Jest taka jedna statystyka, której inwestorzy z Wall Street nie znoszą najbardziej. Jest nią zbyt mocny raport z rynku pracy, który w otoczeniu bardzo wysokiej inflacji zmusza Fed do zdecydowanych podwyżek stóp procentowych. A to szkodzi wycenom akcji.


Na pierwszy rzut oka majowy raport z amerykańskiego rynku pracy nie wydawał się specjalnie interesujący. Co prawda wzrost zatrudnienia (o 390 tys. etatów) był wyższy od rynkowego konsensusu (+320 tys.), ale oczekiwania analityków były mocno rozbieżne. Ciut niższy od mediany prognoz był za to wzrost zatrudnienia.
Jednak inwestorzy uznali, że majowe „payrollsy” są na tyle solidne, że przesądzają o czerwcowej i zapewne też lipcowej podwyżce stopy funduszy federalnych w wymiarze 50 pb. Niby nic nowego, ale przez ostatnie tygodnie ludzie z Wall Street po cichu liczyli, że Fed nie wyrządzi im krzywdy i odpuści zbyt gwałtowne zacieśnienie polityki monetarnej. W końcu nie od dziś mówi się, że głównym celem Rezerwy Federalnej jest niedopuszczanie do zbyt głębokich spadków indeksu S&P500 (formalnie celem Fedu jest „stabilność cen” i „pełne zatrudnienie” w gospodarce).
- Takie dane mówią nam, że gospodarka jest dość dobrym stanie, co jest dobrą wiadomością. Ale gdy patrzy się na nią w kontekście tego, co oznacza dla Rezerwy Federalnej i zacieśnienia polityki monetarnej, to zapewne czyni ich bardziej pewnymi tego, że mogą kontynuować zacieśnienie – powiedział agencji Reuters Shawn Snyder, szef strategii inwestycyjnych w Citi Personal Wealth Management.

Reakcja amerykańskiego rynku akcji była jednoznacznie negatywna. Dow Jones po spadku o 1,05% zakończył tydzień na poziomie 32 899,70 punktów. S&P500 poszedł w dół o 4,63%, finiszując z wynikiem 4 108,54 pkt. Najwięcej stracił Nasdaq, który zniżkował o 2,47% i zatrzymał się tuż powyżej linii 12 000 punktów.
Nasdaqowi mocno ciążyły zniżkujące o przeszło 9% walory Tesli. Na rynku pojawiły się informacje, że Elon Musk postanowił zwolnić 10% załogi, co raczej nie świadczy dobrze ani o sytuacji samej spółki jak i całej gospodarki. Redukcje etatów lub przynajmniej ograniczenie skali naboru zapowiedziały także inne duże spółki technologiczne, m.in. Microsoft, Twitter i Uber.
To właśnie wyceny tzw. spółek wzrostowych w ostatnich miesiącach najbardziej cierpią na wzroście rynkowych stóp procentowych, co zmniejsza teraźniejszą wartość oczekiwanych przyszłych przepływów pieniężnych. A teraz dochodzi do tego osłabienie popytu na usługi „big techów”. Konsumenci tłamszeni przez bardzo wysoką inflację i realny spadek wynagrodzeń tną wydatki na dobra wyższego rzędu, musząc wydać więcej pieniędzy na żywność, paliwa i energię.
Póki co amerykański rynek akcji nie wycenia recesji w USA oraz związanego z nią spadku zysków giełdowych korporacji. Przez ostatnie pięć miesięcy inwestorzy zdążyli wycenić jedynie wpływ wyższych stóp procentowych obniżających wskaźniki c/z, przy których wyceniany jest rynek.
Krzysztof Kolany































































