Od początku XXI wieku przez świat finansów przetacza się „pasywna rewolucja”. Trend ten jest szczególnie silny w USA, gdzie inwestorzy od lat przesiadają się z tradycyjnych, aktywnie zarządzanych funduszy inwestycyjnych na ETF-y lub fundusze indeksowe. Nad Wisłą pasywne strategie też coraz częściej trafiają pod strzechy – także z myślą o długoterminowym inwestowaniu.


„Nie szukaj igły w stogu siana. Po prostu kup cały stóg!” – mawiał John Bogle, jeden z ojców „pasywnej rewolucji” na Wall Street. To stwierdzenie doskonale oddaje różnice pomiędzy aktywnym i pasywnym inwestowaniem. Fundusze zarządzane aktywnie dążą do „pobicia rynku” – czyli najczęściej benchmarku wynikającego z przyjętej polityki inwestycyjnej – poprzez wyszukiwanie inwestycyjnych perełek oraz dostosowywanie parametrów portfela do bieżącej i przewidywanej sytuacji na rynku. Idea inwestowania pasywnego polega na możliwie wiernym podążaniu za rynkiem – niezależnie od tego, czy w danym okresie odnotuje on wzrost czy spadek. Taką strategię inwestycyjną realizują zarówno fundusze indeksowe (np. te oferowane na platformie inPZU), jak i fundusze ETF, które są notowane na giełdzie i mogą być zakupione jedynie za pośrednictwem rachunku maklerskiego.
Sugestywna metafora kupowania całego stogu siana przemawia do coraz większego grona inwestorów. W Stanach Zjednoczonych łączna wartość aktywów w pasywnych funduszach inwestycyjnych i ETF-ach przewyższyła już wartość aktywów w funduszach aktywnych, wynika z danych Morningstar. W Europie, w tym u nas, nadal dominują fundusze zarządzane aktywne – ale i tutaj popularność funduszy pasywnych rośnie.
Pasywnie znaczy taniej i spokojniej
Inwestowanie pasywne ma kilka niepodważalnych zalet. Po pierwsze, niemal zawsze jest tańsze. Mniej złożony proces inwestycyjny oraz brak konieczności zapewnienia zaplecza analitycznego (specjalistów oceniających potencjał i ryzyko poszczególnych rynków, akcji czy obligacji) pozwala funduszom indeksowym zaoferować niższe opłaty za zarządzanie. Obecnie różnice w opłatach pomiędzy funduszami aktywnymi i pasywnymi w Polsce nie są już tak wysokie, jak kiedyś, ale wciąż bywają istotne – co ma znaczenie zwłaszcza przy długoterminowym inwestowaniu.
Po drugie, inwestor pasywny oszczędza swój najważniejszy zasób – czyli czas. Pasywne inwestowanie jest przeciwieństwem tradingu, czyli aktywnego handlowania instrumentami finansowymi, wymagającego stałego monitorowania rynku, śledzenia wyników spółek, wykresów itp. Jak już zostało wspomniane, nie trzeba się zastanawiać, jakie walory dobrać do portfela. Kupuje się od razy cały „rynek” – prosto i tanio. Gdy inwestor buduje portfel złożony z kilku funduszy pasywnych, wystarczy, że raz na rok (albo raz na kwartał) dokona rebalansingu, przywracając udziały poszczególnych składników portfela do pierwotnych założeń. I to wszystko.

Po trzecie, prawdziwy pasywny inwestor jest na ogół inwestorem długoterminowym i nie interesują go krótko- i średnioterminowe perturbacje na rynku. Unika w ten sposób wpływu emocji, które zwłaszcza u początkujących inwestorów mogą skutkować kupowaniem drogo (na górkach) i sprzedawaniem tanio (w dołkach).
Polska dołączyła do inwestycyjnej rewolucji
Pod koniec poprzedniej dekady, a dokładnie jesienią 2018 r., pasywna rewolucja dotarła także nad Wisłę. Jednym z istotnych wydarzeń tamtego okresu było wprowadzenie oferty pasywnych funduszy inwestycyjnych przez TFI PZU. Na rynek trafiło wówczas sześć pasywnie zarządzanych funduszy indeksowych, które jako pierwsze w naszym kraju zaoferowały bardzo niską jak na tamte czasy opłatę za zarządzanie w wysokości 0,5% rocznie od wartości aktywów. W tamtych czasach aktywnie zarządzane fundusze akcyjne potrafiły pobierać nawet 3-4% rocznie.
Dziś oferta inPZU liczy sobie 22 fundusze indeksowe. Oprócz funduszy „klasycznych” (np. polskich akcji i obligacji skarbowych) dostępne są strategie operujące w różnych regionach globu, a także specjalistyczne fundusze sektorowe oraz tematyczne, śledzące spółki informatyczne (w tym powiązane z AI) czy zajmujące się cyberbezpieczeństwem. Niedawno do rodziny funduszy indeksowych dołączyły też fundusze alternatywne.
Zwolennicy tradycyjnych aktywów docenią fundusz inPZU Złoto, śledzący ceny królewskiego kruszcu. Uwagę fanów kryptowalut – a zarazem silnych wrażeń, którym niestraszny jest bardzo wysoki poziom ryzyka i zmienności – powinien zwrócić fundusz inPZU Bitcoin. Wprawdzie nie gromadzi on kryptowaluty, ale oferuje ekspozycję na cenę bitcoina poprzez instrumenty ETC i ETP, dla których aktywem bazowym jest właśnie BTC.
Pasywnie aż do emerytury?
Charakter funduszy pasywnych – zarówno indeksowych, jak i ETF – czyni je naturalnym wyborem dla osób poszukujących sposobu na gromadzenie i inwestowanie oszczędności z myślą o emeryturze. Mowa o „opakowaniach” w postaci kont IKE i IKZE, dzięki którym inwestujący z myślą o przyszłej emeryturze mogą zupełnie legalnie uniknąć płacenia 19-proc. podatku od zysków. Konto IKZE oferuje dodatkowo bieżącą korzyść podatkową – umożliwia odliczenie wpłaconych środków od dochodu przy corocznym rozliczeniu PIT.
Ustawodawca przewidział roczne limity wpłat na oba rodzaje kont emerytalnych. W 2025 roku limit wpłat na IZKE wynosi 10 407,60 zł (oraz 15 611,40 zł dla osób prowadzących pozarolniczą działalność gospodarczą). Dla IKE jest on wyższy i wynosi 26 019 zł. Co ważne, niewykorzystany w danym roku limit bezpowrotnie przepada. Zatem warto z niego skorzystać jeszcze przed końcem grudnia, gdyż od 1 stycznia będą obowiązywały już nowe, wyższe limity na 2026 rok.
Które konto wybrać? To już zależy od indywidualnych preferencji. Najważniejsze jest jednak to, żeby swoją emeryturą zainteresować się już dziś.























































