Z jednej strony wydaje się oczywiste, że deweloprzy najpierw powinni po prostu mocno zejść z cen. Zredukować swoje marże do 10-15 proc. tak jak to jest w normalnych krajach lub niżej - skoro wcześniej były one rzędu 30-40 proc. A jeśli kupili na przykład koszmarnie drogie działki i nie mają przestrzeni do redukcji cen to niech teraz płacą za swoje biznesowe błędy.
Inna sprawa, że ograniczenie dostępności kredytów nastąpiło dosyć nagle i nie z winy firm deweloperskich. Nałożyło się kilka czynników: zapaść rynku swapów walutowych gdzie wiele banków pozyskiwało franki szwajcarskie i ostrzeżenia KNF o tym że banki zbyt hojnie pożyczają. W efekcie bez żadnej konkretnej rekomendacji banki zaczęły ograniczać maksymalną relację kredytu do wartości nieruchomości do 70 czy 80 proc. i zaostrzać scoringi.
Więc deweloperzy trochę racji mają. Tym bardziej że kredyty z dopłatą z uwagi na ograniczenia nie cieszą się ogromną popularnością - w największych miastach praktycznie się ich nie udziela. Głównym problemem jest maksymalna cena metra mieszkania przy której można się jeszcze załapać na dopłatę. W pierwotnej wersji ustawy był to poziom równy średniej z dwóch ostatnio ogłoszonych tzw. wskaźników przeliczeniowych kosztu odtworzenia 1 m.kw. powierzchni użytkowej budynków mieszkalnych. Teraz - po nowelizacji - jest to 130% tej średniej, a w drodze jest kolejna zmiana ustawy gdzie próg ma być podniesiony do 140%. Wtedy na przykład w przypadku Warszawy dopłaty byłby dostępne już w przypadku mieszkań w cenie do 7142 zł a nie 6632 zł tak jak teraz.
(...)
Więcej na blogu Maciej Kossowskiego. Zapraszamy!

























































