Mimo lockdownowej zimy spowijającej polską gospodarkę kolejne wskaźniki sugerują, że w kolejnych miesiącach 2021 roku powinno nadejść istotne ożywienie aktywności ekonomicznej. To potencjalny czynnik wspierający hossę na warszawskim parkiecie.


Końcówka 2020 roku przyniosła ponowne uderzenie recesji. Za sprawą zamknięcia przez rząd znacznej części sektora usług (turystyki, hoteli, gastronomii, branż rozrywkowych, etc.) IV kwartał najprawdopodobniej przyniósł spadek produktu krajowego brutto względem kwartału poprzedniego. A ponieważ restrykcje utrzymano i wręcz zaostrzono w styczniu (a wiele z nich pozostanie w mocy także w lutym i być może w marcu), to również pierwszy kwartał 2021 roku nasza gospodarka prawdopodobnie zakończy pod kreską.
Przeczytaj także
Powinniśmy więc oswoić się z faktem, że za kilka miesięcy ekonomiści ogłoszą drugą recesję – rozumianą jako dwa kwartały z rzędu spadku produktu krajowego brutto. W takich warunkach trudno się mówi o tym, że wbrew wszelkim przeciwnościom losu już za kilka miesięcy w Polsce możemy zobaczyć całkiem solidne odrodzenie gospodarcze. Warto też mieć świadomość, że o ile na co dzień odczuwamy daleko posunięte ograniczenie możliwości prowadzenia działalności gospodarczej, to w skali całego kraju wiele sektorów (w tym zwłaszcza przemysł i budownictwo) funkcjonują prawie normalnie. Co więcej, najnowsze dane z przemysłu sugerują, że ożywienie już się rozpoczęło.
Recesja zwykle kończy się w bólach
Jeśli polityka lockdownów wreszcie odejdzie w niepamięć, to druga połowa 2021 roku powinna przynieść ożywienie w polskiej gospodarce. Nie chodzi jedynie o szczepionkę czy inne ekonomiczne medykamenty serwowane nam przez rządy i banki centralne pompujące pieniądz w gospodarkę. Chodzi o nieśmiertelny cykl koniunkturalny, który po długich miesiącach gospodarczej smuty wreszcie zaczyna działać na naszą korzyść.
Pierwsze sygnały ożywienia pojawiły się jeszcze wczesnym latem 2020 roku, było to jednak w znacznym stopniu tylko odreagowanie na bezprecedensową skalę zapaści gospodarczej z wiosny. A jesienią zaserwowano nam kolejne zakazy i nakazy, które dość skutecznie zabiły aktywność w znacznej części gospodarki. Zwłaszcza w sektorze usług, bo sektor wytwórczy czy budownictwo radziły sobie całkiem nieźle. Gdy wreszcie znikną ograniczenia dla przedsiębiorców (albo zostaną zdjęte, albo postanowią zdjąć je sami), to drugie półrocze 2021 roku może być gospodarczo całkiem udane.

Na taki obrót spraw wskazuje łączony wskaźnik wyprzedzający (CLI) obliczany przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Wskaźnik ten już w czerwcu 2020 roku zaczął rosnąć, a w grudniu jego roczna dynamika osiągnęła najwyższy poziom od 17 lat, czyli przedakcesyjnego boomu w polskiej gospodarce. A ponieważ CLI ma za zadanie o 6-9 miesięcy wyprzedzać zjawiska zachodzące w realnej gospodarce, to czerwcowe odbicie dopiero teraz powinniśmy zacząć widzieć w danych makroekonomicznych.
Przemysł przeciera ścieżki
Pierwsze zwiastuny poprawy koniunktury widać w sektorze wytwórczym. Choć sam grudniowy odczyt wskaźnika PMI nie zachwycił, to jego struktura dość ewidentnie sugerowała, że polski przemysł stoi na linii wyznaczającej początek dynamicznego ożywienia. Menedżerowie z fabryk raportowali, że szybko zwiększają się nowe zamówienia (w tym zwłaszcza eksportowe), rosną zaległości produkcyjne i nasila się aktywność zakupowa przy malejących zapasach wyrobów gotowych. Taka mieszanka powinna umożliwić istotny wzrost produkcji przemysłowej w 2021 roku, o ile tylko polityka lockdownów nie zostanie rozszerzona.
Zresztą takie ożywienie byłoby zgodne z historycznymi cyklami. Jeśli wygładzimy roczną dynamikę produkcji przemysłowej trzymiesięczną średnią kroczącą, to od roku 1994 otrzymamy siedem takich cykli. Przeciętnie trwały one blisko 39 miesięcy. Ostatni z nich zakończył się w maju 2020 i od tego miesiąca obserwujemy bardzo dynamiczny (aczkolwiek następujący z ekstremalnie niskiego poziomu) wzrost dynamiki produkcji przemysłowej w Polsce.
W poprzednich cyklach przemysł przyspieszał przeciętnie przez 14,25 miesięcy, a w najgorszym wypadku (tj. w najkrótszym cyklu) okres ten wynosił 9 miesięcy. Jeśli zatem nie mamy do czynienia z ekstremalnie krótkim cyklem, to szczyt dynamiki produkcji przemysłowej w Polsce powinien wypaść latem 2021 roku. Zapewne dopiero za przemysłem ruszy sektor usług, a jeszcze więcej czasu upłynie, zanim przedsiębiorstwa zdecydują się na zwiększenie inwestycji. To wszystko może nastąpić dopiero w roku 2022.
Giełdowa hossa będzie trwać?
Bazując na historycznych trendach, hossa na warszawskiej giełdzie wydaje się niezagrożona tak długo, jak długo obserwujemy rosnącą roczną dynamikę CLI oraz produkcji przemysłowej. Oba te warunki powinny być spełnione przynajmniej do połowy 2021 roku – choćby ze względu na efekty bardzo niskiej bazy z wiosny poprzedniego roku.
Przeczytaj także
Oprócz poprawy koniunktury gospodarczej giełdowym spółkom jako całości powinny sprzyjać jeszcze trzy, generalnie niezbyt pozytywne dla Polaków, czynniki. Pierwszym jest słabość złotego. Historia dowodzi, że kupno polskich akcji w pobliżu kilkuletniego szczytu dynamiki kursu EUR/PLN z reguły było dobrym pomysłem. Momenty takie przypadały na kwiecień 1999, marzec 2003, luty 2009, styczeń 2012, maj 2016 oraz… kwiecień i listopad 2020. Słabość złotego nie dość, że "nabija kabzę" eksporterom ponoszącym gros kosztów w PLN, to jeszcze czyni polskie akcji tańszymi dla inwestorów zagranicznych.
Drugim są praktycznie zerowe stopy procentowe w Polsce. Od marca trwa zmasowany odpływ pieniędzy z lokat bankowych, płacących śmiesznie niskie odsetki. Równocześnie rośnie stan depozytów bieżących. Na koniec listopada (nowszych danych jeszcze nie ma) na nieoprocentowanych ROR-ach Polacy trzymali o 167,5 mld złotych więcej niż rok wcześniej. Po „rozmrożeniu” gospodarki ta masa „niezdecydowanych oszczędności” będzie musiała gdzieś trafić. Część zapewne zasili odroczoną konsumpcję, ale pewna część zostanie zaprzęgnięta do pracy z nadzieją na wygenerowanie dodatnich stóp zwrotu. Można chyba liczyć, że pewna część tych miliardów trafi na rynek akcji – bezpośrednio lub za pośrednictwem TFI. Ponadto szerszy strumień gotówki popłynie na warszawski parkiet poprzez PPK.
Trzecim czynnikiem potencjalnie napędzającym hossę na GPW są oczekiwania na poprawę zysków spółek. Tym ostatnim powinno sprzyjać nie tylko ożywienie gospodarcze, ale też zmiany na rynku pracy. Przy podwyższonym bezrobociu pracownikom trudniej będzie wywalczyć podwyżki. A to właśnie presja na wzrost wynagrodzeń w poprzednich trzech latach ograniczała rentowność polskiego biznesu. Zatem to, co niezbyt podoba się nam jako pracownikom, powinno spodobać się jako inwestorom.
Warto przy tym pamiętać, że polski rynek akcji jest wyjątkowo kapryśną panną. Nawet w dobrych dla GPW okresach wzrostowe fale potrafiły trwać raptem kilka tygodni, a przeplatane były wielomiesięcznymi okresami marazmu. Nikogo nie powinny też zdziwić ostre korekty, które na rozgrzanym rynku stanową naturalny element krajobrazu. Giełdowe wyprzedaże lubią się pojawiać zwłaszcza wtedy, gdy większość inwestorów oczekuje dalszych wzrostów.



























































