Brak historii kredytowej to jedna z najważniejszych barier odpowiadających za finansowe wykluczenie. Osoby młode, często dysponujące bardzo ograniczonymi dochodami, skazane są na drogie pożyczanie lub zupełny brak dostępu do finansowania. Amerykański startup znalazł na to rozwiązanie – program oszczędnościowy udający pożyczkę.


O firmach fintech mówi się, często eksponując konflikt pomiędzy nowymi biznesami, elastycznymi, korzystającymi z najnowszych technologii, a starymi skostniałymi wielkimi graczami na finansowym rynku. Wiele startupów nie myśli jednak o podkopywaniu pozycji banków czy domów maklerskich. Fintechowi eksperymentatorzy poszukują zupełnie nowych sposobów na rozwiązanie starych problemów – celują w zaniedbane segmenty rynku, wyłapują zaniedbane nisze. Od czasu do czasu zdarzy się w tym gronie ktoś, kto dostrzeże szansę tam, gdzie inni widzieli tylko kłopoty.
Wprowadzona po ostatnim kryzysie reforma regulacji chroniących amerykańskich konsumentów utrudniła najmłodszym klientom dostęp do kart kredytowych. Cel był szczytny – uchronić studentów i startujących w samodzielne życie pracowników przed agresywnymi praktykami banków i kredytodawców. Przy okazji jednak wytworzyła błędne koło. Dwudziestolatek bez historii kredytowej ma marne szanse na otrzymanie karty z nawet niewielkim limitem lub pożyczki, która pozwoliłaby mu na zaistnienie w kredytowych rejestrach.
Oszczędności „na raty”
Ciekawy pomysł na poradzenie sobie z problemem pierwszych kroków na kredytowym rynku zaproponował teksański startup Self Lender. Punktem wyjścia były dotychczasowe produkty przygotowane z myślą o budowaniu historii kredytowej – np. zabezpieczona karta kredytowa. Aby otrzymać taki plastik, wnioskodawca musi zaproponować bankowi blokadę na rachunku oszczędnościowym (lub podobne, równie mało ryzykowne zabezpieczenie). Przyznawany limit kredytowy jest zazwyczaj nieco niższy niż zablokowana kwota.
Tzw. secured credit card jest dostępna jednak tylko dla tych, którzy mają już oszczędności. Self Lender podszedł do problemu inaczej. Klient nie musi na samym początku posiadać znaczącej kwoty gotówki – podpisuje z firmą umowę, w której zobowiązuje się wpłacać co miesiąc 97 dolarów na wyznaczony rachunek. W ten sposób, za pośrednictwem Self Lender, klient kupuje „na raty” bankowy certyfikat depozytowy, odpowiednik lokaty terminowej, objęty systemem ochrony depozytów. Po 12 miesiącach certyfikat o wartości nominalnej 1100 dolarów przechodzi w ręce „pożyczkobiorcy” wraz z naliczonymi odsetkami.
Każdą z „rat” Self Lender raportuje do biur informacji kredytowej w taki sam sposób, jak odnotowuje się pożyczkę konsumpcyjną. Regularne wywiązywanie się z kontraktu oznacza wzrost scoringu FICO o średnio 60 punktów. Usługa nie jest oczywiście darmowa – jak łatwo policzyć, za „podpompowanie” oceny płaci się przez rok łącznie kilkadziesiąt dolarów.
Przydałby się polski naśladowca?
Kilka lat temu w ofercie MultiBanku znajdowała się karta kredytowa zabezpieczona lokatą terminową. Plastik można było otrzymać nawet, jeśli nie posiadało się udokumentowanych dochodów i historii w BIK. Dziś podobnych produktów jest niewiele – PKO BP oferuje w ramach bankowości osobistej pożyczkę zabezpieczoną lokatą, a Citi Handlowy – linię kredytową. Są to jednak propozycje dla osób zamożnych, a nie stawiających pierwsze kroki na rynku. Być może pomysł Self Lender zainspiruje rodzimych marketingowców. Jeśli nie sięgną po niego banki, to zrobią to zapewne, wcześniej lub później, fintechy z polskiego podwórka.


































































