Osłabienie złotego, jakie obserwujemy wbrew temu co mówi minister Rostowski, może być groźne dla Polski. To prawda, że słabsza złotówka wspiera konkurencyjność naszych eksporterów, ale ten medal ma też drugą stronę.
Słabsza złotówka to wyższe ceny na wszystkie produkty importowane. Zaczynając od dóbr konsumpcyjnych, na surowcach kończąc. Polska nie jest samowystarczalną zieloną wyspą, a wymiana handlowa jest podstawą rozwiniętej gospodarki. O ile ceny zagranicznych dóbr konsumpcyjnych wzrosną same z siebie, o tyle ceny dóbr narodowej produkcji wzrosną dzięki droższym surowcom energetycznym i procesom inflacyjnym zapoczątkowanym przez droższy import.
Jeszcze ważniejsza jest kwestia zadłużenia Polski. Jak właśnie ujawniono, sięga ono 53 proc. PKB. Do progu ostrożnościowego na poziomie 55 proc. pozostało zatem niewiele. Być może osłabianie się złotówki jest nie tylko grą na jej kurs, ale też obstawianiem, że Polska dołączy do krajów bankrutów. O tym, że stanie się to prędzej niż później, nie od dziś przekonują szanowani eksperci pozarządowi.
Spokój ministra Rostowskiego i prezesa Belki budzi podziw. Chociaż z drugiej strony, jeżeli realizuje się scenariusz, w którym inwestorzy obawiają się kłopotów Polski spowodowanych recesją w Niemczech wywołaną przez konieczność dokapitalizowania Grecji, to działania rządu w Polsce nie będą w stanie zapobiec osłabieniu sentymentu do złotego i naszej gospodarki.
Podsumowaniem tego, czy należy się martwić, może być roczny wykres polskich CDS-ów (czym wyższa wartość, tym wyżej rynek wycenia ryzyko niewypłacalności kraju).

Tekst jest komentarzem do artykułu: Dług publiczny wynosi ok. 53 proc. PKB.
Jarosław Ryba
Bankier.pl































































