Liczba odwiertów naftowych w Stanach Zjednoczonych spadła 12. tydzień z rzędu – to rekordowo długa seria. Intrygujący jest fakt, że w reakcji na tę informację mocniej zdrożała ropa w Europie niż w Ameryce.


Liczba szybów naftowych w USA spadła o 33, do 968 – poinformowała firma Baker Hughes. To 12. z rzędu tydzień, gdy amerykańscy nafciarze ograniczają prace wiertnicze. Przez ten czas liczba odwiertów zmalała o 38% - to spadek bez precedensu w historii. Nawet w kryzysowym 2009 roku nie zaobserwowano tak silnego trendu.

Mimo zamknięcia 589 szybów amerykańska produkcja ropy naftowej wciąż bije rekordy i po raz pierwszy od 32 lat sięgnęła 9,29 mln baryłek dziennie. Analitycy nie są jednak zgodni, czy malejąca liczba odwiertów przełoży się na spadek produkcji w następnych miesiącach, czy też obecnie pracujące szyby są na tyle wydajne, że utrzymają wysoki poziom wydobycia.

Wraz z najwyższą od ponad trzech dekad produkcją w górę szybują zapasy. W ubiegłym tygodniu amerykańskie komercyjne rezerwy surowej ropy osiągnęły najwyższy poziom w historii. Takie dane świadczą o słabości popytu na ropę w USA. Równocześnie wciąż obowiązuje liczący sobie niemal 40 lat zakaz eksportu amerykańskiej ropy, co tłumi ceny w Nowym Jorku.
Doskonale było to widoczne w piątek, gdy notowana na nowojorskiej giełdzie towarowej ropa typu Crude podrożała tylko o 0,65%, do 49,24 dolarów za baryłkę. Tymczasem cena europejskiego surowca marki Brent wzrosła o 2,4%, do 62,05 USD za baryłkę. W rezultacie dyferencjał Brent-Crude wzrósł do 12,63 USD – do najwyższego poziomu od 13 miesięcy.

Tylko czas pokaże, który czynnik przeważy szalę: czy masowo cięte budżety inwestycyjne kompanii naftowych skutkujących (z pewnym opóźnieniem) spadkiem wydobycia, czy też ciągle spowalniające tempo wzrostu gospodarczego na świecie, które ogranicza wzrost zapotrzebowania na ropę.





























































