Tylko w tym tygodniu główny indeks giełdy w Szanghaju spadł o 13%, tylko w piątek tracąc 6,4%. Trudno jednak przesądzać, czy to już koniec bańki spekulacyjnej na chińskim rynku akcji, który przez ostatnie 12 miesięcy dał zarobić ponad 120%.


Indeks Shanghai Composite spadł w piątek o 6,42%, do 4.478 punktów. Jeszcze tydzień temu indeks ten ustanowił przeszło 7-letnie maksimum na wysokości 5.178 punktów. Chińska giełda nadal jest jednak o 121% wyżej niż rok temu.

Bezpośrednim katalizatorem „korekty” były decyzje chińskich władz, które zaostrzyły regulacje dotyczące lewarowanych zakupów akcji. Szacuje się, że nominalna wartość kredytów na zakup akcji sięga już 3-4 bilionów juanów (483-664 mld USD), co stanowi 5-7% PKB Chin!
Trwająca od lipca 2014 roku hossa w Szanghaju napędza jest przez miliony początkujących inwestorów indywidualnych, którzy kupują akcje na kredyt. Jest to klasyczna mania, porównywalna do końcówki lat 20. XX wieku w Stanach Zjednoczonych.
Część analityków uważa, że ostatnie spadki wywołane zostały falą ofert publicznych. Tylko w czerwcu chińskie spółki chcą pozyskać od inwestorów prawie 5 bilionów juanów (!). A w Państwie Środka chyba już każdy wie, że na IPO można tylko zarobić. I to niemało. Według danych Bloomberga akcje 144 tegorocznych debiutantów dały zarobić średnio 539%. Standardem jest sytuacja, gdy walory debiutującej spółki kilka sesji z rzędu drożeją o maksymalny dzienny limit.

K.K.




























































