Donald Trump oddał pierwszą poważną salwę w globalnej wojnie handlowej. Ale nie w kierunku zadeklarowanych przeciwników - Chin - a teoretycznych sojuszników. W tym Polski.
Prezydent USA zapowiedział w czwartek wprowadzenie podwyższonych ceł na import stali (25 proc.) i aluminium (10 proc.). Ruch był od dawna oczekiwany, bo Trumpowi wydaje się, że uczyni Amerykę znów wielką dzięki protekcjonizmowi, a wybory wygrał dzięki zwycięstwu w "pasie rdzy", centrum przemysłu ciężkiego w Stanach Zjednoczonych. Opór niektórych członków administracji sprawił, że decyzja wejdzie w życie dopiero przeszło rok po objęciu przez niego urzędu.
I na pewno spotka się z reakcją partnerów handlowych, ale niekoniecznie tych, na których skupia się uwaga opinii publicznej. Choć świat obawia się konfliktu na wielką skalę między USA a Chinami, to Pekin wcale nie musi odpowiadać równie stanowczo. Nowe zapory w dostępnie do amerykańskiego rynku, podobnie jak ogłoszone wcześniej dla paneli słonecznych i pralek, nie uderzają bowiem najmocniej w Państwo Środka, a tradycyjnych sojuszników Waszyngtonu. Chiny odpowiadają za ok. 2 proc. amerykańskiego importu stali i są dopiero 11. największym eksporterem do USA. Podium zajmują Kanada, Brazylia i Korea Południowa.
| Najwięksi eksporterzy stali do USA i ich udział w amerykańskim imporcie stali |
||
|---|---|---|
|
1. |
Kanada |
16% |
|
2. |
Brazylia |
13% |
|
3. |
Korea Południowa |
10% |
|
4. |
Meksyk |
9% |
|
5. |
Rosja |
9% |
|
6. |
Turcja |
7% |
|
7. |
Japonia |
5% |
|
8. |
Tajwan |
4% |
|
9. |
Niemcy |
3% |
|
10. |
Indie |
2% |
| IHS Global Trade Atlas | ||
Z zagranicy pochodzi aż 90 proc. zużywanego w USA aluminium. Aż 59 proc. importu trafia do kraju z Kanady, a kolejne miejsca, z udziałami w wysokości ok. 5 proc., zajmują Rosja, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Chiny. Amerykańscy producenci nie będą w stanie szybko zwiększyć mocy produkcyjnych, by zatkać potencjalną wyrwę w dostawach spowodowaną nałożeniem cła.
UE i Kanada szykują retorsje. Stracą Amerykanie
Negatywnie na zapowiedź Trumpa zareagowały akcje amerykańskich spółek motoryzacyjnych - walory Forda straciły blisko 3, a General Motors - prawie 4 proc. Średnia przemysłowa Dow Jones spadła o 1,7 proc. Z kolei japoński Nikkei zniżkował o 2,5 proc., koreański Kospi o 1 proc., a niemiecki DAX i włoski MIB po 2 proc. Emocje podgrzał kontrowersyjny (i, eufemistycznie mówiąc, nie najmądrzejszy) wpis prezydenta USA na Twitterze.
When a country (USA) is losing many billions of dollars on trade with virtually every country it does business with, trade wars are good, and easy to win. Example, when we are down $100 billion with a certain country and they get cute, don’t trade anymore-we win big. It’s easy!
— Donald J. Trump (@realDonaldTrump) March 2, 2018
Decyzję o nałożeniu ceł zgodnie potępiły władze Kanady, Brazylii, Chin i Unii Europejskiej i już zapowiedziały ochronę własnych interesów (czytaj: więcej środków protekcjonistycznych). Reakcja będzie stanowcza, bo rynek stali jest politycznie i ekonomicznie dużo bardziej istotny niż choćby rynek paneli słonecznych. W tej gałęzi przemysłu pracują rzesze pracowników na całym świecie - Państwo Środka informuje o ponad 10 mln zatrudnionych w sektorze węgla i stali, Kanadyjczycy o 22 tys. w samym sektorze stali, które przekładają się na 90 tys. miejsc pracy w całej gospodarce. Wśród krajów UE dominują Niemcy z 85 tys., ale sektor ma dużo większe znaczenie dla rynku pracy w Czechach, bo jest w nim zatrudniony większy odsetek pracowników.
Good morning from #Germany where 84,000 people work in the steel industry. Germany accounts for more than one-quarter of crude steel produced within the EU. pic.twitter.com/izl10Am3x1
— Holger Zschaepitz (@Schuldensuehner) 2 marca 2018
Stracić może również Polska - w sektorze stalowym pracuje ok. 20 tys. osób, a eksport sięga 20 mld zł. Za ocean trafia minimalna część, ale wprowadzenie wysokich cel w USA zachwieje całym globalnym rynkiem stali - część produktów zostanie przekierowana do krajów, gdzie udział Polaków jest większy.
Na podobnej zasadzie mogą ucierpieć Chiny, które są największym producentem stali na świecie. Jednak w ich przypadku wpływ może być mniejszy, bo aż 85 proc. produkcji jest konsumowanych w kraju. Natomiast eksport zanurkował już w ubiegłym roku pod wpływem większej ochrony lokalnych producentów w UE i wewnętrznej walki z nadmiernym zanieczyszczeniem środowiska. Do USA trafia ok. 0,2 proc. wytworzonej za Murem stali - wynika z danych Credit Suisse.
Ruch Trumpa może za to poważnie zaszkodzić amerykańskiej gospodarce. Dlatego nie spodobał się niektórym amerykańskim Republikanom, którzy zwracali uwagę na wzrost cen towarów produkowanych ze stali i aluminium - od puszek na piwo po samochody - oraz potencjalne retorsje, m.in. w sektorze rolnym (ograniczenie importu amerykańskiej soi przez Chiny). "Prezydent proponuje ogromny wzrost podatków płaconych przez amerykańskie rodziny" - stwierdził w oświadczeniu Ben Sasse. "Protekcjonizm jest słaby, a nie silny. Tak złej polityki można się spodziewać po lewicowej administracji, a nie rzekomo republikańskiej" - dodał.
Senator z Nebraski ma rację - protekcjonizm jest kuszący dla polityków, ponieważ jest korzystny dla wąskich, ale zamożnych grup interesów, oraz pozytywnie odbierany przez wielu obywateli. Niestety dużo częściej przynosi więcej szkody niż pożytku. W 2002 r. prezydent Bush wprowadził cła na import stali, co kosztowało Stany Zjednoczone 200 tys. miejsce pracy. Nowe, wyższe obciążenia oznaczają wyższe koszty produkcji samochodów, maszyn, energii czy budowy infrastruktury, a w konsekwencji mniejszą konkurencyjność firm z tych branż na arenie międzynarodowej i przede wszystkim droższe produkty dla konsumentów.
- Jeśli powyższych cenę czegoś (nazwijmy ten produkt "samochód"), co kupuje 17,6 mln ludzi o 500 dolarów, żeby zwiększyć o 10 proc. zatrudnienie w sektorze, w którym pracuje 87 tys. ludzi (nazwijmy ten sektor "stalowym"), jedno miejsce pracy kosztuje milion dolarów. A nie liczymy nawet utraconych miejsc pracy w sektorze motoryzacyjnym czy innych sektorach - tłumaczy prof. Austan Goolsbee.
Ale czym jest kilka, kilkadziesiąt czy nawet kilkaset dolarów, gdy zagrożone jest "bezpieczeństwo narodowe"? To najczęściej pojawiający się argument, przedstawiany na poparcie tezy o konieczności zwiększenia barier protekcjonistycznych. Problem w tym, że gdy będzie powszechnie stosowany doprowadzi do wojny handlowej na globalną skalę, w której stracą wszyscy. Bo „jeśli towary nie będą przekraczać granic, zrobią to armie”, cytując klasyka.






























































