Wielkim rozczarowaniem zakończyła się wtorkowa sesja w Nowym Jorku. Amerykańskie indeksy zamiast odrabiać straty z ostatnich dni nie obroniły się przed spadkami. Bykom nie pomogła ani obniżka stóp w Chinach, ani dobre nastroje amerykańskich konsumentów.


Ludowy Bank Chin zrobił to, czego rynek oczekiwał już w weekend: obniżył stopy procentowe o 25 pb., a stopę rezerw obowiązkowych o 50 pb., uwalniając w ten sposób ok. 700 mld juanów (106 mld USD) gotówki w sektorze bankowym. Był to prawdopodobnie ruch wymuszony przez inwestorów, którzy w dwa dni zdołowali główny indeks giełdy w Szangahju o blisko 15%.
Po tej interwencji na rynkach akcji zapanowały wzrosty. Sesja w Europie zakończyła się zwyżkami od 3% w Londynie przez 4% w Paryżu i Amsterdamie po niemal 5% we Frankfurcie, 5,9% w Mediolanie i aż 9,4% w Atenach.
Również Amerykanie rozpoczęli dzień od kupowania mocno przecenionych (ale wciąż bardzo drogich!) akcji. Dow Jones rósł w porywach o 442 punkty, a S&P500 zwyżkował nawet o 2,9%. Ale w ostatniej godzinie sesji doszło do wręcz sensacyjnego rozstrzygnięcia. Ceny akcji bez wyraźnego powodu zaczęły spadać, a indeksy przebiły poziomy z poniedziałkowego zamknięcia.
Ostatecznie Dow Jones stracił 205 punktów (-1,29%), S&P500 spadł o 1,35%, a Nasdaq obniżył się o 0,45%. W ten sposób S&P500 i Nasdaq znalazły się najniżej od października, a DJIA osiągnął najniższy kurs zamknięcia od lutego 2014 roku. Na wykresach po trzech wielkich czarnych świecach powstały kolejne: też czarne, ale jeszcze brzydsze, bo z długimi górnymi cieniami.
Taka sesja świadczy o bezradności giełdowych byków, które przez ostatnie trzy lata skrupulatnie wykorzystywały nawet najmniejsze cofnięcie do kupowania akcji. Teraz na Wall Street brakuje odważnych na realizację tej strategii. I to w sytuacji, gdy dane nadchodzące z gospodarki USA był całkiem niezłe: wzrosła sprzedaż nowych domów, a indeks nastrojów konsumentów osiągnął 7-miesięczne maksimum.






























































