Wizerunek Polski można budować nie tylko na renomie Olgi Tokarczuk czy muzyce Chopina, ale też na osiągnięciach autorów literatury popularnej i na polskim heavy metalu – mówi PAP węgierska menedżerka kultury i tłumaczka polskich książek Viktória Kellermann.


Niespodziewana dymisja pełnomocniczki rządu ds. promocji marki Polski Barbary Mróz-Gorgoń zwróciła uwagę opinii publicznej na problemy związane z budowaniem wizerunku naszego kraju za granicą. I choć Polska przeżywa swoje pięć minut na świecie, pierwsze podejście rządu do budowy silnej marki kraju okazało się falstartem. PAP postanowiła sprawdzić, jak Polska jest postrzegana na świecie. Tym razem o wizerunek Polski na Węgrzech PAP zapytała Viktórię Kellermann, menedżerkę kultury i tłumaczkę, która od wielu lat związana z polską kulturą.
Polska kultura znika z mapy Węgier
Nasza rozmówczyni zwróciła uwagę na istotny problem: otóż jej zdaniem jeszcze 15-20 lat temu kultura polska miała na Węgrzech bardzo silną pozycję, głównie za sprawą filmu i literatury, ale wiele się w tym względzie zmieniło.
Polska kultura jakby zniknęła z kulturalnej mapy Węgier, a to odbiło się negatywnie na wizerunku kraju. Tego trendu nie przełamał literacki Nobel dla Olgi Tokarczuk. Być może dlatego, że pisarka nie chciała przyjechać do Budapesztu, głównie z powodów politycznych (rządził wtedy Viktor Orban). Tłumaczenia tłumaczeniami, ale spotkania autorskie z czołowymi pisarzami są bardzo ważne – tłumaczyła nasza rozmówczyni.
Według niej pod koniec drugiej dekady XXI wieku liczba wydawanych książek polskich autorów spadła - z ok. 30 rocznie na początku lat 2000 do nie więcej niż 5-10 obecnie, z czego sporo z tych pozycji jest adresowanych do dzieci. A to oznacza - jak mówiła Kellermann - że na tak małym rynku jak węgierski literatura polska przestała być widoczna.
Przyjazd Tokarczuk na Węgry - jak zauważa węgierska menedżerka - mógłby przełamać ten negatywny trend. Bo - jak dodaje - już to, że pisarka z Dolnego Śląska dostała literackiego Nobla, sprawiło, że nad Dunajem zaczęto wydawać nieco więcej polskich książek.

„Instytut Polski ma głodowe budżety, a świat czyta Wiedźmina”
Zdaniem naszej rozmówczyni wizerunek Polski można budować nie tylko na renomie Tokarczuk, ale i na popularności polskich autorów literatury popularnej. – Przykład? Kariera „Wiedźmina”. Zaczęło się od gry komputerowej, ale kiedy ukazało się węgierskie tłumaczenie powieści, Andrzej Sapkowski stał się co najmniej tak popularny jak Tokarczyk – oceniła Kellermann.
Zaznaczyła - jako tłumaczka prozy Sapkowskiego - że dobrze wie, jak długo trzeba było przekonywać fanów, że to nie jest żaden „The Witcher” tylko słowiański „Wiedźmin”. – Kiedy okazało się, że powstał on w Europie Środkowej, Polska bardzo zyskała w oczach Węgrów - przekonywała.
Tłumaczka podkreśliła, że w promocję kultury trzeba inwestować tak, jak w reklamę towarów komercyjnych, nie żałując na to środków. - Jeżeli tego nie robicie, to nie oczekujcie, że polskie kino czy literatura zaistnieją na Węgrzech. Decydentom w Warszawie być może wydaje się, że ponieważ pół wieku temu Węgrzy cenili polskie filmy czy powieści, to nadal będą się nimi interesować. Ale tak nie jest - podkreśliła.
Zauważa, że choć „Faraon” Prusa był wielkim hitem dla pokolenia jej rodziców, to młodzi Węgrzy już po tego rodzaju powieści nie sięgają. - A ci, co z wypiekami na twarzy czytali Prusa, Sienkiewicza czy Mrożka, mają 60-70 lat i nie interesują się nowszą literaturą polską - dodała.
Na Węgrzech co roku ukazują się dziesiątki tysięcy nowych książek, a przy takiej konkurencji szanse na przebicie się kilku nowych polskich tytułów są niemal żadne. - Wydawcy nie zajmują się promocją, a Instytut Polski w Budapeszcie ma zbyt mało pracowników i za niski budżet, by robić to na odpowiednim poziomie. Placówka skupia się na promocji polskiego jazzu. Problem w tym, że na koncerny jazzowych zespołów przychodzi kilkudziesięciu mieszkańców Budapesztu. Trudno mówić o zasięgu ogólnokrajowym – oceniła menadżerka kultury.
„Czemu metal nie mógłby być znakiem rozpoznawalnym Polski?”
Kolejnym wyzwaniem - mówiła - jest odbudowa wizerunku polskiego teatru. 15-20 lat temu sporo węgierskich teatrów wystawiało polskie sztuki, także na prowincji. Dziś - zauważyła- polski teatr niemal zniknął z Węgier. Zastrzegła jednocześnie, że nie jest w stanie ocenić, ile milionów złotych trzeba przeznaczyć, by wypromować polską kulturę na Węgrzech. Dodała - jako osoba zajmująca się także komiksem - że np. zaproszenie na Węgry artysty komiksowego to wydatek rzędu 1000 euro. - W budżecie ministerstwa to tyle co nic, a dla promocji polskiego komiksu to bardzo wiele - zauważyła.
Jej zdaniem podobny problem jest z promocją polskiej muzyki. - Współpracowałam z lokalnymi festiwalami rockowymi w Pécs i Wrocławiu. Chciałam sprowadzić jak najwięcej polskich zespołów na Węgry. Staraliśmy się o dofinansowanie z różnych źródeł, w tym z Instytutu Polskiego, ale okazało się, że otrzymaliśmy tylko pieniądze na paliwo – opowiadała.
Zespół Kellermann poświęcił na ten projekt półtora roku, pracując za darmo, ale - jej zdaniem - było warto. - Polskie zespoły zostały entuzjastycznie przyjęte. Na ich koncerty w Pécsu przyszło ok. tysiąca osób. Fani krzyczeli po polsku „Polak Węgier dwa bratanki”. To byłoby wzruszające. Gdyby znalazły się pieniądze na finansowanie wielu takim mikroprojektów, polską kulturę można by porządnie wypromować w skali całego kraju – wspominała.
Zdaniem tłumaczki Sapkowskiego, żeby z polskiej kultury zrobić silny, światowy brand, nie wystarczy więc zorganizować kilku kameralnych koncertów jazzowych w Budapeszcie. - Na Węgrzech bardzo popularna jest polska muzyka jazzowa i heavy metalowa. Na tym można by budować siłę kraju, ale koncerty takich kapel jak USO 9001 czy Błoto należałoby organizować w małych klubach, do których chodzi młodzież. Niestety na to też nie ma dofinansowania - opowiadała.
Nasza rozmówczyni podkreśliła, że polski metal jest znany na całym świecie, więc stał się bardzo istotną częścią kulturowego soft power Polski. - Dlaczego Instytuty Polskie nie zajmują się promocją tego rodzaju muzyki? Czemu metal nie mógłby być znakiem rozpoznawalnym Polski? - pytała retorycznie.
Przytoczyła anegdotę, która pokazuje, jaki potencjał promocyjny drzemie w tego rodzaju muzyce. - W Budapeszcie spotkałam młodego chłopaka w koszulce z logo black metalowej grupy Mgła, która zagrała na Węgrzech kilka koncertów. Został fanem tej kapeli, ba nauczył się nawet wymawiać jej nazwę, co dla Węgra nie jest łatwe - podkreśliła.
Jacek Pawlicki (PAP)
jap/ ugw/






























































