BLACK FRIDAY W BANKACH

Czytam, oglądam, polecam. Damian Ziąber, rzecznik prasowy Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego

2020-11-06 06:00
publikacja
2020-11-06 06:00

"Czytam, oglądam, polecam" to publikowane u progu weekendów artykuły, w których goście redakcji Bankier.pl dzielą się swoimi kulturalno-ekonomicznymi rekomendacjami. Sprawdźcie, po jakie tytuły sięgają w wolnym czasie ci, których nazwiska znamy ze świata finansów, biznesu i nauki.

Czytam, oglądam, polecam. Damian Ziąber, rzecznik prasowy Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego
Czytam, oglądam, polecam. Damian Ziąber, rzecznik prasowy Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego

Gościem redakcji w tym tygodniu jest Damian Ziąber, rzecznik prasowy Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego i członek Polskiego Stowarzyszenia Public Relations, od lat zajmujący się komunikacją w sektorze ubezpieczeń. W tytułach, które poleca czytelnikom Bankier.pl, wskazuje wątki o zabarwieniu biznesowym. Jest tu coś dla fanów Dolnego Śląska i w ogóle historii lokalnej, ale też sport i - jak zapewnia nasz rozmówca - dobry, polski kryminał. Polecamy szczegóły!

#1 Książka „Poniemieckie”, Karolina Kuszyk

To opowieść o tym, jak wciąż zmagamy się z dziedzictwem tzw. Ziem Odzyskanych (swoją drogą – cudownie propagandowa nazwa, prawda?). Lektura niemal obowiązkowa dla tych, których ojców czy dziadków losy rzuciły po II wojnie światowej na Dolny Śląsk, Ziemię Lubuską, Pomorze Zachodnie czy Warmię i Mazury.

Opowieść napisana z punktu widzenia osoby wyrosłej w otoczeniu poniemieckich przedmiotów na poniemieckich ziemiach, a dzisiaj świetnie władającej językiem Goethego. To również próba rozliczenia z przeszłością i refleksja nad tym, jak coraz częściej sięgamy – piszę z pozycji osoby urodzonej we Wrocławiu i zafascynowanej Dolnym Śląskiem i jego trudną historią – po przeszłość, żeby budować tożsamość na ziemiach, które dopiero od 75 lat należą do Polski (wcześniejsze epizody raczej nie powinny być liczone, zwłaszcza, że trudno w okresie średniowiecza było mówić o narodach jako takich, a liczni władcy tych ziem – książęta z dynastii Piastów – zorientowani byli siłą rzeczy na południe i na zachód).

Poniemieckie to fascynująca historia tego, jak wraz z upływem czasu odeszliśmy od poczucia zmieszania na widok wszechobecnej niemczyzny, do wyciągania pamiątek z przeszłości i dumy z historii tych ziem. Ale nie tylko, bo książka Karoliny Kusyk, skupiając się raczej na geografii (bardzo ciekawe zestawienie dawnych nazw miejscowości i krain) i przedstawianiu losów polskich rodzin na nowych terenach przemyca kilka wątków bardzo cennych dla biznesu w ogóle.

Pierwszy, Karolina Kuszyk inspiruje przywracaniem historii i budowaniem na nowo relacji między dzisiejszymi mieszkańcami poniemieckich, a gośćmi… których moim zdaniem nieco brakuje. Pokolenie Niemców podróżujących na Dolny Śląsk sentymentalnie, aby zobaczyć kraj dzieciństwa i młodości, siłą rzeczy odchodzi do przeszłości. Młodszych i młodych jak na lekarstwo, aż się prosi, by region – mówię teraz o Dolnym Śląsku – w pełni wykorzystał swoje położenie na styku trzech państw i na szlakach komunikacyjnych łączących wschód z zachodem i północ z południem (z tym do niedawna nieco gorzej, bo jeszcze jakiś czas temu wrocławianie, jadąc nad polskie morze, jechali przez… wschodnie Niemcy). Może to osobliwe, ale brakuje mi turystów z Niemiec w tej liczbie, którą pamiętam z dzieciństwa. Tym bardziej, że widać ostatnio, że mieszkańcy Karkonoszy, Pogórza Izerskiego czy malowniczej i wciąż nieco dzikiej (to na plus!) Kotliny Kłodzkiej zakasali rękawy i wzięli się za przywracanie świetności dawnym miejscom.

Pytanie tylko, czy sama turystyka wystarczy, bo chociażby pandemia mocno weryfikuje inwestycje w infrastrukturę turystyczną. Inny wątek biznesowy albo może bardziej inspiracja to moje własne przekonanie po lekturze tej książki. Otóż wydaje mi się, że na fali powrotu do rozsądnej konsumpcji i szacunku dla rzeczy możliwe będzie zakładanie i rozwijanie biznesów, które mocno wpisane są w lokalność i oparte na historiach. Ludzi, miejsc, przedmiotów. Nawet jeśli przebijają z nich litery pisane starą gotycką czcionką. Ergo, na sentymencie można zarobić i to żyjąc z zgodzie z duchem i historią poniemieckiego (miejsca).

fot. / / Archiwum prywatne

#2 Książka „Historia brody, zaskakujące dzieje męskiego zarostu”, Christopher Oldstone-Moore

Co łączyło Jezusa Chrystusa, księcia Alberta, Che Guevarę, Johna Lennona i Davida Beckhama (tego przynajmniej ostatnio)? Proszę wybaczyć nieco obrazoburcze zestawienie, ale posłużyłem się wyłącznie przykładem podanym przez wydawcę książki. Tym wspólnym elementem jest…broda. Daliśmy sobie wmówić, że to element mody, z czym się nie zgadzam zarówno wzmocniony argumentami kulturowymi, historycznymi, biznesowymi, ideologicznymi (na tylu polach Oldstone-Moore rozbiera brodę na czynniki pierwsze), jak i własnym przykładem (okolice początku tego stulecia to moment, w którym stwierdziłem, że lubię brodę).

Autor z werwą – bo jak widać na zdjęciu pozycja do najmniejszych objętościowo nie należy – analizuje na kilkuset stronach niemal każdy wymiar męskiego zarostu. Całość okraszona obrazami i zdjęciami słynnych brodaczy, czemu towarzyszą również próby odwołania się do zamierzchłych czasów i ludzi pierwotnych. Czyta się to z humorem, nawet wziąwszy poprawkę na umiejscowienie autora w kulturze anglosaskiej i pominięcie postaci słynnych brodaczy z naszego kręgu kulturowego.

A gdzie wątek biznesowy? Ależ to oczywiste! Cała analiza dokonana przez autora (czy muszę dodawać, że brodatego?) nie tylko nie pomija, ale wręcz eksponuje ciekawe zjawiska biznesowe będące odzwierciedleniem brodatych trendów. Od spadku – zupełnie poważnie i oficjalnie raportowanego przez globalnych producentów kosmetyków i akcesoriów pielęgnacyjnych – popytu na maszynki i nożyki do golenia, przez pojawienie się nowej konkurencji dla wielkich korporacji w postaci manufaktur, lokalnych producentów, producentów skupionych na produkcji wyłącznie ze składników naturalnych po… powrót dyskusji o męskim wyglądzie i męskiej… modzie (rozumianej jako styl, a nie coś przemijającego, bo sezonowego).

Inny świetny przykład biznesów tworzonych dla brody i w oparciu o brodę? Proszę bardzo, rozejrzyjmy się po centrach polskich miast. Tak, barber shopy! Dla kogoś, kto dostrzeże drugie dno opowieści o męskim zaroście, książka „Historia brody” może być inspiracją do szukania, wzmocnienia i biznesowego wykorzystania trendu. A ten, zdaniem autora, na tzw. Zachodzie trwa już dekadę i nie zanosi się na to… aby uległ wypłaszczeniu.

Na koniec, nieco żartobliwie – w mojej branży, czyli w ubezpieczeniach, słowo „broda” ma również oczywistą konotację z bardzo znanym nazwiskiem. Nazwiskiem osoby-eksperta, który w ubezpieczeniach jest od lat, zna się na nich, z który można się czasem nie zgadzać, ale którego warto słuchać i któremu dobro ubezpieczeń w Polsce na pewno nie jest obojętne. Ot, zagadka z oczywistym rozwiązaniem dla wielu osób zajmujących się ubezpieczeniami. I coś jeszcze – zadbana broda jest OK.

#3 Serial „Ostatni taniec”

O tym zespole i jego gwiazdach powiedziano już pewnie wszystko. Przyszło mi do głowy, aby nawet nie podawać jego tytułu. Spróbujmy zatem. Do drużyny i jej gwiazd pokazanych w serialu (to dokument) należała cała dekada rozgrywek w jednej z najbardziej profesjonalnych lig sportowych. Lider tej drużyny (o przywództwie za moment) jest za życia legendą, a jeden z byłych prezydentów jego kraju nazwał go jednym z lepszych ambasadorów na świecie w tamtych czasach.

Wróćmy do lidera i przywództwa. Dla biznesu z tej opowieści płynie kilka wniosków, a każdy z nich może stanowić materiał na osobną lekcję czy szkolenie. A właśnie – wyobrażacie sobie Państwo, że w ramach e-learningu albo webinaru dostajecie do obejrzenia wybrany fragment takiego dokumentu wraz z konkretnym zadaniem? Może uda mi się kogoś zainspirować, bo warto.

Zobaczmy zatem, jakie lekcje daje nam ta serialowa produkcja. Lekcja pierwsza: niby oczywiste, ale lider w pojedynkę… wyniku nie zrobi. Ileż planów i ambitnych celów wzięło w łeb, bo ktoś pominął tę zasadę. Czy seria efektownych zwycięstw i utrzymywanie się na szczycie tak długo, aby wejść za życia do panteonu gwiazd, byłyby możliwe tylko dzięki jednej osobie? Nie, na pewno nie. Trzy rzeczy potrzebne do sukcesu: zespół, zespół i… zespół. Mało tego, kto właściwie jest liderem? Ten namaszczony, powołany, zakontraktowany, etc., czy ten, który jednym słowem nastawia drużynę/zespół na właściwe tory? O nieformalnych liderach napisano dużo, ciekawe, czy Czytelnicy zgadną, kto w tym zespole mógł być taką postacią? A przynajmniej – nieformalnym wiceliderem.

Lekcja druga: czym jest wizja dla powodzenia całego przedsięwzięcia? Otóż, okazuje się – wbrew podejściu, które ktoś kiedyś ujął w słowach „mędrca szkiełko i oko” – że ma kolosalne znaczenie. Wizja menedżera klubu, nawet wyśmiewanego, krytykowanego, ale przekonanego o celu, który stał przed całą drużyną, dodawała siły nie tylko jemu samemu, ale całemu przedsiębiorstwu (w tamtym obszarze kulturowym i gospodarczym sport jest jedną z gałęzi biznesu, już od dawna; nie warto o tym zapominać przy dyskusjach o sporcie w ogóle) – od zawodnika pierwszej piątki przez zawodnika rezerwowego czy zadaniowego (crunch time player, cudowne określenie zresztą) po szefa ochrony czy fizjoterapeutę i masażystę drużyny. Spojeni wizją – może wielkie słowa, a może nie, skoro tyle lat działało?

Lekcja trzecia: waga komunikacji w danym otoczeniu, albo inaczej – w warunkach rynkowych, jeśli przyjmiemy, że rozgrywki to biznes, a przeciwnicy to oczywiście konkurenci. Znaki, mimika szybkość reakcji, chemia (OK, niech będzie flow), ustalone znaki i sygnały, główne przekazy. Kto miał okazję obserwować czas na żądanie wzięty przez trenera (w tej dyscyplinie i w tej lidze to 75 sekund, niby więcej niż elewator pitch, ale spróbujcie sami okiełznać emocje w nieco ponad minutę i na nowo ustawić biznes, przepraszam, grę), ten wie, o czym mowa. Poprzestańmy na tych lekcjach. Resztę Czytelnicy mogą poznać sami, szczerze polecam. Na koniec słowo wyjaśnienia. Oczywiście tytuł ma cos wspólnego z tańcem. Ostatnim tańcem. Michael Jordan, Chicago Bulls i „Ostatni taniec”. No i oczywiście koszykówka, czasem nazywana żywymi szachami na parkiecie.

#4 Film „Czarny mercedes”

Historii i fabuły opisywać nie chcę, ale pomijając szczerą rekomendację, mogę powiedzieć, że ten film przywrócił mi wiarę w polskie kino kryminalne. Może dlatego, że pomiędzy klasykami w stylu Vabanku czy Konsula a produkcją tego obrazu minęło sporo lat. Na szczęście reżyser, mistrz Janusz Majewski, jest wciąż w formie.

O czym rzecz? O czarnym humorze (na szczęście tylko momentami) i kryminalnej historii z okropnościami drugiej wojny światowej w tle. Wątek homoseksualizmu wysokiego oficera SS, na dodatek pochodzącego ze starej arystokratycznej rodziny i w przedziwny sposób owładniętego uczuciem do polskiego adwokata o niemieckim nazwisku, pomagającego ściganym przez zbrodniczy hitlerowski reżim – to bardzo dobry lejtmotyw filmu. Czy całość jest próbą rozliczenia się ze zbiorową traumą lat wojny? To pewnie pytanie do reżysera, będącego również autorem powieści, na której oparł swój film.

Nie zgodzę się z niektórymi krytykami mówiącymi o tym, że nuda i przydługie, a gra aktorska za długa. To porządna robota filmowa (a scenografia, zwłaszcza wnętrz, ech, te meble, bibeloty i sztuka użytkowa oraz stroje z epoki…) z dobrą, momentami doskonałą grą aktorską – tych znanych i już – niech mi wybaczą – nieco wiekowych i tych młodych, którzy gwiazdami polskiego kina mają szansę stać się całkiem niedługo. Specjalne ukłony dla jednego z moich ulubionych aktorów. Postać epizodyczna, ale jakże barwna. Hrabia, grany przez Andrzeja Seweryna, to wręcz fotografia dawnego polskiego arystokraty, chociaż z wątkiem mniej, nazwijmy to grzecznie, mało obyczajnym.

Przed nawias wyciągnę wątek biznesowy. Jest coś tragikomicznego, ale i budzącego nadzieję, kiedy patrzy się na sceny działającej w podziemiu restauracji i klubu. Refleksja, która pojawia się u widza oglądającego nielegalne zgromadzenie osób chcących zjeść, porozmawiać, wzruszyć się muzyką jest taka, że człowiek potrafi dużo znieść, aby stworzyć namiastkę normalności i aby ratować swój biznes.

Zaproponuj gościa do następnego odcinka! Czekamy na Wasze sugestie w komentarzach

Źródło:
Tematy
Załóż konto osobiste w apce Moje ING i zgarnij do 600 zł w promocjach od ING
Załóż konto osobiste w apce Moje ING i zgarnij do 600 zł w promocjach od ING

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane: Czytam, oglądam, polecam

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki