Po kilku niemrawych sesjach we wtorek indeks Shanghai Composite wzrósł o 3,7%. Problem w tym, że określenie „giełda” już w żaden sposób nie przystaje do tego, co dzieje się na chińskim „rynku” akcji.


Shanghai Composite zakończył wtorkową sesją na poziomie 3.756,54 pkt., czyli o 3,69% powyżej poniedziałkowego kursu zamknięcia. Przez poprzednie dwie sesje ceny akcji w Szanghaju malały po ok. 1,1%.

Od czerwcowego szczytu Shanghai Composite spadł o 27,5%, ale wciąż znajduje się o 16% wyżej niż na początku roku oraz niemal 70% wyżej niż rok temu. Pęknięcie bańki spekulacyjnej wywołało drastyczną i autorytarną reakcję władz w Pekinie, które zakazały dużym inwestorom sprzedaży akcji i zainicjowały „skup interwencyjny” za pośrednictwem państwowych podmiotów.
Tyle że rządowe interwencje nie zatrzymały spadków cen akcji. Silnie zlewarowany i spanikowany chiński „akcjonariat obywatelski” ruszył sprzedawać akcje, gdy tylko władze uwolniły notowania większej liczby spółek.
Obecnie chińskie giełdy są głównie przedmiotem spekulacji na temat interwencji władz. Inwestorzy podejmują decyzje o sprzedaży bądź zakupie akcji nie pod wpływem oczekiwań na wyniki spółek, lecz antycypują skalę zakupów akcji przez państwowe podmioty. Za „szkodliwą” sprzedaż akcji może grozić nawet więzienie.

Najnowszym środkiem odstraszania giełdowych spekulantów są regulacje zabraniające śródsesyjnych transakcji krótkiej sprzedaży. Od dzisiaj zabronione jest operacja, w ramach której inwestor pożycza, sprzedaje i odkupuje akcje tego samego dnia. Najwyraźniej chińskie władze jeszcze nie zrozumiały, że spadki na giełdzie wynikają ze skrajnego przewartościowania akcji, a nie z knowań „wrogów ludu”.
Krzysztof Kolany






























































