REKLAMA

Polska projektankta w Niemczech: Życie tu nie składa się tylko z pracy [Tam mieszkam]

Malwina Wrotniak2016-06-17 09:32redaktor naczelna Bankier.pl
publikacja
2016-06-17 09:32
fot. Lidia Tirri / Materiały dla mediów

W Europie zrobiło się niedawno głośno za sprawą Polki, która wydała graficzny słownik dla uchodźców przyjeżdżających do Europy i nie znających tutejszych języków. Nam opowiada o 20 latach własnych doświadczeń w roli imigrantki w Niemczech.

– Życie tutaj nie składa się tylko z pracy albo z pogoni za nią, albo z wiązania końca z końcem. Pracując można dobrze żyć i zapewnić byt dzieciom oraz rodzinie – przekonuje w rozmowie z cyklu #TamMieszkam Gosia Warrink, która w Berlinie mieszka od 20 lat. Jak twierdzi, nigdy nie planowała emigracji do Niemiec, ale otrzymane niespodziewanie zagraniczne stypendium zamieniło się w pobyt na stałe. Dzisiaj projektuje, prowadzi własne wydawnictwo, organizuje wystawy swoich prac, jest wykładowcą na berlińskim Universität der Künste.

Ostatnio zrobiło się o niej naprawdę głośno za sprawą graficznego słownika „ICOON for refugees“. Polska designerka swoją wcześniejszą publikację dla turystów zaadaptowała na potrzeby coraz liczniej pojawiających się w Europie uchodźców.

Malwina Wrotniak-Chałada, Bankier.pl: W Polsce studiowałaś naukę o języku, w Berlinie jesteś projektantką, prowadzisz wydawnictwo. Jak do tego doszło? Emigracja - taki był od początku plan?

Gosia Warrink: Berlin się po prostu wydarzył. Nie planowałam tu przyjechać. Nawet nie starałam się o stypendium w Niemczech, które dostałam - zaproponowano mi je na drugim roku germanistyki za chyba nie najgorsze wyniki. Chętnie je przyjęłam. Ucieszyłam się, że to miał być właśnie Berlin, a nie Hamburg czy Monachium, które są pięknymi miastami, ale nie tak pachnącymi energią jak Berlin. Kiedy skończyłam germanistykę jako magister, nie zdecydowałam się, tak jak proponował mi mój profesor, na robienie doktoratu, tylko wybrałam drugie studia – design na Uniwersytecie Sztuk Pięknych w Berlinie (Universität der Künste Berlin). Później zaczęłam prowadzić w Niemczech własną działalność.

Wcześnie, więc pewnie nie bez problemów. I pewnie trudniej, niż byłoby dzisiaj?

Teraz w Niemczech bardzo łatwo założyć własną działalność. Wiele w tym zakresie zmieniło się na lepsze po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Ja zakładałam moją firmę przed osiemnastoma laty z niemieckim partnerem - to ułatwiło dużo spraw. Teraz (podobno) można formalnie założyć własną działalność, nawet nie mówiąc po niemiecku. Są osoby lub firmy, które w tym pomagają i wystarczająco znają się na papierkowych sprawach. Trzeba mieć też dobrego doradcę do spraw podatkowych, a oprócz tego wielką dyscyplinę. W Niemczech też nic nie przychodzi samo.

Wzięłaś więc sprawy w swoje ręce i żeby opublikować swój słownik ICOON po swojemu, założyłaś w Niemczech własne wydawnictwo. 

Tak, założyłam je w 2007 roku, właśnie pod kątem ICOON dla turystów. Był to dla mnie naturalny i logiczny proces, chociaż nie miałam doświadczenia w branży wydawniczej, tylko w designie.

Ten brak doświadczenia w zderzeniu z niemiecką rzeczywistością zabolał?

Okazało się, że wydawnictwa w Niemczech funkcjonują trochę inaczej, bo współpracują z dużymi hurtowniami książek. Te z kolei, ze względów administracyjno-logistycznych, wolą pracować z dużymi wydawnictwami mającymi wiele tytułów. Tym samym na początku odmówiono mi współpracy, bo miałam tylko jeden tytuł – swój ICOON. Zaczęłam więc od dystrybucji międzynarodowej, marketingu i PR-u. A potem okazało się, że popyt na ICOON-y, będący rezultatem wykonanej pracy marketingowej, niejako skłonił hurtownie do rozpoczęcia współpracy z małym wydawnictwem. Teraz książki sprzedają się na całym świecie. Wielkość to zatem nie wszystko.

Ostatnio w Polsce znowu stało się o Tobie głośno za sprawą słownika ICOON – tym razem z powodu jego zaktualizowanej wersji, przygotowanej z myślą o uchodźcach nie znających europejskich języków. W jaki sposób transformowałaś wydanie dla turystów na wydanie dla uchodźców?

Jak wiesz, słowniki do bezsłownej komunikacji za granicą wydałam po raz pierwszy w 2007 roku. Od tego czasu zwiedzają świat razem z podróżnikami, którzy zabierają je ze sobą, żeby w razie konieczności komunikacji na migi ułatwić sobie życie. Wielu ludzi, którzy znają moje słowniki, pomaga uchodźcom. Inni dowiedzieli się o nich na przykład z opublikowanego pod koniec sierpnia 2015 roku w telewizji RBB programu „Kowalski i Schmidt”. Po tej emisji posypała się lawina e-maili i telefonów z pytaniami, czy mogłabym udostępnić moje słowniki takim organizacjom, jak Czerwony Krzyż i prywatnym małym inicjatywom pomagającym uchodźcom. Około dwa tysiące książek oddałam jako dar, szybko zrozumiałam też, że to tylko kropla w morzu potrzeb i że słowniki muszą być dopasowane do potrzeb uchodźców.

Dokonywałaś zmian na wyczucie czy konsultowałaś się ze specjalistami opiekującymi się uchodźcami?

Konsultowaliśmy się z Czerwonym Krzyżem, humanitarnym „parasolem” organizacji charytatywnych Paritätischer Wohlfahrtsverband i wieloma prywatnymi opiekunami, którzy angażują się w tej kwestii i tak powstał „ICOON for refugees” jako słownik i aplikacja.

Pieniądze na projekt „ICOON for refugees“ zbierałaś, wykorzystując crowdfunding. Celem było 10 tysięcy euro, w efekcie zebrano ponad 23 tysiące euro. Pieniądze miały służyć sfinansowaniu dystrybucji?

Pieniądze zostały przeznaczone na produkcję słownika „ICOON for refugees“ i aplikacji oraz na dystrybucję książek. 30 tysięcy książek rozeszło się w ciągu niespełna dwóch tygodni. Jeszcze przed publikacją wiedzieliśmy, że moglibyśmy podwoić nakład i nie byłoby problemu ze zbytem książek.

Gdzie dokładnie trafiły nowe wydania ICOON?

Pierwsze wydanie trafiło zarówno do takich organizacji, jak Czerwony Krzyż, SOS Kinderdorf, Malteser czy Paritätischer Wohlfahrtsverband, jak i do małych inicjatyw, takich jak Pack a Bag czy Moabit Hilft i osób prywatnych, które przyjęły uchodźców, opiekują się nimi czy udzielają im lekcji niemieckiego.

Jakie kwestie związane z pieniędzmi można załatwić za pomocą ICOON?

Poszukać kantoru, wymienić walutę, wytłumaczyć, że zgubiło się pieniądze lub ktoś je nam ukradł. Ale też jak wydać pieniądze i na co.

Zajęłaś się tematem, który podzielił Stary Kontynent, w znacznej mierze dotykając też Niemiec. Na ile, w Twoim odczuciu, obecność uchodźców wpływa na codzienne życie mieszkańców Berlina?

Wiem, jak duże są obawy w innych krajach, również w Polsce, że duża liczba uchodźców zupełnie zmieni oblicze danego kraju czy kultury. Dużo mówi się na ten temat w mediach i wśród niektórych ludzi rośnie strach, chociaż sami nigdy nie spotkali prawdziwych uchodźców. Na pewno w okolicach centrów administracyjnych, gdzie w krótkim czasie zamieszkały duże grupy uchodźców sytuacja jest bardziej napięta, ale w obrębie całego miasta nie odczuwa się ich wpływu na życie mieszkańców. Proporcjonalnie do berlińczyków liczba uchodźców jest bardzo niewielka, sam problem uważam przeostrzony przez media i niektórych polityków.

Czytaj dalej: Wady i zalety życia w Niemczech »

Przeczytaj pierwszą część rozmowy »

Polskie pochodzenie kiedykolwiek wpłynęło na to, jak Ciebie odbierano w Niemczech?

Zawsze byłam dumna z tego, że jestem Polką. Stereotypy były i są, ale zazwyczaj nie odgrywają roli, jeśli włada się językiem kraju, w którym się mieszka, ma się tu pracę i wykształcenie. Do tej pory nie miałam nieprzyjemności, może za wyjątkiem urzędu dla obcokrajowców, w którym 20 lat temu musiałam przedłużać wizy. Ale to już na całe szczęście przeszłość.

W końcu trafiłaś do kraju, który chciałby szczycić się tolerancją. To cenisz w życiu w Niemczech?

Tolerancję i wolność - w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu. A do tego komfort życia, który polega na wyróżnieniu adekwatnym do osiągnięć zawodowych. Przez to życie nie składa się tylko z pracy albo z pogoni za nią, albo z wiązania końca z końcem. Pracując można dobrze żyć i zapewnić byt dzieciom oraz rodzinie. Mam wrażenie, że nie jest to oczywiste w innych krajach, w których pracuje się głównie po to, żeby zapłacić za mieszkanie albo za debety.

W jednym z wywiadów powiedziałaś, że uwielbiasz Berlin. Dziś, kilka lat później, podtrzymujesz to zdanie?

Berlin ciągle jeszcze jest moim ulubionym miastem, chociaż się zmienił. Niektóre zmiany były bardzo potrzebne, jak połączenie - także ze względów architektonicznych -  podzielonego miasta. Niektóre zmiany są nieuniknione, ale trochę smutne. Pewne dzielnice nie są już tak przemieszane pod względem mieszkańców, jak wcześniej: ludzie starzy, młodzi, z różnych krajów i różnych sfer społecznych, taki był Berlin-Mitte sprzed 20 lat. Teraz mieszkają tu głównie ludzie, których stać na to, żeby tu mieszkać.

Które dzielnice nadal można uznać za lokalizacje „na normalną kieszeń”?

Trochę się to zmienia. Jeszcze kilka lat temu to był Friedrichshain, teraz tam też jest trudno znaleźć tanie mieszkania, bo ceny się wyrównały. Kiedyś Berlin-Mitte było tańsze niż Charlottenburg, a teraz jest często odwrotnie. Zależy to też bardzo od miejsca w danej dzielnicy, bo na przykład Kreuzberg czy Prenzlauer Berg są już bardzo drogie i tylko w niewielu miejscach dostępne cenowo.

Są też dzielnice brzydkie lub nieciekawe i daleko od centrum, takie jak Marzahn czy Hellersdorf. Co z tego, że jest tam tanio, jeśli nie ma porównywalnej jakości lub jest bardziej niebezpiecznie. Przystępne mieszkania można jeszcze znaleźć na Weddingu, w Moabit, Lichtenberg lub - jeśli ma się szczęście - w popularnym wśród studentów Neukölln.

Wróćmy do sympatii wobec Berlina, bo nie wyjaśniłaś do końca, z czego ona wynika.

Berlin pulsuje życiem, cięgle się zmienia. Energię czuje się w powietrzu, a jednocześnie życie tu odczuwam jako mało stresujące - ale może ma to związek z moim osobistym, bardzo pozytywnym nastawieniem do życia.

Stolica Niemiec ma w porównaniu z Londynem, Nowym Jorkiem czy Paryżem dużo przestrzeni, zarówno w znaczeniu dosłownym, jak i przenośnym. Szerokie ulice, brak takich tłumów, jak w innych wielkich metropoliach, nie ma tu też takiego zawrotnego tempa na ulicy. Cenię sobie bezpieczeństwo i otwarcie na inne kultury. Na pewno dużo zależy też od dzielnicy, w której się mieszka. Ja od 18 lat mieszkam w Berlin-Mitte, w samym centrum. Jest to trochę mikrokosmos.

To znaczy?

Myślę o takim małym odczuwalnym „miasteczku” w obrębie dużego miasta, w którym zna się piekarza, sąsiada i panią od lat wychodzącą na spacer z tym samym psem, o tym, że nie odczuwa się wielkości skali całego miasta, tylko puls w danym miejscu jest mniejszy lub po prostu inny.

W tej pełnej skali miasto funkcjonuje dostatecznie sprawnie?

Berlin jest metropolią trochę nietypową. Jest tu dużo bardzo dobrze funkcjonujących rozwiązań, takich jak komunikacja miejska - często łatwiej i szybciej można dotrzeć gdzieś metrem (S-Bahn i U-Bahn) niż jechać samochodem czy taksówką, a przy tym jest to rozwiązanie bezpieczne.

Porównując tę berlińską sieć do na przykład tej w Los Angeles, która jest, ale się z niej nie korzysta, bo jest to zbyt niebezpieczne albo do tej w Londynie lub Paryżu, która jest, dobrze funkcjonuje, ale jest zatłoczona lub warszawską, która jest nowoczesna, ale działa w zupełnie innej skali, bo oferuje tylko kilka połączeń, jest to duża różnica.

Poza tym można się sprawnie poruszać po mieście rowerem, może nie tak, jak w Amsterdamie, ale też bardzo dobrze.

Jak na europejską stolicę, Berlin to dobre miasto do założenia rodziny? Oceń jako mama.

Berlin jest bardzo otwartą stolicą. Każdy styl i tryb życia jest tu tolerowany i znajdzie dla siebie miejsce. To wrażenie ma się już nawet mając psa, bo swojego czworonoga można tutaj zabrać do kawiarni czy sklepu.

Berlin ma bardzo dużo parków i zieleni, na każdym kroku są place zabaw dla dzieci. Nawet mieszkając w samym centrum, ma się pod ręką mnóstwo małych oaz. Za to bardzo uciążliwe jest znalezienie przedszkola, do tego trzeba mieć i szczęście, i cierpliwość.

Co jeszcze potrafi nie iść po myśli?

Nie wszystko jest tu rozwiązane „z głową” i nie wszystko powstaje sprawnie – popatrz na nowe lotnisko, którego budowa ciągnie się od lat i którego otwarcie stało się już obiektem żartów – a wszystko przez niedopatrzenia lub chałturnictwo niektórych firm zatrudnionych przy tym projekcie.

Czasami dużym wyzwaniem są turyści przyjeżdżający do Berlina tylko na wieczór kawalerski, bo alkohol jest tańszy niż w ich kraju, a że wielu z nich mieszka w prywatnych mieszkaniach wynajmowanych przez internet, w efekcie ma się taką hałasującą zgraję pod własnym domem.

Problemem jest też brak mieszkań do wynajęcia. Albo budowy na każdym kroku ciągnące się przez wieki. A w momencie zakończenia robót w jednym miejscu, krok dalej zaczynają się następne. A kiedy już wszystko zakończy się po pewnym czasie, po chwili wracają i wszystko zaczyna się od nowa, bo tym razem popsuł się inny rurociąg. W innych dzielnicach wyzwaniem są korki przy dojeździe do centrum. Natomiast wszystko to są odczucia bardzo subiektywne i związane z życiem w danej dzielnicy.

Rozmawiała Malwina Wrotniak-Chałada

Źródło:
Malwina Wrotniak
Malwina Wrotniak
redaktor naczelna Bankier.pl

Redaktor naczelna Bankier.pl. Autorka wielu publikacji z zakresu finansów, ukazujących się na łamach serwisu od 2008 roku. W przeszłości dziennikarz specjalizujący się w tematyce ubezpieczeń, doceniona Nagrodą Polskiej Izby Ubezpieczeń dla Środowiska Dziennikarskiego. Autorka emigracyjnych projektów "Tam mieszkam" i "Zawróceni", uhonorowana Nagrodą im. Macieja Płażyńskiego dla dziennikarzy i mediów służących Polonii. W 2016 r. wydała książkę "Tam mieszkam. Życie Polaków za granicą". Absolwentka studiów doktoranckich na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu.

Tematy
Otwórz konto dla firm i zyskaj do 1100 zł premii!

Otwórz konto dla firm i zyskaj do 1100 zł premii!

Advertisement

Komentarze (34)

dodaj komentarz
(usunięty)
(wiadomość usunięta przez moderatora)
~Rafael
To zacznij się oglądać za elitą z Chin lub innych krajów. Jest wiele nacji, które są bardzo atrakcyjne i na pewno polecą na takiego elitarnego pana jak Ty.
~Malwoid
Powiem tyle: rmigracja to viezki chleb. Kto zostaje w PL, ma dobrze...
~Ptv
Ciezko sie pozbyc tego SYFU z glowy, ktorym jest nasza narodowa zawisc. Heh....co jest najsmieszniejsze komentarze w wiekszosci patryiotow. Kochasz Polske, a swojemu rodakowi wsadzisz noz w plecy, bo odnosi sukcesy. Nie wazne gdzie. To jest wlasnie polski patryiotyzm. Brzydze sie ta zawiscia.
~Emigrant
Niestety to prawda. Cwaniastwo i chamstwo to domena naszych rodaków za granicą.
~vanessa32
zazdroszcze tej kobiecie....sama chciałabym tam zyc, mieszkac i nie miec tego piklea polskiego zycia.....zazdroszcze jej samego faktu, ze tak moze zyc.
~joker
pakuj się i won, jak się nie podoba, jeszcze kopa zapodam
nara
~EmigrantDE
Wcale nie jest tak lekko. Rodzina, przyjaciele zostają w kraju. Niemcy, poza wyższą pensją i relatywnie spokojnym trybem życia, mają naprawdę bardzo niewiele do zaoferowania. Pieniądze to nie wszystko - przychodzą i odchodzą...
~Emil
Ja jej zazdroszczę tylko tego, że ma pracę w której się spełnia.
A tak poza tym to nie chciałbym mieszkać w Berlinie. Niemcy są generalnie takie smutne. Berlin może imponować może bardziej brzydkiej i szarej Warszawie. Kraków bardzo ładne miasto, a i okolice bardzo bogato wyglądają. Małopolska mimo, że uchodzi
Ja jej zazdroszczę tylko tego, że ma pracę w której się spełnia.
A tak poza tym to nie chciałbym mieszkać w Berlinie. Niemcy są generalnie takie smutne. Berlin może imponować może bardziej brzydkiej i szarej Warszawie. Kraków bardzo ładne miasto, a i okolice bardzo bogato wyglądają. Małopolska mimo, że uchodzi za Pisostan, to jednak ma spory komfort życia i design domów poza zasięgiem przeciętnego Niemca. Tylko zarobki przydałyby się większe. A już w ogóle nie rozumiem tego, jak ludzie mogą kupować elektronikę droższą niż w DE i gorsze proszki (z tej samej cenie z fabryki w PL czy Rumunii). Jakby polsky konsumenci bardziej na to zwracali uwagę to by tej patologii nie było.

Powiązane: Tam mieszkam

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki