Turystyka handlowa w PRL-u, czyli do Turcji po dżinsy, a do NRD po pieprz

Wiedza o tym, gdzie, co i za ile można było sprzedać i kupić, była największym kapitałem - pisze Jan Głuchowski w książce "Na saksy i do Bułgarii. Turystyka handlowa w PRL". Do Turcji jeździło się po dżinsy, a do NRD po pieprz i czosnek.

Checkpoint Charlie, najsłynniejsze przejście graniczne miedzy NRD a Berlinem Zachodnim.
Checkpoint Charlie, najsłynniejsze przejście graniczne miedzy NRD a Berlinem Zachodnim. (fot. Sławomir Olzacki / FORUM)

W 17. odcinku serialu "Czterdziestolatek" Jerzego Gruzy dyrektor Karwowski (Andrzej Kopiczyński) zostaje wystały służbowo do Budapesztu. Trafia do sklepu z ludowymi pamiątkami z Węgier. Pierwsze pytanie, jakie zadaje mu pracownik sklepu, brzmi: "co pan chce sprzedać?". Ta scena dobrze pokazuje, jak powszechna była w latach 70. polsko-węgierska wymiana handlowa. Polscy turyści wywozili z kraju wiele towarów, które sprzedawali w Budapeszcie na pniu. W drugą stronę wracali obładowani miejscowymi dobrami, którymi handlowali nad Wisłą.

W książce "Na saksy i do Bułgarii. Turystyka handlowa w PRL" Jan Głuchowski poświęca cały rozdział turystyce handlowej Polaków na Węgry. Wśród ulubionych towarów, które kusiły Polaków – poza salami i papryką – Głuchowski wskazuje też np. dezodoranty w spreju i sztyfcie firmy BAC. Po powrocie i wykorzystaniu opakowania powiększały kolekcje zbieraczy kolorowych pojemników.

Popularne były również tzw. bliźniaki, czyli komplet składający się z bluzki z krótkim rękawem i tego samego koloru swetra oraz buty. Pomysłowi turyści stosowali sprytny sposób kupowania butów na miarę dla kogoś bliskiego w kraju. Zabierano ze sobą patyczek, który był miarą długości stopy osoby, dla której miało zostać zakupione obuwie. Problemy pojawiały się, kiedy patyczek się wysuszył i skurczył.

Turyści, którzy wybierali się za naszą zachodnią granicę, zaraz po zaspokojeniu głodu miejscowymi serdelkami, a przede wszystkim piwem, ruszali na zakupy trudno u nas dostępnego pieprzu oraz czosnku.

Pokazując niesamowite możliwości przewozowe rodaków z NRD Głuchowski opisuje przypadek z 1972 r., kiedy odnotowano przewóz przez pojedyncze osoby - 103 kg rodzynek, 45 kg margaryny, 145 kg wiórków kokosowych oraz 95 metrową belę materiału.

Autor opisuje również wyjątkową transakcję wiązaną: "Pewien szermierz Legii dostał z klubu na turniej rozgrywany w Niemczech Zachodnich 10 kling do szpady. Walczył oszczędnie i żadnej nie uszkodził. Polskie klingi cieszyły się dobrą renomą, sprzedał je więc na miejscu. Za uzyskane pieniądze kupił kurtki ortalionowe. Parę tygodni później walczył w turnieju w Związku Radzieckim. W Leningradzie sprzedał kurtki i kupił aparaty fotograficzne. Te z kolei upłynnił podczas turnieju w Turynie i za uzyskaną kwotę kupił modny wówczas skuter Lambretta. Co więcej wystarczyły także na opłacenie transportu do kraju. I tak to za otrzymaną za darmo część sprzętu stał się właścicielem wymarzonego cacka".

Wyjazdom do ZSRR autor poświęca osobny rozdział. "Kraj Rad postrzegany był przez niektórych naszych turystów, jak Sezam z bajki o Ali Babie i 40 rozbójnikach – pełen złotych zegarków, bransoletek, obrączek, kolczyków, brylantów" - pisze.

W drugą stronę, przede wszystkim pociągami z wagonami kuszetkowymi, przewożono m.in. dżinsy, zazwyczaj podróbki zachodnich marek. Dobrą opinią w ZSRR cieszyły się także polskie kosmetyki.

W "Na saksy i do Bułgarii. Turystyka handlowa w PRL" nie brakuje również opisów bardziej egzotycznych miejsc, do których docierali handlujący turyści z Polski. "Po chudych latach sześćdziesiątych w kolejnej dekadzie zaczęto organizować więcej wycieczek do krajów zachodnich i Egiptu. Ruch turystyczny z Egiptem był pochodną naszych stosunków polityczno-gospodarczych z tym krajem (...) Z Okęcia co tydzień wylatywały wycieczki do Kairu i Aleksandrii, organizowane przez różne biura, w tym Orbis" - pisze Głuchowski.

Pod piramidy Polacy zwozili m.in. kołnierze z lisich skór, kryształy, aparaty, whisky. Egipskich celników przekupywano łapówkami. Jak podaje autor książki jedna z wycieczek, którą w 1973 r. zorganizowało biuro podróży Juventur, przewiozła do Egiptu 68 kryształów, 38 żelazek elektrycznych, 21 enerdowskich zegarków oraz 17 wentylatorów. Grupa liczyła 20 osób.

Polacy jeżdżący do Indii korzystali nie tylko z wycieczek na słoniach, ale też masowo wykupowali miejscowe towary, przede wszystkim konfekcję. Do Tajlandii rodacy wyjeżdżali z kilkoma kryształami w bagażu. Tam, ale też w Syrii, chętnie korzystali z usług miejscowych krawców, którzy w ekspresowym tempie szyli garnitury. O wyjazdach na Kubę Głuchowski pisze: "zintensyfikowały się w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Można było sprzedać tam wszystko. Największym zainteresowaniem cieszyły się dżinsy, bielizna damska".

Popularne były wyjazdy do Turcji. Na tyle, że w wielu punktach handlowych mówiono po polsku. W książce są zdjęcia tureckich wizytówek sklepów z tekstyliami z informacją w języku polskim. Jedna z wizytówek głosi: "Futra – Kożuchy – Karakuły – Norki – Kozy, duży wybór, obsługa w języku polskim".

"Począwszy od lat sześćdziesiątych aż do końca opisywanego okresu spośród wszystkich kupowanych artykułów tureckich najpopularniejsze były: kożuchy, futra i podrabiane dżinsy" - stwierdza autor.

W krajach egzotycznych dla Polaków dochodziło do zabawnych pomyłek. Na przykład służący do tępienia much i innych insektów muchozol, w który zaopatrywano załogi statków pływających w tropikach, w Indiach i Afryce został uznany za męski dezodorant.

Polska turystyka zagraniczna nasiliła się w latach 70. ubiegłego wieku. Wcześniej ten ruch był znikomy. Jak pisze Paweł Sowiński w "Wakacje w Polsce Ludowej. Polityka władz i ruch turystyczny (1945-1989)": "na początku lat pięćdziesiątych zagraniczny ruch turystyczny w zasadzie umarł (...) według ocen Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w 1950 r. wyjechało z Polski 181 osób w celach turystycznych". Liczba ta wzrosła znacząco dwie dekady później.

"Pod rządami Gomułki doszło do wyraźnego wzrostu ruchu granicznego. Liczba wyjeżdżających wzrosła w latach 1956-1970 ze 172 tysięcy do 871 tysięcy. Taką dynamikę osiągnięto przede wszystkim za sprawą zwiększenia wymiany między krajami socjalistycznymi" - pisze Sowiński.

Przełomowym wydarzeniem w polskiej turystyce było wprowadzenie umowy o swobodnym przekraczaniu granicy między PRL a NRD w 1972 r., umożliwiającej podróże na podstawie dowodu osobistego. Jak pisze Sowiński: "Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 1971 r. zanotowano nieco ponad milion wyjazdów z Polski. W 1979 r. było ich już ponad 10 mln".

Liczba wyjazdów zagranicznych drastycznie zmniejszyła się po wybuchu stanu wojennego, by ponownie wzrosnąć w drugiej połowie lat 80.

Książka "Na saksy i do Bułgarii. Turystyka handlowa w PRL" ukazała się nakładem wydawnictwa Bellona. (PAP)

autor: Wojciech Przylipiak

wbp/ agz/

Źródło: PAP
Tematy:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
0 2 tomitomi

....!! to były czasy !!!.......chciało się żyć !!!! ehhh ,,,,,,

! Odpowiedz
Polecane
Najnowsze
Popularne

Wskaźniki makroekonomiczne

Inflacja rdr 2,2% IV 2019
PKB rdr 4,7% I kw. 2019
Stopa bezrobocia 5,9% III 2019
Przeciętne wynagrodzenie 5 057,82 zł V 2019
Produkcja przemysłowa rdr 9,2% IV 2019

Znajdź profil