O Michale Kosińskim, polskim pracowniku naukowym w Dolinie Krzemowej, można powiedzieć, że bawi się w Wielkiego Brata. Świat usłyszał o nim za sprawą badań nad sztuczną inteligencją z wykorzystaniem Facebooka. Twierdzi, że przed wyjazdem z Polski nie był prymusem, a bardziej od nauki interesowało go rozkręcanie startupu.
Jego polsko brzmiące nazwisko po raz pierwszy widziałam w publikowanym na Bankier.pl artykule „Co wie o nas Facebook”. Dr Michał Kosiński, assistant profesor na Uniwersytecie Stanforda, w zeszłym roku opublikował wyniki badań, które pokazują, że komputer może określić osobowość człowieka (w stopniu podobnym jak małżonek czy przyjaciel), korzystając wyłącznie z kilkunastu czy kilkudziesięciu „lajków” na Facebooku. Temat chętnie podejmowały największe media – „The Economist”, „The Wall Street Journal”, „Forbes” czy „The Guardian”, w Polsce pisał o nim m.in. „Puls Biznesu”.
Kosińskiego, chociaż żyje w Dolinie Krzemowej, nie ciągnie do startupów, mimo że przed wyjazdem z Polski z powodzeniem rozkręcał własną firmę. – Nie wyobrażam sobie, żeby biznes mógł zaproponować mi lepszą jakość życia niż Uniwersytet Stanforda – mówi. Zanim dotarł do Kalifornii, spędził kilka lat w Anglii. Po tych doświadczeniach przekonuje: – Trzeba zachęcać Polaków do tego, żeby wyjeżdżali. Jeżeli chcesz być obywatelem świata, musisz w tym świecie trochę czasu spędzić inaczej niż tylko latem w Turcji na plaży. Zupełnie inną perspektywę można zdobyć, jeśli się za granicą pomieszka i popracuje. I to nie wyłącznie w otoczeniu Polaków, lecz ludzi z innych krajów. A do Polski zawsze można wrócić. W najnowszym odcinku #TamMieszkam opowiada o swojej drodze do Kalifornii oraz o realiach życia i pracy w Dolinie Krzemowej.
Malwina Wrotniak, Bankier.pl: O wynikach Twoich badań jeszcze kilka miesięcy temu chętnie opowiadały największe światowe media. Dzisiaj nadal bawisz się w Wielkiego Brata?
Michał Kosiński: To nie tylko zabawa. Program komputerowy, który zna twoją osobowość, nastrój i poglądy, może być wspaniałym partnerem w zabawie, nauce czy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych. Z drugiej strony, nasze badania pokazują, że komputer może odgadnąć też twoje poglądy polityczne, orientację seksualną, inteligencję, a nawet, czy twoi rodzice się rozwiedli. Takie modele mogą być użyte do wywierania wpływu na ludzi, szantażu lub walki politycznej.

Cieszą się pewnie teraz ci, którzy konta na Facebooku nie mają.
To bez znaczenia. Prawie każdy ma kartę płatniczą, telefon komórkowy lub bilet miesięczny. Takie dane mówią więcej o człowieku niż jego profil na Facebooku. Darowizna dla partii politycznej lub płatność w klubie dla gejów to ślady, które każdy z nas może przekuć w precyzyjną opinię na temat danego człowieka. Komputer może jednak określić twoje cechy na podstawie dużo mniej oczywistych danych – przeczytanych książek, odwiedzonych stron czy tempa, w jakim stukasz w klawisze telefonu. Prowadzimy teraz badania, które pokazują, że komputer może odgadnąć twoje psychologiczne cechy, poglądy czy orientację seksualną, bazując jedynie na zdjęciu twojej twarzy.
Jest mniej czy bardziej omylny niż człowiek?
To zależy. Modele komputerowe przewidujące cechy takie jak płeć, orientacja seksualna czy poglądy polityczne, są dokładne w niemalże 100%. Trudniej określić cechy takie jak osobowość czy inteligencja, jednak i tutaj komputerowe modele są zaskakująco dokładne. Nasze badania pokazują, iż komputer może określić osobowość człowieka dokładniej niż jego małżonek czy przyjaciel. Przy czym nasz model bazuje jedynie na kilkunastu „lajkach” z twojego profilu na Facebooku, podczas gdy małżonek czy przyjaciel zna cię od wielu lat.
Sztuczna inteligencja to pole do popisu dla wielu branż, co pewnie wiesz z pierwszej ręki, bo współpracujesz z biznesem?
Nietrudno wyobrazić sobie, że taką technologią zainteresowane są banki, firmy ubezpieczeniowe i marketingowcy. Znajomość twoich intymnych cech może pomoc w przygotowaniu atrakcyjnej oferty. Na przykład, znając tendencję danego klienta do podejmowania ryzyka, można lepiej dopasować produkty inwestycyjne lub ubezpieczeniowe. Oczywiście takimi technologiami interesują się też agencje rządowe chcące wiedzieć, czego można spodziewać się po ich obywatelach. Ja staram się przekazać ludziom, że chociaż takie technologie mogą poprawić jakość usług i bezpieczeństwo, niosą też dużo zagrożeń.
Praca w Dolinie Krzemowej
W Polsce prowadziłeś firmę, dzisiaj żyjesz w Dolinie Krzemowej. Nie ciągnie cię do biznesu?
Własny biznes to wspaniałe doświadczenie i wiele się nauczyłem, prowadząc firmę. Nie wyobrażam sobie jednak, żeby biznes mógł zaproponować mi lepszą jakość życia niż Uniwersytet Stanforda. Mam nadzieję, że mój dziekan nie czyta po polsku, bo powiem ci, że chętnie płaciłbym mu co miesiąc, żeby pozwolił mi robić to, co robię.
Co więcej, nawet kiedy dopadnie mnie tęsknota za pracą w biznesie, to moja umowa o pracę pozwala mi spędzić jeden dzień w tygodniu na konsultacjach z prywatnymi firmami. Wyobrażam sobie, że uniwersytety w wielu krajach byłyby tym zbulwersowane, starając się odgrodzić swoich pracowników naukowych od biznesu. U nas jest odwrotnie. Uniwersytet jest zdania, iż jednym z naszych celów jest przekuwanie wiedzy w praktykę, a konsulting dla firm jest najlepszą tego gwarancją. Poza tym w ten sposób można dowiedzieć się, jakie są najbardziej palące problemy dla firm i czym zajmować się w swojej pracy naukowej. Jeśli bierzesz udział w praktycznych projektach, stajesz się też dużo ciekawszym profesorem z punktu widzenia studentów.
Intensywność pracy naukowej w Dolinie Krzemowej dorównuje tej w biznesie?
Pewnie – naprawdę nikt tu się nie obija. Kultura jest jednak taka, by nie zatracać się w pracy. Nawet młodzi startupowcy mają czas, by co weekend pochodzić po górach czy się powspinać. Wielu znajomych przed pracą jedzie nad ocean, by popływać na desce. Żyjąc w Polsce, nie doświadczyłem takiej równowagi pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym. A szkoda, bo myślę, że to nie tylko zdrowo, ale i dobrze z punktu widzenia kariery. Osoby, które spotykasz nad oceanem czy w górach, to twoi przyszli klienci, pracownicy i partnerzy w biznesie. Wypad nad ocean, żeby popływać z rekinami, może się niejednokrotnie bardziej przysłużyć rozwojowi firmy niż ten sam czas spędzony w biurze.
Ale praca, która musi być wykonana, musi być wykonana.
Wydaje mi się, że efektywność pracy jest tu dużo większa niż w Polsce, co wynika z wielu czynników. Ci, którzy przyjechali tu z zagranicy, to zwykle ludzie najbardziej pracowici, ambitni i kreatywni. Ci, którzy urodzili się tutaj, to potomkowie takich samych ambitnych i pracowitych imigrantów, którzy kultywują etos uczciwej pracy. To się naprawdę czuje tutaj bardzo wyraźnie. Zarówno na uniwersytecie, jak i w okolicznych firmach, nikt nie sprawdza, o której przychodzisz czy wychodzisz z pracy lub czy nie siedzisz na Facebooku. Tzw. free-riderzy są tak rzadcy, że nikt się nimi nie przejmuje.
Startupy w Dolinie Krzemowej
Widzisz więcej takich kulturowych luk pomiędzy Stanami a Polską?
W Polsce mamy, na przykład, permanentny kryzys zaufania. Kiedy prowadziłem biznes w Warszawie, ludzie notorycznie oszukiwali siebie w różny sposób. Pewnie oszukują się i tutaj, ale na pewno na znacznie mniejszą skalę. I wcale nie wynika to z lepszych umów czy lepszych prawników. Umowy są tutaj dużo krótsze, a sprawy sądowe bardziej skomplikowane, a jednak rzadko słyszy się o przekrętach i panuje tu niesamowity poziom zaufania.
Widać to na rynku startupów. Przed inwestorem staje młody człowiek, bez żadnych osiągnięć na koncie, który ma po prostu fajny pomysł i który na podstawie umowy liczącej dwie strony A4 dostaje na jego realizację setki tysięcy, jeśli nie miliony dolarów. I taki gość nie ucieka z milionem na Kajmany. Może dlatego, że jest tutaj fajniej niż na Kajmanach? A może pieniądze imponują tu ludziom mniej niż osiągnięcia i przygody?
Dolina Krzemowa nie jest też taka duża i ludzie dobrze się znają, więc liczy się osobista renoma. Co ciekawe, renoma nie jest wprost proporcjonalna do stanu konta czy poprzednich sukcesów, a raczej zależy od tego, jak traktujesz innych. Słyszę masę historii o ludziach, którym nie wypaliły cztery firmy, a dostali pieniądze na piątą, często od tego samego inwestora, bo spodobało mu się, jak taki człowiek potraktował byłych pracowników. Mówi się tutaj, że uczysz się na błędach, a nie na sukcesach.
Porażki za nie swoje pieniądze - tak typowe tutaj - smakują też trochę inaczej.
Jest to bardzo dobre podejście. Inwestując swoje własne pieniądze - czy to na giełdzie, czy w biznesie - nie jesteś w stanie racjonalnie o nich myśleć. Zupełnie inne procesy psychologiczne kierują ludźmi, którzy inwestują środki innych osób. Łatwiej podejmować ryzyko, które często jest niezbędne. Co więcej, nie ma lepszego sojusznika niż ktoś, kto zainwestował swoje pieniądze w twój biznes. Taki inwestor dołoży wszelkich starań, żeby twoja firma odniosła sukces.
W Dolinie najlepiej, żeby zadziało się to w internecie.
Bądźmy szczerzy - Dolina Krzemowa to przede wszystkim mikrokosmos startupów IT. Będąc tu na miejscu, blisko siebie, firmy mogą rozkwitać dzięki wymienianiu się ludźmi i pomysłami. Liczy się też przepływ pracowników pomiędzy firmami. Dla przeciętnego HR-owca może brzmi to jak horror, ale dla samych firm jest niesamowitą korzyścią. Ludzie, przenosząc się pomiędzy firmami, dokonują transferu kultury i wiedzy. Organizacje dużo się w ten sposób uczą od siebie nawzajem.
Uważasz, że w Dolinie Krzemowej jest miejsce na biznes nieinternetowy?
Dolina to, może przede wszystkim, mekka dla inwestorów i ludzi z pomysłem na biznes. Sprawdzić może się cokolwiek. Podam przykład: poznałem ostatnio młodego człowieka, który zaraz po studiach licencjackich wymyślił sobie, że będzie się zajmował przerabianiem śmieci w złoto. Okazuje się, że w kilogramie zużytego sprzętu komputerowego jest więcej złota niż w kilogramie rudy złota. Pomysł nie jest nowy, cała masa podobnych fabryk pracuje na całym świecie. Ten człowiek w kilka miesięcy nauczył się technologii, przygotował biznesplan, znalazł inwestorów i zebrał ponad 40 mln dolarów inwestycji. Mniej niż rok później, fabryka oficjalnie rozpoczęła działanie. Pracowity człowiek z rozsądnym planem łatwo znajdzie tutaj pieniądze na otwarcie biznesu.
Gorzej pewnie ze znalezieniem pracowników?
To prawda, brakuje rąk, a raczej głów do pracy. Na przykład bardzo trudno znaleźć programistów, o ile nie chcesz im płacić jako pierwszą pensję 150 tys. dolarów rocznie. Dlatego wiele firm otwiera tutaj oddział czy siedzibę, a pracę outsourcują do innych krajów. Ktoś mógłby pomyśleć, że to działa na niekorzyść takiej firmy w oczach kontrahentów czy inwestorów. Nic bardziej mylnego, inwestor czy klient zna lokalne realia i wie, że w taki sposób firma dostarczy lepszą usługę za tę samą cenę.
Czytaj dalej: "Trzeba zachęcać Polaków do tego, żeby wyjeżdżali" »
Zanim przyleciałeś do Kalifornii, przez kilka lat mieszkałeś w Anglii. Co ciekawe, ani tam, ani do Stanów nie planowałeś wyjeżdżać. Warszawa niespodziewanie okazała się za ciasna?
Warszawa była wspaniała! Nie tylko z powodu tego, jakim jest miastem, ale też z powodu zmian, jakie zachodziły w Polsce w latach 90. Co więcej, nigdy nie przyszło mi do głowy, że ja, chłopak z Warszawy, mógłbym studiować za granicą. Momentem zwrotnym było spotkanie z koleżanką, z którą chodziłem wcześniej do liceum im. Czackiego. Polska właśnie wstąpiła do Unii Europejskiej, a Agnieszka dostała się na studia policencjackie w Londynie. Nie znałem wcześniej osobiście nikogo, kto studiowałby za granicą, mało było w Polsce takich historii. Odwiedziłem ją kilka razy w tym Londynie pełnym ciekawych ludzi z całego świata i nie miałem żadnych wątpliwości – składam papiery na studia za granicą.
Mimo że miałeś już za sobą romans ze studiami w Polsce.
Tak, ale przyznam, że studentem nie byłem wzorowym. Jeszcze w szkole średniej założyłem startup w branży IT i dawało mi to o wiele więcej frajdy niż studiowanie. Kiedy studiujesz, feedback jest bardzo rozciągnięty w czasie, a w startupie projekty można zamknąć w dzień lub dwa, jest cała masa przygód, adrenaliny, nowych znajomych, no i pieniędzy. Studiowanie nie szło mi więc za dobrze, pewnie dwa lub trzy razy zmieniałem uczelnię i kierunek. Nie uwierzyłbym, gdybyś mi wtedy powiedziała, że skończę jako profesor. A moi wykładowcy na pewno by się zdrowo uśmiali.
Czym się wtedy zajmowałeś?
Przede wszystkim dostawami sprzętu i budową infrastruktury informatycznej. Oprócz tego robiliśmy też strony internetowe, pisaliśmy oprogramowanie. Były to czasy intensywnej komputeryzacji, rynek był młody i bardzo chłonny.
Ciekawe, że nie wystarczyło, żeby zostać w Polsce.
Problem ze startupami polega na tym, że kiedy zaczynasz, jesteś na pierwszej linii frontu, ciągle coś się dzieje i codziennie robisz coś nowego. Ale kiedy już zatrudniasz 15 czy 20 pracowników, stajesz się maszynką do podpisywania dokumentów i wystawiania faktur, a jedyna interakcja z klientem ma miejsce wtedy, kiedy coś się wali. Oczywiście niektórzy mają szczęście i talent, żeby wyjść ponad ten etap średniej firmy i zostać prezesem większej organizacji - wtedy faktycznie można zająć się działaniami strategicznymi. Mnie talentu zabrakło.
Studia za granicą
Mimo to, z dostaniem się na studia w Cambridge nie miałeś problemów.
Pomogło głównie szczęście! Ale jeśli nie próbujesz, to żadna ilość rozumu i szczęścia nie pomoże. Moja historia pokazuje, że próbować warto. Papiery na studia złożyłem do Cambridge, na Harvard i do Oksfordu, co doskonale ilustruje mój brak zdrowego rozsądku. (śmiech) Kilka tygodni później Oksford zaskoczył mnie zaproszeniem na rozmowę. Nie wspomniałem wcześniej, ale mój angielski był wtedy jeszcze raczej słaby - Oksford nie był pod wrażeniem. Na szczęście Cambridge nie popełnił tego błędu i zaakceptował mnie bez zbędnych formalności. (śmiech) Miałem 8 miesięcy na zamknięcie firmy, skończenie studiów w Polsce i nauczenie się angielskiego.
Ta historia pokazuje, że przy aplikowaniu na studia za granicą oceny liczą się mniej niż w Polsce. Moje nie były złe, ale nie były też wspaniałe. Na szczęście dla mnie, w Cambridge nie chcą kujonów. W akademiku mieszkała ze mną olimpijka w narciarstwie, chłopak, który w wieku 18 lat założył szkołę dla bezdomnych dzieci w Indiach, mistrz szachów i dziewczyna z domu dziecka z ciekawą przeszłością. Mój promotor powiedział mi później, że moim atutem było doświadczenie w biznesie i nie przejmował się tym, że moje pierwsze 5-letnie studia zajęły mi aż 8 lat.
Tam na Wyspach apetyt rósł w miarę jedzenia?
Na początku myślałem tylko o studiach magisterskich, ale tak mi się spodobało, że postanowiłem zostać na doktorat. I chętnie robiłbym go do dzisiaj. Wspominam tamten okres jako magiczny czas, jedyny taki okres w życiu, kiedy płacą ci za czytanie książek i zadawanie się z ciekawymi ludźmi.
Tym płaceniem - w odniesieniu do polskich warunków - zaraz wzniecimy ostrą dyskusję.
W takim razie to argument, żeby wyjeżdżać studiować za granicę. I nie dlatego, że Polska jest zła - Polska jest wspaniała. Ale jeśli ktoś składa papiery na UW, dlaczego miałby nie złożyć też na studia zagraniczne? Przecież nie trzeba podejmować decyzji w momencie składania aplikacji. Jeśli dostaniesz ofertę z Cambridge - zawsze możesz odmówić. Ale nie spróbować jest po prostu grzechem.
Nie każdy chce z Polski wyjeżdżać.
Pewnie, ale jeżeli chcesz być obywatelem świata, to musisz w tym świecie trochę czasu spędzić inaczej niż tylko latem w Turcji na plaży. Zupełnie inną perspektywę można zdobyć, jeśli się za granicą pomieszka. I to nie w domu pełnym Polaków, tylko w domu pełnym ludzi z innych krajów. A do Polski zawsze można wrócić.
Życie w Stanach Zjednoczonych
Ty, zamiast wrócić, poleciałeś dalej.
Zostałem zaproszony na staż podoktorski na wydziale informatyki Uniwersytetu Stanforda. Planowałem wrócić do Cambridge, gdzie czekała na mnie profesura. Ale, co tu dużo gadać, Stanford i Kalifornia są po prostu absolutnie niesamowite. Mam z domu 30 minut w jedną stronę nad ocean z pięknymi falami, na których można posurfować i 3,5 godziny w drugą stronę w góry do Tahoe, gdzie od listopada do kwietnia można jeździć na nartach. Masa przygód, pięknej natury i wspaniałych ludzi. Złożyłem więc pierwszą w swoim życiu aplikację do pracy, a ofercie, która się pojawiła, trudno było odmówić. No i warunki pracy są wspaniałe. Nikogo nie obchodzi, czy jestem w biurze, czy poza nim, jeśli tylko realizuję swoją pracę naukową. Mam do zrealizowania 3 godziny wykładów miesięcznie. Kiedy zapytałem, jakie są moje inne obowiązki, usłyszałem: Just be awesome. Nikt mi tu niczego nie narzuca.
Po raz pierwszy od początku rozmowy sięgam do notatek, żeby sprawdzić, czy nie pominęłam którejś z wynotowanych wcześniej kwestii.
Wiesz, Malwina, trzeba zachęcać Polaków do tego, żeby wyjeżdżali. W Anglii spotykałem wiele osób z Polski. To byli wspaniali, mądrzy, wykształceni ludzie z dyplomami, którzy często pracowali za barem. I nie ma absolutnie nic złego w pracy na barze, ale jeżeli ktoś spędził tyle czasu w życiu, studiując, dlaczego nie zostawi tej pracy w barze dla kogoś, kto może nie miał tak dużo szczęścia albo nie miał takiej motywacji czy takich rodziców, którzy zapewniliby mu odpowiednią edukację? Oczywiście łatwo dostać pracę w pubie, a w Anglii za taką pensję da się przeżyć. Nie mam pojęcia, czemu postępuje tak aż tyle osób. Chyba brakuje nam, Polakom, pewności siebie i poczucia własnej wartości. A nie powinno być nam wstyd z żadnego powodu. Warto wyjechać na kilka lat do pracy lub na studia - nie ma lepszej szkoły życia i tolerancji. Jeszcze raz powiem – zawsze można później do Polski wrócić.
Twoim zdaniem w Stanach jest łatwo?
Zależy komu. Myślę, że jeśli komuś w Polsce wydaje się, że wydajemy za dużo na zasiłki, komunikację miejską i darmowe szkoły, powinien przejść się po centrum San Francisco. Amerykaninowi urodzonemu w złej dzielnicy, bez ubezpieczenia i dostępu do przyzwoitej edukacji, żyjącemu w strachu przed gangami i policją, żyje się bardzo ciężko. Niewyobrażalnie ciężko z polskiej perspektywy.
Ale klasie średniej czy imigrantom wykształconym w przytulnej Europie, żyje się w Stanach bardzo łatwo. Nie trzeba się gimnastykować, żeby prowadzić spokojne i szczęśliwe życie.
Rozmawiała Malwina Wrotniak
Materiał jest częścią projektu Bankier.pl - „Tam mieszkam”
Jego polsko brzmiące nazwisko po raz pierwszy widziałam w publikowanym na Bankier.pl artykule „Co wie nas Facebook”. Dr Michał Kosiński, assistant profesor na Uniwersytecie Stanforda, w zeszłym roku opublikował wyniki badań, które pokazują, że komputer może określić osobowość człowieka, korzystając wyłącznie z kilkunastu czy kilkudziesięciu „lajków” na Facebooku. Temat chętnie podejmowały największe media – „The Economist”, „The Wall Street Journal”, „Forbes” czy „The Guardian”, w Polsce pisał o nim m.in. „Puls Biznesu”.
Chociaż żyje w Dolinie Krzemowej, nie ciągnie go do biznesu, mimo że w Polsce od młodych lat rozkręcał własną firmę. Między Warszawą a Kalifornią spędził kilka lat w Anglii. – Jeżeli chcesz być obywatelem świata, musisz w tym świecie trochę czasu spędzić inaczej niż tylko latem w Turcji na plaży. Zupełnie inną perspektywę można zdobyć, jeśli się za granicą pomieszka i popracuje. I to nie wyłącznie w otoczeniu Polaków, lecz ludzi z innych krajów. Do Polski zawsze można wrócić – mówi.
Malwina Wrotniak-Chałada: O wynikach Twoich badań jeszcze kilka miesięcy temu chętnie opowiadały największe światowe media. Dzisiaj nadal bawisz się w Wielkiego Brata?
Michał Kosiński: To nie tylko zabawa. Program komputerowy, który zna twoją osobowość, nastrój i poglądy, może być wspaniałym partnerem w zabawie, nauce czy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych. Z drugiej strony, nasze badania pokazują, że komputer może odgadnąć też twoje poglądy polityczne, orientację seksualną, inteligencję, a nawet, czy twoi rodzice się rozwiedli. Takie modele mogą być użyte do wywierania wpływu na ludzi, szantażu lub walki politycznej.
Cieszą się pewnie teraz ci, którzy konta na Facebooku nie mają.
To bez znaczenia. Prawie każdy ma kartę płatniczą, telefon komórkowy lub bilet miesięczny. Takie dane mówią więcej o człowieku niż jego profil na Facebooku. Darowizna dla partii politycznej lub płatność w klubie dla gejów to ślady, które każdy z nas może przekuć w precyzyjną opinię na temat danego człowieka. Komputer może jednak określić twoje cechy na podstawie dużo mniej oczywistych danych – przeczytanych książek, odwiedzonych stron czy tempa, w jakim stukasz w klawisze telefonu. Prowadzimy teraz badania, które pokazują, że komputer może odgadnąć twoje psychologiczne cechy, poglądy czy orientację seksualną, bazując jedynie na zdjęciu twojej twarzy.
Jest mniej czy bardziej omylny niż człowiek?
To zależy. Modele komputerowe przewidujące cechy takie, jak płeć, orientacja seksualna czy poglądy polityczne, są dokładne w niemalże 100%. Trudniej określić cechy takie, jak osobowość czy inteligencja, jednak i tutaj komputerowe modele są zaskakująco dokładne. Nasze badania pokazują, iż komputer może określić osobowość człowieka dokładniej niż jego małżonek czy przyjaciel. Przy czym nasz model bazuje jedynie na kilkunastu „lajkach” z twojego profilu na Facebooku, podczas gdy małżonek czy przyjaciel zna cię od wielu lat.
Sztuczna inteligencja to pole do popisu dla wielu branż, co pewnie wiesz z pierwszej ręki, bo współpracujesz z biznesem?
Nietrudno wyobrazić sobie, że taką technologią zainteresowane są banki, firmy ubezpieczeniowe i marketingowcy. Znajomość twoich intymnych cech może pomoc w przygotowaniu atrakcyjnej oferty. Na przykład, znając tendencję danego klienta do podejmowania ryzyka, można lepiej dopasować produkty inwestycyjne lub ubezpieczeniowe. Oczywiście takimi technologiami interesują się też agencje rządowe chcące wiedzieć, czego można spodziewać się po ich obywatelach. Ja staram się przekazać ludziom, że chociaż takie technologie mogą poprawić jakość usług i bezpieczeństwo, niosą też dużo zagrożeń.
W Polsce prowadziłeś firmę, dzisiaj żyjesz w Dolinie Krzemowej. Nie ciągnie cię do biznesu?
Własny biznes to wspaniałe doświadczenie i wiele się nauczyłem, prowadząc firmę. Nie wyobrażam sobie jednak, żeby biznes mógł zaproponować mi lepszą jakość życia niż Uniwersytet Stanforda. Mam nadzieję, że mój dziekan nie czyta po polsku, bo powiem ci, że chętnie płaciłbym mu co miesiąc, żeby pozwolił mi robić to, co robię.
Co więcej, nawet kiedy dopadnie mnie tęsknota za pracą w biznesie, to moja umowa o pracę pozwala mi spędzić jeden dzień w tygodniu na konsultacjach z prywatnymi firmami. Wyobrażam sobie, że uniwersytety w wielu krajach byłyby tym zbulwersowane, starając się odgrodzić swoich pracowników naukowych od biznesu. U nas jest odwrotnie. Uniwersytet jest zdania, iż jednym z naszych celów jest przekuwanie wiedzy w praktykę, a konsulting dla firm jest najlepszą tego gwarancją. Poza tym w ten sposób można dowiedzieć się, jakie są najbardziej palące problemy dla firm i czym zajmować się w swojej pracy naukowej. Jeśli bierzesz udział w praktycznych projektach, stajesz się też dużo ciekawszym profesorem z punktu widzenia studentów.
Intensywność pracy naukowej w Dolnie Krzemowej dorównuje tej w biznesie?
Pewnie – naprawdę nikt tu się nie obija. Kultura jest jednak taka, by nie zatracać się w pracy. Nawet młodzi startupowcy mają czas, by co weekend pochodzić po górach czy się powspinać. Wielu znajomych przed pracą jedzie nad ocean, by popływać na desce. Żyjąc w Polsce, nie doświadczyłem takiej równowagi pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym. A szkoda, bo myślę, że to nie tylko zdrowo, ale i dobrze z punktu widzenia kariery. Osoby, które spotykasz nad oceanem czy w górach, to twoi przyszli klienci, pracownicy i partnerzy w biznesie. Wypad nad ocean, żeby popływać z rekinami, może się niejednokrotnie bardziej przysłużyć rozwojowi firmy niż ten sam czas spędzony w biurze.
Ale praca, która musi być wykonana, musi być wykonana.
Wydaje mi się, że efektywność pracy jest tu dużo większa niż w Polsce, co wynika z wielu czynników. Ci, którzy przyjechali tu z zagranicy, to zwykle ludzie najbardziej pracowici, ambitni i kreatywni. Ci, którzy urodzili się tutaj, to potomkowie takich samych ambitnych i pracowitych imigrantów, którzy kultywują etos uczciwej pracy. To się naprawdę czuje tutaj bardzo wyraźnie. Zarówno na uniwersytecie, jak i w okolicznych firmach, nikt nie sprawdza, o której przychodzisz czy wychodzisz z pracy lub czy nie siedzisz na Facebooku. Tzw. free-riderzy są tak rzadcy, że nikt się nimi nie przejmuje.
Widzisz więcej takich kulturowych luk pomiędzy Stanami a Polską?
W Polsce mamy, na przykład, permanentny kryzys zaufania. Kiedy prowadziłem biznes w Warszawie, ludzie notorycznie oszukiwali siebie w różny sposób. Pewnie oszukują się i tutaj, ale na pewno na znacznie mniejszą skalę. I wcale nie wynika to z lepszych umów czy lepszych prawników. Umowy są tutaj dużo krótsze, a sprawy sądowe bardziej skomplikowane, a jednak rzadko słyszy się o przekrętach i panuje tu niesamowity poziom zaufania.
Widać to na rynku startupów. Przed inwestorem staje młody człowiek, bez żadnych osiągnięć na koncie, który ma po prostu fajny pomysł i który na podstawie umowy liczącej dwie strony A4 dostaje na jego realizację setki tysięcy, jeśli nie miliony dolarów. I taki gość nie ucieka z milionem na Kajmany. Może dlatego, że jest tutaj fajniej niż na Kajmanach? A może pieniądze imponują tu ludziom mniej niż osiągnięcia i przygody?
Dolina Krzemowa nie jest też taka duża i ludzie dobrze się znają, więc liczy się osobista renoma. Co ciekawe, renoma nie jest wprost proporcjonalna do stanu konta czy poprzednich sukcesów, a raczej zależy od tego, jak traktujesz innych. Słyszę masę historii o ludziach, którym nie wypaliły cztery firmy, a dostali pieniądze na piątą, często od tego samego inwestora, bo spodobało mu się, jak taki człowiek potraktował byłych pracowników. Mówi się tutaj, że uczysz się na błędach, a nie na sukcesach.
Porażki za nie swoje pieniądze - tak typowe tutaj - smakują też trochę inaczej.
Jest to bardzo dobre podejście. Inwestując swoje własne pieniądze - czy to na giełdzie, czy w biznesie - nie jesteś w stanie racjonalnie o nich myśleć. Zupełnie inne procesy psychologiczne kierują ludźmi, którzy inwestują środki innych osób. Łatwiej podejmować ryzyko, które często jest niezbędne. Co więcej, nie ma lepszego sojusznika niż ktoś, kto zainwestował swoje pieniądze w twój biznes. Taki inwestor dołoży wszelkich starań, żeby twoja firma odniosła sukces.
Tutaj najlepiej, żeby zadziało się to w internecie.
Bądźmy szczerzy - Dolina Krzemowa to przede wszystkim mikrokosmos strupów IT. Będąc tu na miejscu, blisko siebie, firmy mogą rozkwitać dzięki wymienianiu się ludźmi i pomysłami. Liczy się też przepływ pracowników pomiędzy firmami. Dla przeciętnego HR-owca może brzmi to jak horror, ale dla samych firm jest niesamowitą korzyścią. Ludzie, przenosząc się pomiędzy firmami, dokonują transferu kultury i wiedzy. Organizacje dużo się w ten sposób uczą od siebie nawzajem.
Uważasz, że w Dolinie Krzemowej jest miejsce na biznes nie internetowy?
Dolina to, może przede wszystkim, mekka dla inwestorów i ludzi z pomysłem na biznes. Sprawdzić może się cokolwiek. Podam przykład: poznałem ostatnio młodego człowieka, który zaraz po studiach licencjackich wymyślił sobie, że będzie się zajmował przerabianiem śmieci w złoto. Okazuje się, że w kilogramie zużytego sprzętu komputerowego jest więcej złota niż w kilogramie rudy złota. Pomysł nie jest nowy, cała masa podobnych fabryk pracuje na całym świecie. Ten człowiek w kilka miesięcy nauczył się technologii, przygotował biznesplan, znalazł inwestorów i zebrał ponad 40 mln dolarów inwestycji. Mniej niż rok później, fabryka oficjalnie rozpoczęła działanie. Pracowity człowiek z rozsądnym planem łatwo znajdzie tutaj pieniądze na otwarcie biznesu.
Gorzej pewnie ze znalezieniem pracowników?
To prawda, brakuje rąk, a raczej głów do pracy. Na przykład bardzo trudno znaleźć programistów, o ile nie chcesz im płacić jako pierwszą pensję 150 tys. dolarów rocznie. Dlatego wiele firm otwiera tutaj oddział czy siedzibę, a pracę outsourcują do innych krajów. Ktoś mógłby pomyśleć, że to działa na niekorzyść takiej firmy w oczach kontrahentów czy inwestorów. Nic bardziej mylnego, inwestor czy klient zna lokalne realia i wie, że w taki sposób firma dostarczy lepszą usługę za tę samą cenę.
Zanim przyleciałeś do Kalifornii, przez kilka lat mieszkałeś w Anglii. Co ciekawe, ani tam, ani do Stanów nie planowałeś wyjeżdżać. Warszawa niespodziewanie okazała się za ciasna?
Warszawa była wspaniała! Nie tylko z powodu tego, jakim jest miastem, ale też z powodu zmian, jakie zachodziły w Polsce w latach 90-tych. Co więcej, nigdy nie przyszło mi do głowy, że ja, chłopak z Warszawy, mógłbym studiować za granicą. Momentem zwrotnym było spotkanie z koleżanką, z którą chodziłem wcześniej do liceum im. Czackiego. Polska właśnie wstąpiła do Unii Europejskiej, a Agnieszka dostała się na studia policencjackie w Londynie. Nie znałem wcześniej osobiście nikogo, kto studiowałby za granicą, mało było w Polsce takich historii. Odwiedziłem ją kilka razy w tym Londynie pełnym ciekawych ludzi z całego świata i nie miałem żadnych wątpliwości – składam papiery na studia za granicą.
Mimo że miałeś już za sobą romans ze studiami w Polsce.
Tak, ale przyznam, że studentem nie byłem wzorowym. Jeszcze w szkole średniej założyłem startup w branży IT i dawało mi to o wiele więcej frajdy niż studiowanie. Kiedy studiujesz, feedback jest bardzo rozciągnięty w czasie, a w startupie projekty można zamknąć w dzień lub dwa, jest cała masa przygód, adrenaliny, nowych znajomych, no i pieniędzy. Studiowanie nie szło mi więc za dobrze, pewnie dwa lub trzy razy zmieniałem uczelnię i kierunek. Nie uwierzyłbym, gdybyś mi wtedy powiedziała, że skończę jako profesor. A moi wykładowcy na pewno by się zdrowo uśmiali.
Czym się wtedy zajmowałeś?
Przede wszystkim dostawami sprzętu i budową infrastruktury informatycznej. Oprócz tego robiliśmy też strony internetowe, pisaliśmy oprogramowanie. Były to czasy intensywnej komputeryzacji, rynek był młody i bardzo chłonny.
Ciekawe, że nie wystarczyło, żeby zostać w Polsce.
Problem ze startupami polega na tym, że kiedy zaczynasz, jesteś na pierwszej linii frontu, ciągle coś się dzieje i codziennie robisz coś nowego. Ale kiedy już zatrudniasz 15 czy 20 pracowników, stajesz się maszynką do podpisywania dokumentów i wystawiania faktur, a jedyna interakcja z klientem ma miejsce wtedy, kiedy coś się wali. Oczywiście niektórzy mają szczęście i talent, żeby wyjść ponad ten etap średniej firmy i zostać prezesem większej organizacji - wtedy faktycznie można zająć się działaniami strategicznymi. Mnie talentu zabrakło.
Mimo to, z dostaniem się na studia w Cambridge nie miałeś problemów.
Pomogło głównie szczęście! Ale jeśli nie próbujesz, to żadna ilość rozumu i szczęścia nie pomoże. Moja historia pokazuje, że próbować warto. Papiery na studia złożyłem do Cambridge, na Harward i do Oksfordu, co doskonale ilustruje mój brak zdrowego rozsądku. (śmiech) Kilka tygodni później Oksford zaskoczył mnie zaproszeniem na rozmowę. Nie wspomniałem wcześniej, ale mój angielski był wtedy jeszcze raczej słaby - Oksford nie był pod wrażeniem. Na szczęście Cambridge nie popełnił tego błędu i zaakceptował mnie bez zbędnych formalności. (śmiech) Miałem 8 miesięcy na zamknięcie firmy, skończenie studiów w Polsce i nauczenie się angielskiego.
Ta historia pokazuje, że przy aplikowaniu na studia za granicą oceny liczą się mniej niż w Polsce. Moje nie były złe, ale nie były też wspaniałe. Na szczęście dla mnie, w Cambridge nie chcą kujonów. W akademiku mieszkała ze mną olimpijka w narciarstwie, chłopak, który w wieku 18 lat założył szkołę dla bezdomnych dzieci w Indiach, mistrz szachów i dziewczyna z domu dziecka z ciekawą przeszłością. Moj promotor powiedział mi później, że moim atutem było doświadczenie w biznesie i nie przejmował się tym, że moje pierwsze 5-letnie studia zajęły mi aż 8 lat.
Tam na Wyspach apetyt rósł w miarę jedzenia?
Na początku myślałem tylko o studiach magisterskich, ale tak mi się spodobało, że postanowiłem zostać na doktorat. I chętnie robiłbym go do dzisiaj. Wspominam tamten okres jako magiczny czas, jedyny taki okres w życiu, kiedy płacą ci za czytanie książek i zadawanie się z ciekawymi ludźmi.
Tym płaceniem - w odniesieniu do polskich warunków - zaraz wzniecimy ostrą dyskusję.
W takim razie to argument, żeby wyjeżdżać studiować za granicę. I nie dlatego, że Polska jest zła - Polska jest wspaniała. Ale jeśli ktoś składa papiery na UW, dlaczego miałby nie złożyć też na studia zagraniczne? Przecież nie trzeba podejmować decyzji w momencie składania aplikacji. Jeśli dostaniesz ofertę z Cambridge - zawsze możesz odmówić. Ale nie spróbować jest po prostu grzechem.
Nie każdy chce z Polski wyjeżdżać.
Pewnie, ale jeżeli chcesz być obywatelem świata, to musisz w tym świecie trochę czasu spędzić inaczej niż tylko latem w Turcji na plaży. Zupełnie inną perspektywę można zdobyć, jeśli się za granicą pomieszka. I to nie w domu pełnym Polaków, tylko w domu pełnym ludzi z innych krajów. A do Polski zawsze można wrócić.
Ty, zamiast wrócić, poleciałeś dalej.
Zostałem zaproszony na staż podoktorski na wydziale informatyki Uniwersytetu Stanforda. Planowałem wrócić do Cambridge, gdzie czekała na mnie profesura. Ale, co tu dużo gadać, Stanford i Kalifornia są po prostu absolutnie niesamowite. Mam z domu 30 minut w jedną stronę nad ocean z pięknymi falami, na których można posurfować i 3,5 godziny w drugą stronę w góry do Tahoe, gdzie od listopada do kwietnia można jeździć na nartach. Masa przygód, pięknej natury i wspaniałych ludzi. Złożyłem więc pierwszą w swoim życiu aplikację do pracy, a ofercie, która się pojawiła, trudno było odmówić. No i warunki pracy są wspaniałe. Nikogo nie obchodzi, czy jestem w biurze, czy poza nim, jeśli tylko realizuję swoją pracę naukową. Mam do zrealizowania 3 godziny wykładów miesięcznie. Kiedy zapytałem, jakie są moje inne obowiązki, usłyszałem: Just be awesome. Nikt mi tu niczego nie narzuca.
Po raz pierwszy od początku rozmowy sięgam do notatek, żeby sprawdzić, czy nie pominęłam którejś z wynotowanych wcześniej kwestii.
Wiesz, Malwina, trzeba zachęcać Polaków do tego, żeby wyjeżdżali. W Anglii spotykałem wiele osób z Polski. To byli wspaniali, mądrzy, wykształceni ludzie z dyplomami, którzy często pracowali za barem. I nie ma absolutnie nic złego w pracy na barze, ale jeżeli ktoś spędził tyle czasu w życiu studiując, dlaczego nie zostawi tej pracy w barze dla kogoś, kto może nie miał tak dużo szczęścia albo nie miał takiej motywacji czy takich rodziców, którzy zapewniliby mu odpowiednią edukację? Oczywiście łatwo dostać pracę w pubie, a w Anglii za taką pensję da się przeżyć. Nie mam pojęcia, czemu postępuje tak aż tyle osób. Chyba brakuje nam, Polakom, pewności siebie i poczucia własnej wartości. A nie powinno być nam wstyd z żadnego powodu. Warto wyjechać na kilka lat do pracy lub na studia - nie ma lepszej szkoły życia i tolerancji. Jeszcze raz powiem – zawsze można później do Polski wrócić.
Twoim zdaniem w Stanach jest łatwo?
Zależy komu. Myślę, że jeśli komuś w Polsce wydaje się, że wydajemy za dużo na zasiłki, komunikację miejską i darmowe szkoły, powinien przejść się po centrum San Francisco. Amerykaninowi urodzonemu w złej dzielnicy, bez ubezpieczenia i dostępu do przyzwoitej edukacji, żyjącemu w strachu przed gangami i policją, żyje się bardzo ciężko. Niewyobrażalnie ciężko z polskiej perspektywy.
Ale klasie średniej czy imigrantom wykształconym w przytulnej Europie, żyje się w Stanach bardzo łatwo. Nie trzeba się gimnastykować, żeby prowadzić spokojne i szczęśliwe życie.
Rozmawiała Malwina Wrotniak-Chałada













!["Bardzo ciężka praca, ale i bardzo dobre życie". Bankowiec z Polski o realiach Nowego Jorku [Tam mieszkam]](https://galeria.bankier.pl/p/1/f/4fd22ab3ebbae7-480-288-0-0-1488-893.jpg)












































