Odporność Polski na globalny kryzys finansowy wynikała w dużej mierze z tego, że polskie firmy były mocniej włączane w łańcuchy dostaw niemieckich producentów – szukając oszczędności, mocniej przenosili części tego łańcucha do Polski i całego regionu. Niemcy były więc zawsze, a dziś są nawet mocniej, kluczowym punktem odniesienia dla polskiej gospodarki. Jeżeli więc nadchodzą istotne dane z niemieckiego przemysłu, spieszę je raportować.


Destatis, czyli niemiecki odpowiednik GUS, poinformował, że w lipcu produkcja przemysłowa spadła w Niemczech o 1,1 proc. miesiąc do miesiąca, po spadku o 0,7 proc. w czerwcu. Słabość niemieckiego przemysłu widoczna od późnej zimy jest zatem kontynuowana. Ale zaraz, czy to rzeczywiście „słabość”? Słowo to dobrze pasuje, gdy porównamy obecne dynamiki z tym, co działo się pod koniec 2017 roku. Wtedy w niemieckim przemyśle był prawdziwy boom, dziś jest po prosu odreagowanie i powrót do długookresowego trendu wzrostowego. Trend ten jest umiarkowany, by nie powiedzieć mizerny, ale jest to trend wzrostowy. W czerwcu i lipcu produkcja co prawda spadła, ale w kolejnych miesiącach powinna się poprawić. Kluczowy jest trend, a nie zmiany miesięczne. Kierunek tego trendu starałem się pokazać na poniższym wykresie.
Co z tego wynika dla Polski? Jeżeli w Niemczech wzrost produkcji wraca do długookresowej średniej, to i u nas może się tak zdarzyć. Te 5-procentowe wzrosty PKB obserwowane w ostatnim roku wkrótce mogą się skończyć. Na razie większość ekonomistów uważa, że z 5 proc. „zejdziemy” łagodnie do 4 proc. Ale ja bym nie wykluczył, że możemy „zejść” niżej – do 3-3,5 proc. W końcu taki jest nasz średni potencjał rozwojowy.
Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.





























































