Dla polskiej bankowości internetowej zrobił pan wiele. Z jakim nastawieniem zaczyna pan nową pracę za granicą? Ma pan tremę?
– Trudno mówić o tremie. Zwłaszcza że ING Direct nie jest dla mnie czymś nowym. Przypominam, że pracowałem tam już na początku lat 2000. Współtworzyłem tę instytucję i znam zdecydowaną większość ludzi zatrudnionych w tym banku. Dlatego nowa praca to raczej powrót do starych przyjaciół oraz miejsca, gdzie już byłem, niż wyjazd w nieznane.
Tyle że pojawia się pewna presja. Szefowie grupy pokładają w panu spore nadzieje. Po sukcesie osiągniętym w Polsce awans do bankowej pierwszej ligi to sygnał, że i tam powinno się panu udać. Jednak będzie trudniej niż u nas w kraju.
– Najpierw małe sprostowanie. Absolutnie nie uważam, żeby praca w Polsce była pracą poza pierwszą ligą. A co do pytania: na szefie zawsze wisi spore brzemię odpowiedzialności. To, co powiem, może zabrzmieć nieskromnie, ale jest to prawda – należę do ludzi, którzy stawiają sobie większe wymagania od tych, które narzucają im szefowie. Zatem trudne i ambitne wyzwania oraz dużo obowiązków to dla mnie nic nowego.
W ING z sukcesem zachęcił pan klientów do korzystania z bankowości internetowej. Jednak wykorzystanie tego kanału w Polsce nie wygląda najlepiej. Mamy już co prawda 14 milionów kont, jednak połowa z nich jest martwa – dołączono je użytkownikom do zwykłych rachunków, a oni po prostu z nich nie korzystają. Kiedy nastąpi zmiana mentalności klientów? Kiedy uwierzą, że rachunek prowadzony przez internet to, mówiąc kolokwialnie, coś fajnego, z czego warto korzystać?
– To już nastąpiło. Może liczby jeszcze tego nie pokazują, ale punkt zwrotny jest już za nami. Teraz będzie tylko lepiej. Łatwiej jednak mówić mi o ING niż o całym rynku. My już przekroczyliśmy kolejną fazę rozwoju internetowej bankowości transakcyjnej. Staliśmy się jednym z dominujących graczy w Polsce, jeśli chodzi o penetrację rynku transakcyjnego.
Nie jest pan zbytnim optymistą, jeśli chodzi o masowe korzystanie przez Polaków z bankowości elektronicznej?
![]() | Zaprenumeruj miesięcznik finansowy BANK |
– Nie. Nie warto nawet wspominać o tym, ile w ogóle osób w Polsce ma rachunki bankowe, bo to niestety nie zmienia się w istotny sposób od mniej więcej 15 lat. Mimo to coś się jednak zmienia. Jeśli weźmiemy bowiem pod uwagę procent, jaki we wszystkich transakcjach płatniczych wykonywanych przez naszych klientów stanowią te dokonywane w internecie, to wyniki są doprawdy imponujące. A wszystko to stało się tak naprawdę w okresie ostatnich czterech – pięciu lat. Dziś dokonanie przelewu w kanale nieinternetowym jest w Polsce rzadkością. Przeskoczyliśmy kilka etapów bankowości, choćby korzystanie z kanału telefonicznego. Podkreślam raz jeszcze – i to z pełną stanowczością – przekroczyliśmy pewną barierę i teraz będzie już tylko lepiej.
Czy kolejnym etapem, który może nadejść, będzie masowe porzucenie gotówki? Polacy wciąż noszą w kieszeniach ogromne sumy pieniędzy…
– To trochę inny problem. Choć w pewnym sensie wiąże się z bankowością elektroniczną.
W jaki sposób?
– W pierwszym etapie bankowość internetowa stała się głównie sposobem na przelewanie pieniędzy z rachunku na rachunek. Kiedy jednak dochodzi do dokonywania zapłaty za towary czy usługi via internet, pojawia się problem. Ludzie mają jeszcze trochę obaw. Nie rozumiem, skąd one się biorą, ale tak jest. Sądzę, że ta forma płatności upowszechni się zapewne w ciągu trzech lat. A co do płatności gotówką w sklepach, to za kilka lat raczej nie będziemy nosili pieniędzy w kieszeniach. Choć tu musi dojść także do pewnych zmian zwyczajowych czy organizacyjnych.
To znaczy?
– Niezrozumiałe jest dla mnie np. to, że opłaty notarialnej można dokonać tylko gotówką. Coraz częściej przecież ludzie chcą płacić kartami. Wraz z bogaceniem się społeczeństwa, a co za tym idzie gromadzeniem oszczędności, następuje zmiana mentalności.
Jaka?
– Ludzie mają już pieniądze, więc nie wstydzą się ich wydawać. Dlatego używają kart kredytowych bądź wykonują przelewy internetowe. Także i dlatego, że usługi te są tańsze, niż były. Zaczęła się już reakcja łańcuchowa i wkrótce nastąpi eksplozja.
Rozpoczęliśmy naszą rozmowę od pańskiego wyjazdu i tym tematem ją skończymy. Wielu pana kolegów ze środowiska bankowego uśmiecha się z przekąsem, mówiąc, że „sumienie sektora wyjeżdża za granicę”. Piją do jednego z udzielonych przez pana wywiadów. Denerwuje się pan, słysząc takie głosy?
– Czy mnie to denerwuje? Nie! Powiem jedynie – i to szczerze – nie uważam, że jestem czyimkolwiek sumieniem. Po prostu mówię to, co myślę.
We wspomnianym wywiadzie oświadczył pan, że środowisku bankowemu potrzebne jest samooczyszczenie. Przyznał pan, że nie zawsze graliśmy fair. Czy, jeśli chodzi o działalność banku, którym pan kierował, ma pan sobie coś do zarzucenia?
– Oczywiście, że mam sobie wiele do zarzucenia – i to we wszystkich aspektach. Natomiast sądzę, że w naszym przypadku traktujemy wartości, w tym i wartości etyczne, jako najważniejsze. Uważam, że największą wartością banku jest zaufanie ze strony klienta. Wierzę, że wszyscy w sektorze bankowym mają podobne przekonanie, choć oczywiście zdarza się, że nie wszyscy działają zgodnie z nim. Jednak podkreślam – warto i trzeba dbać o zaufanie naszych klientów, bo ono, jak w przysłowiu, „przyjeżdża wołem, ale odlatuje gołębiem”. Łatwo je utracić, a potwornie trudno się je buduje.
Wierzy pan, że uda się doprowadzić do tego, by w ogromnym środowisku bankowym, liczącym prawie 200 tys. ludzi, nie znalazła się ani jedna czarna owca?
– Nie, bo świat nie jest idealny. Chodzi jednak o to, żeby wytworzyć pewną masę krytyczną w tej sprawie. Czy to się uda zrobić? Jesteśmy sektorem etycznym, stać nas na to, żebyśmy byli sektorem superetycznym. Tak naprawdę nie mamy innego wyjścia. Jeśli sami tego nie zrobimy, to prędzej czy później wymuszą to na nas klienci. Dlatego lepiej zrobić to wcześniej samemu. Choćby po to, by proces budowy zaufania do banków odbywał się szybciej i z mniejszym bólem.
Wyjechał pan z Polski, kraju, który na mapie światowego kryzysu był zaznaczony zielonym kolorem. Trafił pan do miejsca oznaczonego na czerwono. Na jakim etapie kryzysu znajduje się Europa? Ile czasu będziemy jeszcze zaciskać pasa?
– Kryzys jest już za nami. Nie mam w tej kwestii żadnych wątpliwości. Oczywiście sytuacja w Polsce i w Europie Zachodniej to zupełnie inna bajka. U nas kryzysu szczęśliwym trafem po prostu uniknęliśmy. Nie możemy jednak w żadnym wypadku puszyć się z dumy, że jesteśmy tacy genialni. Zamiast tego, powinniśmy już teraz zacząć analizować sytuację zaistniałą na świecie i wyciągać z niej wnioski na przyszłość. Mieliśmy, podkreślam, sporo szczęścia, ale drugi raz wcale tak nie musi być. Europa Zachodnia i Stany Zjednoczone były bardziej niefrasobliwe i miały zdecydowanie mniej szczęścia. I tam kryzys był głęboki. Nie możemy, patrząc z perspektywy Polski, mówić, że nic się nie stało. W tych krajach, w których będę teraz pracował, jeszcze długo będziemy pić to piwo. Polsce udało się wyjść obronną ręką, ale zaklinam: uczmy się na cudzych błędach, bo one mniej kosztują.
































































