Ok. -2,5% - to bilans piątkowych strat S&P500 i Nasdaqa. Nowojorskie giełdy dojrzewały do tej przeceny od dwóch miesięcy. Były to najsilniejsze spadki od lutego.


Co tak przestraszyło inwestorów z Wall Street, że po dwóch miesiącach nicnierobienia (zrealizowana zmienność spadła do najniższego poziomu od 45 lat!) S&P500 zaliczył tąpnięcie o -2,45%, spadając do najniższego poziomu od lipca? Tego nie wiadomo. Wiemy, że nowojorskie indeksy osuwały od pierwszych do ostatnich minut sesji, systematycznie powiększając skalę strat.
Mówiło się, że piątkowe spadki były pokłosiem spekulacji w kwestii polityki Rezerwy Federalnej. Nie wiedzieć czemu rynek mocno zareagował na wypowiedź Jeffreya Gundlacha. Ten znany komentator i szef DoubleLine Capital powiedział Reutersowi, że Fed we wrześniu dokona podwyżki stóp procentowych, aby zamanifestować swoją niezależność wobec rynków finansowych.
I faktycznie implikowane rynkowe prawdopodobieństwo wrześniowej podwyżki stóp wzrosło z 18% do 24% - wynika z obliczeń FedWatch Tool. W górę poszły też rentowności amerykańskich papierów skarbowych, co wpisywałoby się w hipotezę nasilenia się oczekiwań na podwyżkę kosztów kredytu w USA.
Jak zwykle w tego typu przypadkach „wszyscy” zastanawiają się, dlaczego ceny akcji tak mocno spadły. Moim zdaniem rozsądniej byłoby zapytać, czemu przez ostatnie dwa miesiące giełdy rosły, śrubując historyczne maksima. Przy stagnacji oczekiwanych zysków i mieszanych danych napływających z gospodarki USA relacja cen do oczekiwanych zysków spółek dla indeksu S&P500 była wyższa niż kiedykolwiek wcześniej z wyjątkiem okresu bańki internetowej.

Krzysztof Kolany





























































