– Nie nadążamy ze skupowaniem tych walut – przyznaje Albert Pawłowski, pracownik kantoru przy ul. Narutowicza. – W Polsce nie ma dobrze prosperujących dealerów tych marek. Często zdarza się, że w kantorze brakuje litów czy łat.
By jak najszybciej nadrobić walutowe zaległości, właściciele kantorów nawiązują współpracę z turystami, wyjeżdżającymi do krajów nadbałtyckich. Proponują im, by przywozili tamtejsze pieniądze, a oni odkupią je po atrakcyjnej cenie.
– To na razie jedyny sposób na zachowanie płynności sprzedaży – przyznaje Tomasz Trzebiński, menedżer kolejnego łódzkiego kantoru. – Nie byliśmy przygotowani na taki boom walutowy.
Moda na podróże do krajów nadbałtyckich rozpoczęła się po 1 maja 2004 roku, kiedy trzy byłe republiki ZSRR zostały przyjęte do Unii Europejskiej. – Rządy tamtych krajów postawiły na turystykę. Postarały się o dofinansowanie z europejskich programów pomocowych. Dzięki temu zmodernizowały bazę turystyczną – wyjaśnia Włodzimierz Kurzyk, prezes biura podróży w Łodzi. – Wielu turystów pyta o wycieczki i wczasy w tamtym rejonie.
Również biura turystyczne nie spodziewały się tak zmasowanego szturmu w kierunku północno- -wschodnim. Jak na razie oferują niewiele – głównie objazdowe wycieczki na trasie Wilno – Tallin – Ryga.
Brakuje wciąż stałej bazy pobytowej dla polskich turystów. Najdroższą z nadbałtyckich walut jest łotewski łat. Za jedną trzeba zapłacić 6 zł 55 gr. Estońska korona kosztuje 28 groszy, a litewski lit 1 zł 30 groszy.
Dziennik Łódzki
(mak)



























































