Polska produkuje rocznie ok. 13 mld jaj, a sektor stoi dziś w obliczu jednej z największych transformacji w swojej historii. Zmiany w sposobie hodowli kur, rosnąca presja sieci handlowych i oczekiwania konsumentów stawiają producentów przed trudnymi wyborami, które coraz częściej odbijają się na cenach. Sprawdziliśmy, z czym mierzy się obecnie branża i czy rzeczywiście może liczyć na złote jaja.


Według danych Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz w Polsce produkuje się rocznie około 13 mld jaj.
– Pogłowie kur nieśnych w naszym kraju to około 54 mln sztuk, czyli żartobliwie można powiedzieć, że żyje w Polsce więcej kur niż ludzi – mówi Bankier.pl. Katarzyna Gawrońska prezes Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz. – Pięć lat temu pogłowie niosek przed wynosiło około 49 mln sztuk, podczas gdy dekadę temu było ich około 38 mln sztuk. W ostatnich latach trendem wykreowanym przez tak zwane organizacje prozwierzęce jest odchodzenie od jaj pozyskiwanych w klatkowym chowie kur na rzecz jaj z systemów alternatywnych m.in. ściółkowego, wolnowybiegowego oraz ekologicznego.
Jak twierdzi ekspertka, jaja z systemów alternatywnych są droższe w produkcji, przez co konsumenci są zmuszeni płacić wyższe ceny.
– Często jednak nie mają wyboru, bo duże sieci handlowe wycofują ze sprzedaży jaja klatkowe – mówi Katarzyna Gawrońska. – Dla producentów metoda chowu kur jest obojętna. Natomiast inwestycje w zmianę chowu kur muszą sfinansować konsumenci, co dodatkowo wpływa in plus na ceny jaj. Powolny proces odchodzenia od klatek to nie „upór” producentów, a raczej wybór konsumentów, którzy cały czas - wbrew informacjom przekazywanym przez organizacje ekologiczne - poszukują jaj klatkowych jako tańszych i czystszych mikrobiologicznie.

Według danych Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz w Polsce rodzaje poszczególnych chowów wyglądają następująco:
- klatkowy - 68 proc. populacji kur,
- ściółkowy - 24 proc.,
- wolnowybiegowy - 7 proc.,
- ekologiczny - 1 proc.
Wszystko pod pełną kontrolą
Zdaniem Barbary Woźniak, członkini zarządu Ferm Woźniak, od ponad dekady fundamentalną zmianą w branży jest przejście produkcji jaj z szeroko pojętego modelu rolniczego do wysoko zaawansowanego sektora przemysłu spożywczego.
– Dziś mówimy o pełnej kontroli jakości, bioasekuracji i identyfikowalności produktu – od fermy po półkę sklepową. Standardem są własne laboratoria, systemy dezynfekcji, ścisłe procedury bezpieczeństwa i ciągły monitoring jakości. To nie już tylko prosta produkcja, ale zaawansowane zarządzanie procesami produkcyjnymi oraz bezpieczeństwem żywności w skali przemysłowej – mówi Bankier.pl Barbara Woźniak. – Warto podkreślić skalę tego zjawiska: według danych FAO (Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa), światowa produkcja jaj przekracza obecnie 80–90 mln ton rocznie i wykazuje stałą tendencję wzrostową, co potwierdza strategiczne znaczenie tej branży.
Odejście od chowu klatkowego kosztuje miliony
Według Barbary Woźniak, odejście od chowu klatkowego to wieloletni proces inwestycyjny, a tempo tej zmiany musi być skorelowane z realnym popytem i możliwościami finansowymi producentów.
– Dla osób spoza branży to „transformacja”, a dla
producentów pełnoskalowa rewolucja strukturalna, technologiczna i
finansowa, liczona w milionach euro – twierdzi ekspertka. – Nie mówimy o
prostej zmianie systemu chowu. Mówimy o zamknięciu jednego modelu produkcji i budowie
drugiego od zera.
Jak twierdzi przedstawicielka Ferm Woźniak, niezbędna jest całkowita przebudowa
lub likwidacja istniejących obiektów inwentarskich w celu dostosowania ich do
wymogów technologicznych systemów bezklatkowych.
– Przejście na systemy alternatywne wiąże się także z planowym zmniejszeniem liczebności stad. Konieczne jest również pozyskanie i dostosowanie znacznych areałów ziemi, celem zabezpieczenia wybiegów oraz spełnienia norm środowiskowych. Realizacja tych założeń generuje nakłady finansowe sięgające dziesiątek milionów euro na poziomie pojedynczego podmiotu, co stanowi bezprecedensowe wyzwanie inwestycyjne w historii branży – mówi Barbara Woźniak. – To wszystko oznacza, że nie tylko zmieniamy sposób produkcji, ale resetujemy cały system: biologiczny, technologiczny i ekonomiczny.
Jej zdaniem systemy alternatywne oznaczają wyższe nakłady
inwestycyjne, niższą wydajność i wyższe koszty operacyjne.
– Ta transformacja w ogromnej mierze finansowana jest dziś przez samych
producentów – twierdzi przedstawicielka Ferm Woźniak. – Brakuje systemowych
mechanizmów wsparcia na skalę odpowiadającą temu wyzwaniu, mimo że kierunek
zmian jest jasno określony na poziomie polityk publicznych. Dlatego dla wielu
producentów, szczególnie tych bez silnego zaplecza finansowego, jest to realne
ryzyko wyjścia z rynku.
Wciąż najbardziej liczy się cena?
Według przedstawicielki firmy produkującej jaja, kwestie dobrostanu i zrównoważonej produkcji są istotne dla branży, jednak tempo zmian musi być skorelowane z rzeczywistym popytem.
– Jak pokazuje rynek, jest on bardziej złożony niż wynikałoby to z samych deklaracji – mówi Barbara Woźniak. – Widzimy tu bardzo wyraźny rozdźwięk. Z jednej strony mamy deklaracje konsumenckie i komunikację wokół jaj alternatywnych. Z drugiej - realne decyzje zakupowe, w których kluczowym czynnikiem nadal pozostaje cena. W praktyce, gdy na rynku pojawia się większa dostępność tańszych jaj, ich sprzedaż rośnie bardzo szybko. To pokazuje, że konsument - szczególnie w obecnych warunkach gospodarczych - podejmuje decyzje przede wszystkim ekonomicznie.
Import i koszty rosną rok do roku
Okazuje się, że ostatnie lata to dla branży okres bardzo dużej zmienności kosztowej.
– Wzrosty dotyczyły przede wszystkim energii, kosztów pracy, utrzymania infrastruktury oraz logistyki. Jednocześnie pasze, które stanowią jeden z kluczowych elementów kosztowych, pozostają czynnikiem silnie zmiennym cenowo, uzależnionym od sytuacji surowcowej i globalnych rynków rolnych. Trend długoterminowy jest jednoznaczny - koszty operacyjne produkcji systematycznie rosną rok do roku – mówi Barbara Woźniak.
Zdaniem przedstawicielki branży producentów jaj, jednym z
największych wyzwań jest proceder, w którym importowane jaja i przetwory spoza
UE są przepakowywane, mieszane z produktem krajowym i sprzedawane jako polskie.
– To nie jest kwestia interpretacji. To jest świadome obchodzenie zasad i
wprowadzanie w błąd odbiorców. W dodatku skala zjawiska rośnie bardzo
dynamicznie – twierdzi ekspertka.
Według danych Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa i analiz rynkowych import jaj do Polski wzrósł z 13,7 tys. ton w pierwszych dziewięciu miesiącach 2024 r. do 25,4 tys. ton w tym samym okresie 2025 r., czyli o 85 proc. rok do roku. W tym z Ukrainy wzrósł z 5,6 tys. ton do 10 tys. ton, czyli +79 proc. r/r). Natomiast Turcja pojawiła się na rynku praktycznie z dnia na dzień, a import z tego kraju wystrzelił w ciągu roku od 0 do około 1,2 tys. ton.
– Im większy import, tym większa pokusa jego „ukrywania” w łańcuchu dostaw – W efekcie dochodzimy do sytuacji, w której konsument przestaje mieć pewność, co naprawdę trafia na jego talerz. A to nie jest już tylko kwestia konkurencji. To jest kwestia uczciwości rynku i bezpieczeństwa żywności – dodaje Barbara Woźniak.
Epidemie uśmiercają miliony kur
Według Katarzyny Gawrońskiej producenci jaj w Polsce – podobnie jak w innych krajach – zmagają się przede wszystkim z epizoocjami, które są odpowiednikiem epidemii wśród ludzi.
– Główne choroby dziesiątkujące stada to grypa ptaków wywoływana przez wirusa HPAI oraz rzekomy pomór drobiu, wywoływany przez wirusa ND – twierdzi ekspertka. – Obie choroby są chorobami zwalczanymi z urzędu, co znaczy, że zakażone stado podlega nadzorowanej przez władze likwidacji, co często dotyczy także sąsiednich stad w ramach tak zwanej prewencji. Grypa ptaków oraz rzekomy pomór drobiu tylko w ostatnich pięciu miesiącach odpowiadają za uśmiercenie około 7 mln kur.
Choroby, transformacja chowu i nieuczciwa konkurencja
Według przedstawicieli branży produkującej jaja do jej największych wyzwań należą:
- choroby drobiu, które wpływają na podaż i stabilność produkcji,
- presja kosztowa, przy jednoczesnej wysokiej wrażliwości cenowej konsumentów,
- transformacja systemów chowu,
- brak przewidywalności regulacyjnej i rynkowej,
- konkurencja z krajów o niższych standardach i kosztach produkcji,
- niestabilność geopolityczna.
– I to wszystko dzieje się w sektorze, który globalnie rośnie. Dlatego największym wyzwaniem jest dziś zarządzanie całym tym systemem jednocześnie, przy utrzymaniu jakości, rzetelności i pełnej transparentności, nawet wtedy, gdy część rynku koncentruje się wyłącznie na krótkoterminowym zysku – podsumowuje Barbara Woźniak.




























































