Siedzę przy moim dębowym biurku, w jednej karcie przeglądarki na laptopie mam relację z płonącego Bliskiego Wschodu, w drugiej notowania bitcoina, a w kolejnych wykresy ropy, złota i giełdowe indeksy. Jest poniedziałek, 9 marca 2026 roku. W połowie zeszłego tygodnia kurs BTC skoczył powyżej 73 000 dolarów. Dziś patrzę na poziom 67 000 USD i zastanawiam się co dalej z kryptowalutami. Uznałem, że pora zasięgnąć opinii u moich biegłych.


Zanim przejdziemy do przesłuchań, rzućmy okiem na wykres bitcoina. Izraelsko-amerykański atak na Iran pobudził zmienność na rynku kryptowalut, czyli mówiąc po ludzku, miotało nimi na wszystkie strony. W pierwszej reakcji na atak bitcoin rąbnął poniżej 64 000 USD. Informacja o śmierci najwyższego przywódcy Iranu - BTC przebija 68 000 USD.
4 marca, czyli w środę, wydarzyło się zaś coś, czego zupełnie się nie spodziewałem - bitcoin otarł się o 74 000 USD, czyli poziom, na którym nie było go od początku lutego. Był to również 10-procentowy wzrost od początku wybuchu wojny z Iranem.
Skąd to nagłe odbicie, gdy nad Teheranem latają rakiety? Okazuje się, że paliwo do tego rajdu nie przypłynęło z Bliskiego Wschodu, ale prosto z Białego Domu. Głównym rozgrywającym okazał się nie kto inny jak Donald Trump, który oskarżył amerykańskie banki o podkopywanie prac nad przepisami dotyczącymi kryptowalut.
"(banki) muszą zawrzeć korzystną umowę z branżą kryptowalutową, ponieważ leży to w najlepszym interesie narodu amerykańskiego” - napisał prezydent USA w mediach społecznościowych we wtorek wieczorem. W środę kurs Coinbase - pierwszej giełdy kryptowalut, która znalazła się na giełdzie, skoczyły o 15%. Skoczył też bitcoin. Jego powrót powyżej 70 000 USD nie trwał jednak długo. Na Bliskim Wschodzie doszło do dalszej eskalacji, zbombardowano irańskie rafinerie ropy i instalacje do odsalania wody, a BTC zszedł do 66 400 USD.
Czy na rynku kryptowalut trwa bessa?
Obserwując wykresy, stwierdziłem, że to dobra pora, by ocenić sytuację na rynku kryptowalut z większego dystansu. Czy to, co obserwujemy obecnie to bessa i typowa cykliczność? Profesor Krzysztof Piech twierdzi, że tak.
Bitcoin spadnie do 40 tys. USD?
Od wielu lat uważam, że rynek kryptowalut podlega wyraźnym cyklom - i tak będzie, dopóki inwestorzy będą w nie wierzyć. W listopadzie ubiegłego roku opublikowałem w swoich mediach społecznościowych analizę, w której wskazywałem możliwy scenariusz zejścia ceny bitcoina w okolice 40 tys. dolarów w połowie tego roku. Oczywiście takie prognozy nigdy nie są pewne - rynek potrafi zaskakiwać - ale na razie przebieg wydarzeń nie odbiega znacząco od tego scenariusza. W dłuższym okresie cykliczność rynku wciąż pozostaje jednym z najbardziej charakterystycznych elementów świata kryptowalut, gdyż jest ona zaprogramowana na stałe w mechanizmy podaży bitcoina.
Scenariusz 40 tysięcy dolarów? Zapisałem to w notesie grubym flamastrem - to by oznaczało, że ostatnie spadki na rynku kryptowalut, były zaledwie preludium przed prawdziwą rzezią.
Podobne spostrzeżenie na temat cykliczności bitcoina miał też Jarosław Fuchs, który dodał jednak dwa znaki zapytania - niespotykany we wcześniejszych cyklach bitcoina udział instytucji w tym rynku oraz makroekonomię. Ekspert zwrócił uwagę, w październiku 2025 roku bitcoin przekroczył 126 tys. dolarów, swój historyczny rekord, po którym nastąpiła silna przecena, a dziś kurs oscyluje w okolicach 65–88 tys. dolarów, w zależności od sesji.
Cykle, instytucje, makro
Bitcoin w październiku 2025 przekroczył 126 tys. dolarów, swój historyczny rekord, po którym nastąpiła silna przecena. Dziś kurs oscyluje w okolicach 65–88 tys. dolarów, w zależności od sesji. To bolesne odreagowanie, ale nic zaskakującego dla kogoś, kto ten rynek obserwuje od lat. Jeśli rynek kryptowalut będzie podążał za czteroletnim cyklem, to rok 2026 może okazać się rokiem niedźwiedzia (już to widzieliśmy w 2018 i 2022). Jest jednak istotny argument przeciwko tej analogii: tym razem mamy zupełnie inne otoczenie instytucjonalne. Odpływy z ETF-ów spot na BTC, które w listopadzie 2025 wynosiły 3,48 mld dolarów, w lutym 2026 spadły do zaledwie 206 mln. To wyraźny sygnał, że instytucje nie uciekają, a dostosowują pozycje. Dodatkowo marcowe dane CPI i posiedzenie FED mogą być przełącznikiem nastroju. Jeśli makro pozytywnie zaskoczy, to odbicie jest jak najbardziej realne. A dla tych, którzy jeszcze nie mają ekspozycji na ten rynek to historycznie jeden z lepszych momentów, żeby zacząć budować pozycję. Małymi krokami, bez dźwigni.
Z nieco innej, bo technicznej strony, ciekawą obserwację na temat obecnej sytuacji na rynku kryptowalut przekazał mi Łukasz Mikuła. Oto co powiedział mi na pytanie, czy bitcoina dopadła bessa.
Spokojniejszy początek roku
Ile osób tyle odpowiedzi, ale ja osobiście uważam, że jest to objaw cykliczności (co jest cechą każdego rodzaju rynków) i po ostatnich latach hossy rynek musi odpocząć. Jako osoba „od technologii” nie mierzę rynku wskaźnikami czy wykresem, a ilością zapytań o usługi związane z cyberbezpieczeństwem - i faktycznie początek tego roku jest spokojniejszy - nie jest to tajemnicą, że ilość pracy „bezpiecznika” w tej branży koreluje z ogólną kapitalizacją rynku. Z drugiej strony, coraz więcej projektów kryptowalutowych wchodzi we współprace z dużymi, tradycyjnymi instytucjami - co jest dobrą prognozą dla branży na przyszłość.
Swoje trzy grosze do tej diagnozy dorzucił Mateusz Jamiołkowski, który przypomniał mi, że choć technologia idzie do przodu, to nasza ludzka natura stoi w miejscu.
Cykle wciąż mają się dobrze
Cykle na rynku kryptowalut wciąż mają się dobrze. Co kilka lat słyszymy, że „tym razem będzie inaczej”, po czym pojawia się klasyczny scenariusz. Najpierw euforia, rekordy i wizje nowej epoki finansów, a potem brutalne zderzenie z rzeczywistością.
Rynek jest dziś oczywiście większy i bardziej dojrzały. W grze są fundusze, ETF-y i duży kapitał instytucjonalny. Ale jedna rzecz się nie zmieniła. Psychologia inwestorów.
Gdy pojawia się niepewność, kapitał ucieka z najbardziej ryzykownych aktywów. A kryptowaluty wciąż dla wielu inwestorów właśnie do tej kategorii należą.
Dlatego opowieści o "końcu cykli” słyszymy regularnie. I równie regularnie rynek przypomina, że bessa nadal jest jego naturalną częścią.
Jak konflikt na Bliskim Wschodzie wpłynie na kryptowaluty?
Dlaczego bitcoin tak gwałtownie reaguje na doniesienia z Bliskiego Wschodu i w jaki sposób wojna Izraela i Stanów Zjednoczonych z Iranem może wpłynąć na rynek kryptowalut? Profesor Krzysztof Piech dobrze mi to wyjaśnił.
Barometr globalnych nastrojów
Wzrost napięcia geopolitycznego zwykle zwiększa ogólną awersję do ryzyka na rynkach finansowych. A ponieważ na rynku kryptowalut działa dziś coraz więcej funduszy i instytucji finansowych, które zarządzają portfelami w sposób profesjonalny, w momentach większej niepewności często ograniczają one ekspozycję na bardziej ryzykowne aktywa - do których bitcoin wciąż bywa zaliczany.
Ostatnie wydarzenia pokazały jednak coś ciekawego. W weekend wybuchu wojny, gdy tradycyjne giełdy były zamknięte, cena bitcoina reagowała niemal w czasie rzeczywistym na informacje z Bliskiego Wschodu - najpierw spadła, a potem zaczęła rosnąć wraz ze zmianą percepcji ryzyka przez inwestorów. W pewnym sensie bitcoin zaczyna więc pełnić rolę szybkiego barometru globalnych nastrojów rynkowych, bo handluje się nim 24 godziny na dobę.
Mateusz Jamiołkowski dodaje do tego perspektywę makroekonomiczną. Zwraca uwagę na coś, co doskonale rozumiem: koszty energii i inflację.
Kryptowaluty lubią świat taniego pieniądza
W krótkim terminie odpowiedź jest prosta. Geopolityka raczej szkodzi kryptowalutom. Gdy zaczynają latać rakiety, inwestorzy zwykle nie kupują nowych tokenów. Uciekają do dolara, obligacji czy złota.
W dłuższym terminie wszystko zależy od skutków gospodarczych konfliktu. Jeśli napięcia podbiją ceny energii i inflację, banki centralne mogą utrzymywać wyższe stopy procentowe. A kryptowaluty bardzo lubią świat taniego pieniądza.
Jest też trochę cyniczna obserwacja. Jeśli wielkie mocarstwa będą zajęte geopolityką i konfliktami, mogą mieć mniej czasu na regulowanie rynku kryptowalut. Ale trudno traktować to jako poważną strategię inwestycyjną.
Analiza po ataku na Iran. Co pokazał rynek?
Skupmy się teraz na samej eskalacji. Czy zachowanie bitcoina po izraelsko-amerykańskim uderzeniu na Iran dostarczyło nam jakichś unikalnych obserwacji? Profesor Piech uważa, że krypto udowodniło, że ma za sobą egzamin z dojrzałości.
Element systemu finansowego
Reakcja kryptowalut na konflikt na Bliskim Wschodzie pokazała przede wszystkim, że bitcoin stał się już elementem globalnego systemu finansowego. W momentach nagłych wydarzeń geopolitycznych reaguje podobnie jak inne aktywa: najpierw pojawia się ucieczka od ryzyka, a później rynek zaczyna spokojniej oceniać sytuację. Różnica polega na tym, że kryptowaluty reagują natychmiast, bo handel nimi trwa przez całą dobę, także w weekendy. Dlatego czasami można na nich zobaczyć reakcję rynków szybciej niż na tradycyjnych giełdach.
Mateusz Jamiołkowski z kolei brutalnie rozprawia się z mitem "bezpiecznej przystani", choć dostrzega praktyczne zastosowanie technologii tam, gdzie wybucha panika.
Ciekawsze rzeczy dzieją się poza wykresami
Reakcja rynku była dość typowa. Najpierw spadki i nerwowość, potem próba odbicia. Czyli klasyczny scenariusz, który widzimy przy większości nagłych napięć geopolitycznych. To kolejny przykład, że Bitcoin wciąż nie zachowuje się jak klasyczna bezpieczna przystań. W teorii ma być cyfrowym złotem, ale w pierwszej reakcji inwestorzy często traktują go po prostu jak aktywo ryzykowne.
Ciekawsze rzeczy dzieją się poza wykresami. W regionach objętych napięciem ludzie zaczynają przenosić środki poza lokalny system finansowy. W takich momentach kryptowaluty okazują się bardzo praktycznym narzędziem, bo pozwalają przenieść pieniądze szybko i bez pośredników.
Jak Iran korzysta z kryptowalut?
Na koniec wykręciłem jeszcze raz do Łukasza, bo interesowało mnie, jak technologia blockchain radzi sobie w starciu z sankcjami nałożonymi na Iran. Czytałem, że to państwo wykorzystuje bitcoina.
Iran, sankcje i bitcoin
Iran znajduje się na liście sankcyjnej OFAC. Wiele giełd chcących operować w USA (które jest ogromnym a przez to pożądanym rynkiem) musi się do takich regulacji stosować, podobnie jak niektóre duże projekty kryptowalutowe. Oczywiście, istnieją też inne listy sankcyjne np. europejskie. A co za tym idzie, istnieje obowiązek blokowania środków powiązanych z sankcjonowanymi adresami, a także stosuje się tzw. geo-gating czyli blokowanie połączeń z adresów IP pochodzących z konkretnych jurysdykcji.
Dodatkowo, ponieważ dane na blockchainie są publiczne, w wielu przypadkach można prześledzić skąd pochodzą środki nawet jeżeli przeszły przez kilka rąk (portfeli) – jednak wymaga to specjalistycznych analiz, które nie zawsze są łatwe – i tu zaczyna się swego rodzaju technologiczny wyścig, czy lepsza jest detekcja czy ukrywanie.
Możliwe jest zacieranie śladów przez użycie tzw. mikserów i innych specjalnych właściwości technologii blockchain. Państwo objęte sankcjami może również próbować budować własną infrastrukturę – np. farmy do kopania kryptowalut, które pozwalają zamieniać energię elektryczną bezpośrednio w cyfrowe aktywa, a następnie wykorzystywać je w handlu międzynarodowym lub do rozliczeń poza tradycyjnym systemem bankowym.
Takie dane na ile sankcje są skuteczne nie są nigdzie publicznie podawane, ale możemy się spodziewać że tak duża organizacja jak państwo posiada możliwości do fabrykowania tożsamości czy korzystania z innych państw jako pośredników oraz posiada sztab specjalistów potrafiących takie mechanizmy organizować – co ma miejsce także w przypadku sankcji na fizyczne towary.
Mateusz Jamiołkowski rzucił na ten temat dodatkowe światło, wskazując na to, jak krypto staje się ostatnią deską ratunku, gdy państwo zaczyna dobierać się do portfeli obywateli.
Nobitex i ochrona oszczędności
Iran wykorzystuje kryptowaluty na kilku poziomach. Dla zwykłych ludzi to często sposób ochrony oszczędności przed słabą walutą i ograniczeniami w dostępie do międzynarodowych finansów. Z kolei dla państwa i powiązanych z nim firm to narzędzie pozwalające częściowo omijać sankcje i prowadzić rozliczenia poza systemem bankowym.
Zachód próbuje to ograniczać poprzez sankcje, śledzenie transakcji w blockchainie oraz nacisk na giełdy kryptowalutowe. Problem polega na tym, że technologii blockchain nie da się po prostu wyłączyć. Można utrudniać życie i podnosić koszty działania, ale całkowicie zablokować korzystanie z kryptowalut się nie da. Dobrym przykładem była ostatnia sytuacja w Iranie. Gdy pojawiły się obawy o destabilizację kraju, użytkownicy zaczęli masowo wypłacać środki z największej lokalnej giełdy Nobitex, bo bali się, że państwo może sięgnąć po ich pieniądze. I to chyba najlepiej pokazuje sens kryptowalut. W momentach niepewności ludzie wolą mieć pieniądze w portfelu, do którego klucze trzymają sami.
Z notatnika Janusza
Po tym "przesłuchaniu" moich biegłych obraz sytuacji jest jasny: Bitcoin przestał być tylko zabawką dla informatyków, a stał się najszybszym na świecie barometrem strachu. Reaguje w niedzielę rano, gdy maklerzy na Wall Street jeszcze smacznie śpią, a rządy dopiero piszą oficjalne noty protestacyjne.
Profesor Piech ostrzega przed czterdziestoma tysiącami, Jarosław Fuchs widzi szansę w instytucjach, a Łukasz Mikuła pokazuje, że technologia to dzisiaj nowy front wojny o sankcje. A ja? Ja siedzę przy moim dębowym biurku i cieszę się, że moje 0% w bitcoinie pozwala mi oglądać te rakiety nad Teheranem z nieco niższym ciśnieniem niż mojemu siostrzeńcowi. Sytuacja jest dynamiczna, jak to mówią w wiadomościach, a mój audyt trwa nadal.
Wasz Janusz
Na zdjęciu pod tytułem: okrągłe półfabrykaty z miedzi i ołowiu sprawdzane pod kątem wad konstrukcyjnych metalu, zanim staną się łuskami pocisków dla USA w czasie II wojny światowej. Chase Copper and Brass Company, Euclid, Ohio, 1942.























































