„Hiszpanie wahali się, ale teraz są gotowi poprosić o pomoc”– jeszcze we wtorek rano donosiła agencja Reutersa powołując się na swojego informatora z kręgów europejskich. Byłaby to dość ostra wolta po tym, jak w zeszłym tygodniu hiszpański rząd przedstawił projekt budżetu zakładający istotne cięcia wydatków.
Z drugiej strony zachowanie Hiszpanów wpisuje się w teatralny scenariusz, jaki w 2010 i 2011 roku odegrały władze Grecji, Irlandii i Portugalii. Premierzy tych krajów niemal do ostatniej chwili zaprzeczali, jakoby mieli skorzystać z awaryjnych pożyczek od krajów strefy euro i MFW.
Podobnie zachowuje się premier Hiszpanii Mariano Rajoy, który według gazety „El Mundo” miał zaprzeczyć pogłoskom, jakoby planował wystąpienie o unijną pomoc jeszcze w ten weekend. Jednak uczestnicy rynków finansowych uważają za pewne, że Hiszpania podąży śladami Grecji i Portugalii.
Prośba o dostęp do funduszy Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego (ESM) dałaby Madrytowi nie tylko awaryjne finansowanie rozdętego deficytu budżetowego (7,2% PKB w tym roku wobec 9,4% rok wcześniej), ale też umożliwiła interwencje EBC na rynku wtórnym w celu obniżenia kosztów obsługi długu.
Choć kapitulacja Hiszpanii oznaczałaby pogłębienie kryzysu w strefie euro, to na krótką metę taki scenariusz byłby korzystny dla europejskich banków – czyli głównych wierzycieli hiszpańskiego rządu. Sektor finansowy mógłby skorzystać z interwencji EBC i po względnie dobrych cenach pozbyć się hiszpańskich obligacji, zamieniając śmieciowe aktywa na twardą gotówkę.
Stąd też zapewne wynikają ostatnie wzrosty w Madrycie, gdzie godzinie 16:30 indeks IBEX35 rósł o 0,9%. Główne parkiety europejskie odpoczywały po forsownych zwyżkach z poniedziałku, a WIG20 zyskiwał ćwierć procent, utrzymując się powyżej poziomu 2.400 punktów.
Krzysztof Kolany
Bankier.pl































































