Przedsiębiorca przygodę z biznesem rozpoczynał od handlu owocami w małej kawalerce. Dziś jego firma zatrudnia przeszło 800 osób i notuje blisko pół miliarda przychodów rocznie. W 2014 roku do swojego portfolio dokupił markę Delecta a w tym roku nie wyklucza kolejnych przejęć i zapowiada wzrost obrotów.


Nazywają go „królem bakalii”. Za rok minie 25 lat od kiedy w niewielkiej kawalerce z kolegami ze studiów uruchamiał owocowy biznes. Marian Owerko, przewodniczący rady nadzorczej spółki Bakalland, właściciel marek Bakalland i Delecta, w rozmowie z Bankier.pl wspomina początki działalności i moment, w którym na koncie firmy pojawił się pierwszy milion zysku.

Grzegorz Marynowicz, Bankier.pl: Czy to prawda, że pierwsze kroki w biznesie stawiał Pan na studiach?
Marian Owerko: Tak rzeczywiście. Bakalland został założony w 1991 roku przez trzech studentów SGH. Pierwsze lata po 1989 roku były latami wolności gospodarczej. Ludzie tacy jak my byli „skazani na rozwój biznesu” w Polsce. Niektórzy tworzyli firmy dla wielkich międzynarodowych koncernów inni, jak my, zakładali swoją działalność gospodarczą. To były początki kapitalizmu w naszym kraju po… wojnie.
Początki były pionierskie, trudne, ale pełne entuzjazmu i determinacji. Rozpoczynaliśmy w 30-metrowej kawalerce kolegi i wspólnika. Jak dziś pamiętam adres: ul. Hynka 26. Potem nastąpiła przeprowadzka do prawdziwej fabryki przy ul. Burakowskiej. Zakład mieścił się w 3 nieużywanych wagonach kolejowych. Na starcie pracowaliśmy tylko ja i moi wspólnicy, od 1993 roku zatrudnialiśmy 3-4 osoby. Dla porównania dodam, że obecnie w Grupie Bakalland pracuje ok. 800 osób.

Skąd pomysł na działalność w branży spożywczej? Czy od początku były to bakalie?
Zaczęliśmy od świeżych owoców w opakowaniach detalicznych w oryginalnym opakowaniu. Po kilku miesiącach dodaliśmy do naszej oferty bakalie. Takie były sygnały ze strony sklepów, a i lokalizacja firmy na 1. piętrze nie była logistycznie przyjazna dla większych objętościowo owoców versus bakalie. Każdy dzień wyglądał podobnie. W nocy i nad ranem praca, a w dzień zajęcia na uczelni.
Finansowaliście Panowie swój biznes od początku z własnych środków?
Bakalland to rzeczywiście historia z cyklu „od zera do milionera”. Początkowy kapitał pochodził z naszych licealnych wojaży handlowych po Europie. W czasie wakacji jeździłem na wyprawy handlowe szlakiem pociągu Karpaty linii Warszawa – Praga – Budapeszt – Bukareszt – Sofia. Przez tydzień sprzedawaliśmy i kupowaliśmy. Zarabiałem wtedy 150 dolarów, to było kilkanaście średnich krajowych.
Pamięta Pan najtrudniejszy moment z początków działalności?
W 1993 roku nasza fabryka została doszczętnie okradziona z towaru, opakowań i sprzętu do produkcji. Straciliśmy cały nasz dorobek, wszystkie inwestycje. Pozycja w P&L, która nazywa się ubezpieczenia wtedy nie istniała. Teraz mam do niej dużo szacunku.
Skąd miał Pan know-how, doświadczenie niezbędne do rozpoczęcia działalności?
Nie pracowałem nigdy na etacie, ponieważ spółkę założyłem jako 21-letni student. W 1994 roku skończyłem Handel Zagraniczny na SGH, kierunek managerski. Doświadczenie zdobywałem wraz z rozwojem firmy – to taki Uniwersytet oparty o własne błędy, niestety troszkę droższy niż na przykład Stanford.
Czy trudno było o pierwszych klientów? A może rynek w tamtym czasie był tak chłonny, że ze sprzedażą nie było problemów?
Łatwo nie było, ale nie brakowało empatii i zrozumienia z naszej strony tym bardziej , że dopasowanie do potrzeb następowało błyskawicznie, bo codziennie był kontakt ze sklepami. Teraz kiedy prezes jakiejś firmy ma kontakt raz na miesiąc to jest megadużo; wtedy ja i moi wspólnicy mieliśmy po 20 wizyt dziennie. To co przeszkadzało, to młody wiek, więc często zapisywałem, co mam przekazać swojemu szefowi. Czyli często słyszałem: „Młody, przekaż k… swojemu szefowi, żeby coś tam, coś tam…”.
Dziś spółka Bakalland to duża firma. Do ilu krajów sprzedajecie swoje produkty i jakiej wysokości przychody spółka osiąga obecnie?
Jeżeli chodzi o produkcję, wszystkie nasze fabryki zlokalizowane są tylko w Polsce, ale sprzedajemy do ok. 40 krajów i ta skala cały czas się zwiększa. Obecnie Grupa Bakalland może się pochwalić kwotą 450 mln przychodów rocznie.
Pamięta Pan kiedy firmie udało się wypracować mityczny pierwszy milion zysku netto?
Jeśli dobrze pamiętam, to pierwszy milion zysku spółce udało się wypracować w roku 1996. Ile rodzajów produktów jest obecnie w ofercie spółki Bakalland?
W maju 2014 roku spółka poinformowała o przejęciu marki Delecta. Czy w nowy roku Bakalland szykuje się do kolejnych akwizycji? Czy spółka planuje wzrost zatrudnienia?
Interesuje nas zarówno rozwój organiczny jak i poprzez akwizycje. W tym roku nie wykluczamy akwizycji, które będą spełniać nasze kryteria. Wraz ze wzrostem przychodów oczywiście rosnąć będzie zatrudnienie.
Obecnie w naszym asortymencie posiadamy ok. 500 indeksów produktowych w dwóch głównych markach Bakalland i Delecta. Do tego dochodzą indeksy w produkowanych przez nas markach własnych. Marka Bakalland to lider rynkowy w kategoriach: bakalie, batony zbożowo – bakaliowe, masy do ciast. Marka Delecta to lider w kategoriach mieszanki do ciast i dodatki do ciast, a numer dwa w kategoriach głównych składników do ciast i kawy zbożowej. Wydaje mi się, a nawet jestem tego pewny, że obecna konstrukcja organizacji oznacza zdecydowane przyśpieszenie rozwoju nie tylko w w/w kategoriach.
Proszę powiedzieć na koniec, czy każdy może być przedsiębiorcą i odnieść sukces?
Nie każdy musi i umie być przedsiębiorcą. Nie każdemu się udaje, osobiście widziałem wiele porażek i osobistych dramatów, ale jak się uda – to później jest już super.
Dziękuję za rozmowę.





























































