Czwartkowy poranek przyniósł kontynuację zwyżki kursu euro, jaką obserwowaliśmy dzień wcześniej. Trzeba jednak wziąć poprawkę na fakt, że notowania walut odbijają po bardzo silnych spadkach z wtorku i poniedziałku.


O 9:39 kurs euro wynosił 4,4473 zł i był już tylko nieznacznie wyższy niż w środę wieczorem. Wcześniej rano unijna waluta kosztowała nawet 4,4665 zł. Poprzedniego dnia euro podrożało o 3,5 grosza po tym, jak w poniedziałek i wtorek kurs euro spadł aż o 13 groszy w reakcji na wynik niedzielnych wyborów parlamentarnych w Polsce.
Analitycy już wczoraj ostrzegali, że powrót do tegorocznych minimów kursu euro może nie okazać się trwały. Po pierwsze, wstępna reakcja rynku często bywa przesadzona i wydaje się, że z czymś takim mieliśmy do czynienia na początku tygodnia.
Po drugie, część inwestorów może zamykać długie pozycje spekulacyjne, jakie na początku października otworzyła na polskich aktywach.

Po trzecie, złotemu przestała sprzyjać sytuacja na tzw. rynkach bazowych. Środowa sesja na Wall Street zakończyła się spadkami giełdowych indeksów i przede wszystkim dalszym wzrostem rentowności obligacji rządy USA. W takiej sytuacji rośnie atrakcyjność inwestowania w amerykańskie aktywa kosztem długu krajów rozwijających się, co niekorzystnie wpływa na ich waluty.
W czwartek rano za dolara znów płaciliśmy ponad 4,22 zł, choć jeszcze we wtorek było to niespełna 4,174 zł. Warto przy tym wspomnieć, że jeszcze dwa tygodnie temu amerykańska waluta kosztowała ponad 4,44 zł i była najdroższa od marca.
Frank szwajcarski wyceniany był na 4,6965 zł, czyli podobnie jak dzień wcześniej. Ale jeszcze nad ranem helwecka waluta kosztowała ponad 4,71 zł. Za funta brytyjskiego trzeba było zapłacić 5,1242 zł po tym, jak wczoraj kurs funta do złotego osiągnął najniższą wartość od lutego 2021 roku.
KK



























































