Z punktu widzenia kredytobiorców problemem w chwili obecnej tak naprawdę nie są koszty kredytów - kredyty złotowe są już oprocentowane na poziomie bliskim kredytom w strefie euro, wyjątkiem incydentalnym jest frank szwajcarski. Prawdziwym problemem są szybko rosnące ceny nieruchomości z uwagi na ograniczoną podaż. Rząd proponując tzw. kredyty z dopłatą - vide kuriozalny projekt ustawy o finansowym wsparciu rodzin w nabywaniu własnego mieszkania - tylko przyczyni się do dalszego wzrostu popytu i niestety kolejnych wzrostów cen. Efekt będzie taki, że mieszkanie będzie jeszcze trudniej dostępne, a kredytobiorcy będą musieli bardziej się zadłużać. Prawdziwym rozwiązaniem jest więc uwolnienie gruntów, których brak w tej chwili głównie winduje ceny mieszkań - stanowi on już nawet 30 proc. ceny, a o tym jak na razie jest cicho. Zatrzymanie wzrostu cen pozwoliłoby zatrzymać niekorzystne zjawisko wydłużania się maksymalnego okresu kredytowania i zaciągania kredytów bez udziału własnego. Z punktu widzenia kredytobiorców ostatecznym rozwiązaniem problemu kredytów walutowych jest przyjęcie euro, co pozwoliłoby udzielać tanie 20, 30-letnie kredyty mieszkaniowe o stałych stopach procentowych. Takie rozwiązanie pozwoliłoby nie tylko unikać ryzyka walutowego, ale z góry określałoby naszą zdolność kredytową i zabezpieczałoby przed wahaniami stóp procentowych. Zwolennicy różnych cudownych pomysłów na kredytowanie mieszkań w Polsce zdają się jednak o tym zapominać i fundują kolejne stresy dla nabywców mieszkań.
dr Bogusław Półtorak, Bankier.pl




























































