W Europie Zachodniej już ok. 40 proc. wierzytelności w portfelu windykatorów to długi przez nich kupione od wierzycieli pierwotnych. 60 proc. to wciąż windykacja będąca usługą na rzecz wierzycieli. W Polsce te proporcje są zachwiane na rzecz świadczenia usług. Brak tu jednak dokładnych danych. Jeżeli chodzi o rynek wierzytelności masowych, będą się one zmieniać wraz ze zmieniającymi się regulacjami prawnymi. Pierwszym krokiem jest nowe prawo bankowe, które umożliwia już zlecanie windykacji na zasadzie outsourcingu, wkrótce zapewne również banki będą mogły odsprzedawać „złe długi”. Dziś np. dwa największe banki, czyli Pekao i PKO BP, nie wystawiają swoich wierzytelności do windykacji zewnętrznej. Sektory bankowy i telekomunikacyjny to zazwyczaj najwięksi partnerzy firm windykacyjnych. Jak zapewnia prezes Krupa, czerwcowa transakcja to tylko pierwszy krok w nowej strategii firmy polegającej właśnie na zakupach wierzytelności.
— Jest to naturalny obszar wzrostu dla firm sektora windykacji. Zakup wierzytelności ma w Polsce bardzo duże perspektywy rozwoju —uważa Dariusz Prończuk, przewodniczący rady nadzorczej Kruka i jednocześnie przedstawiciel głównego inwestora Enterprise Investors. Poza tym wierzytelności, które są własnością firmy windykującej, dają większe możliwości manewru przy negocjacjach z dłużnikiem. Korzyści mogą odczuć więc wszystkie strony: wierzyciel, bo od razu otrzymuje gotówkę, windykator, bo przyjmując większe ryzyko może liczyć na większy zysk, ale też dłużnik, który łatwiej dogada się z właścicielem wierzytelności, do tego profesjonalistą. Dłużnicy nie powinni obawiać się też tego, że windykator po wykupieniu długów stanie się bardziej agresywny w dochodzeniu roszczeń lub zacznie postępować niezgodnie z prawem. Duże firmy sprzedające długi zazwyczaj uważnie przyglądają się, komu je odstępują. Współpraca nie z jedną, ale kilkoma agencjami windykacyjnymi jest już dziś standardem. Klient, nawet niepłacący długów, jest dla nich nadal potencjalnym klientem. Tylko uczciwy windykator może więc liczyć na dalszą współpracę.
— W wielu przypadkach jesteśmy w stanie umorzyć 10-20, a czasem 30-40 proc. zadłużenia — twierdzi Maciej Rajmański, dyrektor operacyjny Kruka.
Wraz z zakupem tak dużego pakietu długów Kruk planuje powiększenie swojej sieci windykacji terenowej, a także rozbudowę call center oraz rozszerzenie funkcjonalności systemów informatycznych. Wszystkie te inwestycje są możliwe, ponieważ od maja ub.r. udziałowcem Kruka został największy w Polsce zarządca funduszy private equity, firma Enterprise Investors. Objęła ona 70 proc. udziałów w spółce, którą zasiliła kwotą 12 mln USD. W tym roku zarząd Enterprise Investors podjął decyzję o dokapitalizowaniu spółki kolejnymi 10 mln USD. Czy takie nakłady na firmę branży windykacyjnej są opłacalne? Według Dariusza Prończuka, tak. Rynek windykacyjny ma wciąż ogromne możliwości prowzrostowe i według szacunków powinien rozwijać się w tempie 15-20 proc. rocznie. Podobnie — na 20 proc. rocznego wzrostu wartości spółki — liczy Enterprise Investors. O dynamice rozwoju firmy świadczą ubiegłoroczne wyniki finansowe.
W 2003 r. firma zanotowała zysk netto w wysokości 7 mln zł, a przychody osiągnęły poziom ponad 32 mln zł, o 60 proc. więcej niż rok wcześniej. W 2003 r. Kruk odnotował 53-proc. wzrost wartości portfela obsługiwanych wierzytelności i 59-proc. wzrost wartości odzyskanych należności.
— Nasz tegoroczny zysk netto powinien wynieść 10 mln zł, przy przychodach prawie 60 mln — mówi Rafał Janiak, członek zarządu firmy.
Kruk, który stał się największą firmą rynku windykacyjnego, będzie konkurował przede wszystkim z polskimi przedstawicielami firm międzynarodowych, takimi jak Intrum Justitia czy Coface International. Za nimi stoi już duży kapitał i doświadczenie. Poza tym oferują one liczne dodatkowe usługi, jak wywiad gospodarczy czy ubezpieczenia kredytów. Rodzime firmy zapewne będą zmuszone poszukać własnych inwestorów, ewentualnie łączyć się ze sobą. Im szybciej to zrobią, tym lepiej, bo choć miejsca na rynku wierzytelności jest sporo (biorąc pod uwagę doświadczenia zachodnie może działać i kilkaset podmiotów), najwięksi opanują 90 proc. Małe firmy będą skazane na wąski i niezbyt zasobny rynek lokalny.
Michał Chmielewski
GAZETA FINANSOWA































































