Przed nowym rządem stoją wyzwania, które należy podjąć, aby ustrzec kraj przed losem Grecji. Tymczasem dwie dominujące partie, czyli PO i PiS, na płaszczyźnie gospodarczej są niemal takie same. Wygrana którejkolwiek z nich nie wpłynie drastycznie na zmianę kierunku w jakim zmierza Polska. Jedno natomiast nie ulega wątpliwości - gospodarka potrzebuje reform, dzięki którym Polacy poczują wyższy standard życia charakterystyczny dla Europy Zachodniej.
Utrzymanie obecnego marazmu skazuje kolejne pokolenia Polaków na emigrację zarobkową i wątłe perspektywy na przyszłość. Nadeszła pora, aby wziąć się do pracy - kryzys jaki obecnie przeżywa Europa jest najlepszym momentem do wyrzeczeń i wzmożonego wysiłku.
Powód pierwszy: Elastyczny rynek pracy
Podniesienie płacy minimalnej było poważnym błędem. Doświadczenia krajów, które przeszły podobną drogę pokazują, że wysoka płaca minimalna tak naprawdę nie popłaca. Droga ta wiedzie do wysokiego bezrobocia wśród ludzi wchodzących na rynek pracy. Najbardziej jaskrawym przykładem jest Hiszpania, gdzie podnoszenie płacy minimalnej wraz z serią przywilejów pracowniczych doprowadziło do 20 proc. bezrobocia - rekordu w Unii Europejskiej.
Kraje nadbałtyckie takie jak Litwa, Łotwa i Estonia dzięki mniejszej liczbie regulacji i niskim podatkom, po ostrym kryzysie bardzo szybko odzyskały dawny blask. Nawet Irlandia, która jeszcze pod koniec 2010 roku była na skraju bankructwa, obecnie cieszy się dynamicznym wzrostem PKB.
Nowy rząd powinien porzucić populizm (wzrost płacy minimalnej) i pomóc najmniej zarabiającym pracownikom w inny sposób. Nie jest odkryciem, że osiągnięcie tego celu wiedzie przez podniesienie kwoty wolnej od podatku oraz głębszą redukcję pozapłacowych kosztów pracy. Natomiast ostatnie pomysły mówiące o powrocie do starej wysokości składki rentowej (która zmalała za rządów PiS) to rozwiązanie prowadzące do pogłębienia problemów na rynku pracy.
Polska ze względu na wysokie koszty pracy, uciążliwe podatki oraz nieprzychylne przedsiębiorcom prawo, może stać się łatwym łupem dla szalejącego kryzysu. Niestety w programach partii ubiegających się o głosy Polaków trudno odnaleźć projekt kompleksowej reformy, która rozwiązywałaby choć część powyższych problemów.
Powód drugi: Stabilny pieniądz to podstawa
Polską gospodarkę trawi pożar, który nazwać można wysoką inflacją. Elementarne działania matematyczne pokazują, że 4-procentowa inflacja w ciągu 20 lat podwaja ceny. Nadmierny wzrost cen jest szkodliwy na wielu płaszczyznach - co bardzo często rządzący ignorują.
Inflacja jest dodatkowym obciążeniem dla polskich rodzin, których dochody nieustannie maleją. Przeciętna rodzina za 50 zł w sklepie może kupić mniej, niż jeszcze przed rokiem. Tymczasem każda partia nieustannie powtarza „Polityka pro-rodzinna jest ważna!” oraz „Troszczmy się o wzrost liczby dzieci!”. Jednak polskie rodziny, zwłaszcza te młode, nie mogą sobie pozwolić na potomstwo lub kupno mieszkania. Koszty życia nieustannie rosną, a niektóre poniekąd elementarne dobra, stają się luksusem.
Po drugie, wysoka inflacja szkodzi polskim emeryturom. Jednak nawet wtedy, gdy ktoś na własną rękę gromadzi środki, inflacja skutecznie niweczy jego wieloletni wysiłek. Ponadto drastyczny wzrost cen, za który odpowiada zbyt luźna polityka monetarna, wymaga od funduszy emerytalnych wysokich stóp zwrotu. Dzieje się tak tylko po to, aby ustrzec kapitał przed uszczerbkiem ze strony inflacji, co niestety nie zawsze kończy się sukcesem.
Nowy rząd, inaczej niż obecny, powinien zachęcać Narodowy Bank Polski do zacieśnienia polityki pieniężnej. Jest to najlepszy sposób na zatrzymanie wzrostu cen oraz ratowanie słabego złotego. Interwencje rządu na rynku walutowym to kiepskie metody, a pokazują jedynie słabość polskiego systemu. Stabilność pieniądza w obecnej sytuacji może zapewnić jedynie podwyżka stóp procentowych. Dotychczasowe działania jedynie dodatkowo huśtają polską walutą. Kwestia polityki pieniężnej, wysokości stóp procentowych oraz inflacji jest całkowicie nieobecna w dyskusji przedwyborczej. To błąd, na który ostatecznie pozwalają wyborcy.
Powód trzeci: Prawo przyjazne przedsiębiorcy
Polska wypada blado w rankingach przychylności przedsiębiorcom. Raport Doing Business 2011 autorstwa Banku Światowego plasuje nasz kraj na dalekim 70 miejscu. Jednym z najpoważniejszych zarzutów jest uciążliwe prawo oraz niejasne przepisy dotyczące rachunkowości. Prowadzenie firmy to nieustanna batalia z wysokimi podatkami.
Bez silnego sektora prywatnego Polska nigdy nie będzie gospodarką dynamiczną i odporną na globalne zawirowania. Obecnie potencjał drzemiący w polskiej przedsiębiorczości jest w dalszym ciągu krępowany przez biurokrację. Przyszły rząd powinien zmienić stosunek do przedsiębiorców, którzy stanowią motor napędowy naszej gospodarki i wypracowują większość bogactwa. Polska przypomina orła, któremu związano skrzydła zabraniając latania.
Nowy rząd, nowe wyzwania, te same porażki?
Europa toczy wojnę z kryzysem finansów publicznych, który destabilizuje gospodarkę i rynki na całym świecie. Ponadto ożywienie globalnej gospodarki powoli gaśnie, rzucając kłody pod nogi polskim firmom.
Trzeba być naiwnym optymistą, aby wierzyć słowom polityków, którzy mówią, że nasz kraj uniknie światowej zawieruchy. Jeżeli kolejny rząd zachowa bierność i nie przeprowadzi potrzebnych reform, przyszłość naszego kraju nabiera grecko-włoskiego smaku. Gorzkiego smaku kryzysu.
Piotr Lonczak
Bankier.pl
p.lonczak@bankier.pl




























































