraz napięta sytuacja na linii Rosja-Zachód trochę przypominają wydarzenia sprzed stu lat. Wówczas wschodzącym mocarstwem były zjednoczone Niemcy, które zakłóciły osiągniętą na kongresie wiedeńskim równowagę sił w Europie i doprowadziły do niemiecko-brytyjskiego wyścigu zbrojeń. Teraz taką wschodzącą potęgą są Chiny, które od pewnego czasu intensywnie drażnią swoich sąsiadów, wysuwając roszczenia o kolejne sporne wyspy na Pacyfiku.
Drugim podobieństwem jest słabnące supermocarstwo. Dzisiejsze Stany Zjednoczone są krajem żyjącym ponad stan: zarówno w kwestii konsumpcji jak i wydatków militarnych – rząd USA na armię wydaje niemal tyle, co reszta świata razem wzięta. Tyle że te wydatki finansowane są z kredytu, zaciągniętego m.in.... w Ludowym Banku Chin. To oraz skrajnie inflacyjna polityka Rezerwy Federalnej podkopuje status dolara jako głównej waluty rezerwowej. Bardzo prawdopodobne, że powojenny ład monetarny oparty o amerykański pieniądz (tyle że od 40 lat już niewymienialny na złoto) powoli odchodzi do lamusa.
Jak okiem sięgnąć mamy też do czynienia z nadmiernym zadłużeniem państw. To akurat obraz bardziej pasujący do roku 1918 niż 1914. Ale z tym wiąże się zagrożenie inflacją podobne do tego sprzed stu lat. Od kilku lat coraz częściej widuje się też widma protekcjonizmu: czy to amerykańskie „Buy America” czy też rosyjskie embargo na polską wieprzowinę. Najwyraźniej nie wszyscy jeszcze zrozumieli, że cła i embarga są szkodliwe dla obu stron.
Sto lat temu wierzono, że Wielka Wojna będzie taka sama jak wszystkie poprzednie. Nie była. Teraz konflikt na Ukrainie pokazuje nam, jak może wyglądać współczesna wojna oparta głównie na dezinformacji, sankcjach gospodarczych, aktach terroru i ograniczonych działaniach wojennych przeprowadzanych przez profesjonalistów. Niestety, przyszło nam żyć w ciekawych czasach.
Krzysztof Kolany
































































