Cena ropy naftowej skacze po kilkanaście procent dziennie i w poniedziałek przekroczyła poziom stu dolarów za baryłkę. Równie mocno drożeją też gotowe paliwa. To stawia świat w sytuacji nawet gorszej niż ta sprzed 4 lat, gdy Rosja napadła na Ukrainę.


W marcu 2022 roku groziło nam wstrzymanie dostaw ropy naftowej i gazu ziemnego z Rosji. Stałoby się tak, gdyby Zachód zdecydował się na zastosowanie faktycznych – a nie tylko nominalnych – sankcji na Rosję. Wtedy wielość zagrożonych dostaw była po pierwsze dwukrotnie mniejsza niż obecnie, a po drugie rosyjska ropa nie przestała płynąć na rynki. Jedynie zmieniła adresatów.
Teraz jest znacznie gorzej. Ok. 20% światowych dostaw ropy naftowej i LNG nie może trafić na rynek z powodu faktycznej blokady Cieśniny Ormuz przez wojsko Iranu. Co więcej, izraelsko-amerykańska agresja na Iran wydaje się dopiero nabierać rozpędu, co oznacza dłuższe wstrzymanie dostaw surowców z Zatoki Perskiej. A na to ani rynek, ani infrastruktura naftowa nie są przygotowane.
W poniedziałek w okolicach południa ropa Brent drożała o blisko 14% i była notowana po 105,49 USD za baryłkę. Nad ranem „czarne złoto” było wyceniane na blisko 120 USD /bbl i było najdroższe od lipca 2022 roku. Dodajmy, że w piątek ropa podrożała o 8,5%, a w czwartek o blisko 5%. Łącznie ceny tego strategicznego surowca uległy niemal podwojeniu względem stanu z początku roku. Przypomnijmy też, że w marcu ’22 kurs ropy Brent zatrzymał się na 133 USD za baryłkę – czyli poziomie niewiele już wyższym od porannego piku.
Ropa już się rozlała. Podwyżki na stacjach są nieuchronne
Wojna, która w opinii uczestników rynku miała trwać parę dni i przypominać wydarzenia z czerwca 2025 roku, właśnie weszła w drugi tydzień. I nic nie wskazuje na to, aby się miała wkrótce zakończyć. Prezydent Donald Trump deklaruje walkę aż do zwycięstwa, a Iran nie zamierza kapitulować, wybierając na nowego lidera syna zabitego ajatollaha i ostrzegając świat przed ropą po 200 USD za baryłkę. Ostatnie dni pokazują, że te groźby nie są bezpodstawne.

O ile rynki paliwowe były przygotowane na kilkudniowy konflikt zbrojny, o tyle trwające tygodnie lub nawet miesiąca blokada Cieśniny Ormuz grozi paraliżem globalnego łańcucha dostaw krytycznych surowców energetycznych. Nie chodzi tu tylko o samą ropę naftową, ale też gaz ziemny i gotowe paliwa. Kolejne kraje Zatoki Perskiej zmuszone są ograniczać wydobycie z powodu zapełnienia magazynów i braku możliwości wysłania towaru do odbiorców. W Iraku wydobycie ropy spadło już o 70%.
To oznacza paraliż całego systemu. Jego restart nie będzie sprawą ani szybką, ani prostą. Już teraz wiadomo, że świat (a zwłaszcza Azja) musi liczyć się z zaburzeniem dostaw ropy naftowej, gazu ziemnego i paliw. Szczególnie napięta jest sytuacja na rynku oleju napędowego. Zachowanie cen na londyńskiej giełdzie ICE przypomina to, co widzieliśmy dokładnie 4 lata temu, na przełomie lutego i marca 2022 roku.
Wtedy cena „diesla” podskoczyła z ok. 800 USD do przeszło 1400 USD/t. Teraz widzimy ruch z 755 USD odnotowanych na zamknięciu handlu w piątek 27 lutego do blisko 1300 USD/t w poniedziałek nad ranem. Co prawda do południa notowania ON zdążyły spaść w rejon 1150 USD/t, ale wciąż są to ceny porównywalne jedynie z tym, co działo się w 2022 roku. A wtedy galopada cen ON na polskich stacjach paliw zatrzymała się na poziomie przeszło 8 zł/l. I to w warunkach tymczasowo obniżonej stawki VAT (z 23% na 8%).
Trzeba będzie podawać ceny za pół litra?
Teraz nie będzie lepiej. Także z tego powodu, że skopiowanie „manewru podatkowego” z roku 2022 jest niewykonalne z powodu fatalnego stanu finansów publicznych. Przy planowanym deficycie fiskalnym rzędu 6,5% PKB oraz długu publicznym przekraczającym konstytucyjny limit 60% PKB rząd nie ma za bardzo możliwości obniżenia podatków od paliw. Chyba żeby zdecydował się na cięcia w innych obszarach budżetu państwa.
Ani na jedno, ani na drugie raczej się nie zanosi. Nawet zmuszenie Orlenu do nierynkowego obniżenia marż niewiele pomoże w sytuacji tak wysokich cen ropy naftowej i gotowych paliw na rynkach światowych. Zaś wprowadzenie administracyjnych cen maksymalnych groziłoby pojawieniem się masowego niedoboru paliw podobnego do sytuacji z późnego PRL-u.
W tym kontekście nieco zdumiewająca jest postawa płockiego koncernu, który w poniedziałek nie zaktualizował swojego oficjalnego cennika. Ceny paliwa w Orlenie pozostały – przynajmniej formalnie – na tym samym poziomie co w sobotę. I wynosiły odpowiednio 5069 zł/m3 benzyny Eurosuper 95 oraz 6300 zł/m3 oleju napędowego Ekodiesel. Po dodaniu 23% VAT dawałoby to ceny rzędu 6,23 zł/l Pb95 oraz prawie 7,75 zł/l ON.
A przecież nie jest tu uwzględniony poniedziałkowy skok notowań oleju napędowego (który w momencie pisania tego artykułu wynosił ponad 8%), ani benzyny (+9,5%), ani wzrostu kursu dolara do złotego. Przy utrzymaniu takiej sytuacji lada dzień hurtowe ceny ON powinny przebić 8 zł/l. Będzie dobrze, jeśli w detalu uda się uniknąć cen rzędu 10 zł/l. Bo wtedy byłby problem z ich wyświetleniem na pylonach. Rozwiązaniem w takiej sytuacji może być podawanie cen za pół litra ON.
Gorzej już nie będzie?
Mimo wszystko na rynkach finansowych zdaje się dominować narracja o przejściowości obecnych problemów z dostawami paliw. Inwestorzy chyba wciąż wierzą, że prezydent Trump i premier Netanjahu nie zaryzykują globalnego kryzysu naftowego i wycofają się z ataków na Iran, zanim będzie za późno. Spekuluje się też o uwolnieniu rezerw strategicznych w państwach G7. Tyle tylko, że to rozwiązanie doraźne i w żaden sposób nie zrekompensuje utraty ok. 20 mln baryłek dziennie.
- Krótkoterminowe ceny ropy naftowej, które gwałtownie spadną, gdy minie groźba zniszczenia irańskiego zagrożenia nuklearnego, to bardzo niska cena dla Stanów Zjednoczonych, świata, za bezpieczeństwo i pokój - napisał Donald Trump na Truth Social. - Tylko głupcy myślą inaczej - dodał prezydent USA.
Także w Polsce rządzący dyskutują nad możliwościami zahamowania wzrostu cen paliw. Nie chcą jednak otwarcie przyznać, że tak naprawdę niewiele mogą zrobić. Bez znaczącej redukcji wydatków publicznych, nie ma obecnie miejsca na obniżenie podatków od paliw. Niewiele pomoże też obniżka marży Orlenu, abstrahując już od narażenia się zarządu płockiego koncernu na odpowiedzialność karną z tytułu działania na szkodę spółki. Z kolei ustanowienie urzędowych cen maksymalnych na dłuższą metę będzie groziło wywozem paliwa z kraju i pojawieniem się niedoborów na stacjach. Aby temu zapobiec, rząd musiałby faktycznie zamknąć granice państwa dla cystern.
Trzeba się też liczyć, że podobne decyzje mogą podjąć rządy innych państw. Już teraz władze Chin miały polecić największym rafineriom ograniczenie eksportu diesla i benzyny. Z kolei rząd Korei Południowej analizuje możliwość administracyjnego ograniczania cen detalicznych paliw lub czasowych ulg podatkowych. Grozi nam więc powtórka z końcówki lat 70., gdy głównym winowajcą drugiego kryzysu naftowego był nie tyle niedobór ropy, co jej gromadzenie i magazynowanie przez spanikowane rządy.
Jedyną nadzieją pozostaje dla nas… kalendarz wyborczy w Stanach Zjednoczonych. Na początku listopada w ramach tzw. wyborów połówkowych Amerykanie będą wybierać członków Izby Reprezentantów oraz jedną trzecią senatorów. A niewiele rzeczy irytuje amerykańskiego wyborcę bardziej niż drogie paliwa. Prezydent Trump i republikańska większość doskonale o tym wiedzą, i dlatego nie za bardzo mogą sobie pozwolić na długą i kosztowną wojnę z Iranem.






























































