Na górze listy najbardziej dbających o pracowników są przede wszystkim banki nastawione na operacje na rynkach finansowych oraz obsługujące duże przedsiębiorstwa, jak ABN AMRO czy Deutsche Bank. Zdecydowana większość wśród najlepiej płacących banków to niewielkie instytucje, zatrudniające nie więcej jak 200 osób (nieco więcej pracuje w Deutsche Banku, i jest tak nawet po ubiegłorocznych redukcjach – duża grupa pracowników zajmujących się detalem, kredytami mieszkaniowymi, została przeniesiona razem z tą działalnością do DB 24). Są dwa wyjątki: Pierwszy to Raiffeisen, gdzie na koniec ub.r. pracowało blisko 1,2 tys. osób, jednak średnie wynagrodzenie było znacznie wyższe od średniej w sektorze. Drugim jest Bank Handlowy, gdzie średnie wynagrodzenie jest wprawdzie niższe niż u sporej grupy konkurentów, jednak pracuje tam 5,2 tys. osób.
Efekty restrukturyzacji
Sprawę wynagrodzeń, ale również stanu zatrudnienia, komplikują duże fuzje, z jakimi mieliśmy do czynienia w ubiegłym roku. W Banku Handlowym i Citibanku na koniec 2000 r. było zatrudnionych łącznie blisko 6 tys. ludzi. Rok później liczba zmniejszyła się, jednak z statystyka pokazuje wzrost liczby pracowników tego banku, bo przed połączeniem pracowało tam 4,9 tys. ludzi. W Banku Zachodnim WBK w 2000 r. pracowało łącznie 11,3 tys. ludzi, a 12 miesięcy później 9,7 tys. (w etatach). Koszty wynagrodzeń na jedną osobę wzrosły w ub.r. o blisko jedną czwartą. Trzecie połączenie – warszawskiego oddziału ING z Bankiem Śląskim z pewnością również przyczyniło się do wzrostu średniej płacy w powiększonym banku, jednak w ograniczonym stopniu. Zatrudnienie w całym banku podniosło się o przeszło 500 osób, zaś w oddziale ING pracowało niewiele ponad 300. Natomiast średnia płaca zwiększyła się o 10 proc., w tempie dwa razy mniejszym niż w BZ WBK.
Jak widać, kontrolować koszty można na dwa sposoby – albo zmniejszając zatrudnienie, albo trzymając w ryzach płace. Chyba, że dokonuje się naprawdę ostrej restrukturyzacji, jak w AmerBanku, gdzie zmniejszyło się i zatrudnienie (choć o zaledwie trzy osoby), i średnie wynagrodzenie (z blisko dziewięciu do niespełna ośmiu tysięcy miesięcznie) albo nieco bardziej subtelnej, jak w ABN AMRO, gdzie również spadło i zatrudnienie, i wynagrodzenia, jednak tam to ostatnie naprawdę miało z czego spadać.
W całej masie pracowników banków w Polsce o średnim poziomie wynagrodzeń decydują dwie instytucje: PKO BP i Pekao SA. W pierwszym średnie wynagrodzenie w 2001 r. zanotowało przeszło 10-proc. wzrost – do niespełna 3,5 tys. zł miesięcznie. Pamiętajmy, że mimo ograniczania liczby pracowników, w końcu ub.r. nadal było tam zatrudnionych 38,3 tys. ludzi, więcej niż jedna czwarta pracowników całego sektora bankowości komercyjnej w Polsce. Natomiast w Banku Pekao miesięczne koszty na zatrudnionego zwiększyły się w ub.r. do 5,75 tys. zł, co oznacza wzrost wynagrodzeń o niespełna 3 proc. W sumie koszty pracownicze spadły, bo zatrudnienie zmniejszyło się z 20,2 do 18,1 tys. osób. Pekao było jednak jednym z prekursorów przenoszenia wydatków na zatrudnienie na zewnątrz – o ile to zatrudnienie dotyczyło funkcji wspomagających pracę każdej instytucji i nie wiązało się z bezpośrednią działalnością bankową. W PKO BP część wydatków na ludzi też nie jest wykazywana w rachunku wyników jako „koszty działania banku”: bank ciągle ma kilka tysięcy agencji. Umowy z ludźmi, którzy je prowadzą, są podpisywane na linii firma-firma.
Nie tylko zwolnienia
Jak wynika z danych będących w posiadaniu „Gazety Bankowej”, średnie wynagrodzenie w sektorze bankowym (bez uwzględnienia dwóch sporych banków, które nie udostępniają informacji na ten temat: Przemysłowo-Handlowego PBK i BRE) wzrosło o niespełna 10 proc., z 4,15 do 4,55 tys. zł. Dane opublikowane w maju przez Generalny Inspektorat Nadzoru Bankowego, od naszych specjalnie się nie różnią. Wynika z nich, że koszty wynagrodzeń z narzutami wyniosły w ub.r. przeciętnie 53,6 tys. zł na jednego zatrudnionego, co daje 4,7 tys. miesięcznie. Wzrost wyniósł niespełna 7 proc. Z obliczeń GINB wynika ponadto, że średnie miesięczne wynagrodzenie jednego pracownika wynosiło w ub.r. 3,8 tys. zł.
Jak widać, mimo kontroli kosztów w PKO BP, przeciętne wynagrodzenie w tym banku rosło nieznacznie szybciej od średniej. Poniżej średniego wynagrodzenia w sektorze bankowym znalazły się przede wszystkim banki spoza Warszawy. Wśród największych – poza PKO BP – w tej grupie są Bank Gospodarki Żywnościowej oraz ING Bank Śląski. Na ostatnich miejscach znalazły się banki o stosunkowo dużej liczbie pracowników – Lukas Bank oraz Bank Pocztowy, gdzie miesięcznie zarabia się średnio mniej niż 3 tys. zł.
Te dwie instytucje przeciwstawiają się jednak tendencji do zmniejszania zatrudnienia. W Lukas Banku wzrosło ono w ub.r. o 17 proc., w Pocztowym nawet o 20 proc. Wśród potencjalnych pracowników poszukiwanych przez banki są jednak osoby o z reguły wąskiej specjalizacji, a jeśli potrzeba nowych ludzi do oddziałów, wykształcenie bankowe nie odgrywa tak wielkiej roli, jak „zdolności interpersonalne”. Wiedzę o produktach można zdobyć na szkoleniach, osobowość dobrego sprzedawcy trudniej jest kształtować.
Ponieważ niewiele banków decyduje się na dość kosztowny rozwój organiczny, liczba pracowników zwiększa się zazwyczaj wtedy, gdy dochodzi do przejęć. W dodatku zazwyczaj na krótko. W efekcie, liczba zatrudnionych w sektorze bankowym zmniejszyła się w ub.r. ze 170 do 165 tysięcy (przy tym wzrosła nieco w bankach spółdzielczych). I – jak można się spodziewać – ta tendencja będzie kontynuowana. Na dłuższą metę bez tego trudno będzie zadowolić akcjonariuszy, jak i zajmować przyzwoite miejsca w kolejnych edycjach „Najlepszych Banków”.
Łukasz Wilkowicz





























































