Wielkimi krokami zbliża się pierwsze od dwunastu lat ogólnokrajowe referendum. Szkoda, że ten jeden z najważniejszych filarów demokracji bezpośredniej powraca w tak słabym stylu.
Podając za encyklopedią PWN, „w referendum pełnoprawni obywatele wypowiadają się w drodze głosowania powszechnego w sprawach o istotnym znaczeniu publicznym”. Zapis o nim znajduje się w 125 artykule konstytucji, który mówi, iż "W sprawach o szczególnym znaczeniu dla państwa może być przeprowadzone referendum ogólnokrajowe". Dobrym przykładem referendum decydującym o ważnej dla państwa kwestii było referendum akcesyjne przeprowadzone w 2003 roku, w którym obywatele wypowiedzieli się na temat przystąpienia Polski do Unii Europejskiej.
Podstawową kwestią, która zadecydowała o rozpisaniu nadchodzącego referendum, były jednomandatowe okręgi wyborcze. Pierwszym pytaniem, na które odpowiedzą obywatele, będzie więc „Czy jest Pani/Pan za wprowadzeniem jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej?”. Ordynacja jest oczywiście rzeczą ważną, co udowodniły wyniki tegorocznych wyborów do brytyjskiego parlamentu. Tam, właśnie za sprawą JOW-ów, doszło do następującej sytuacji: Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, która uzyskała 12,6% głosów, otrzymała tylko jedno miejsce w Izbie Gmin, podczas, gdy Szkocka Partia Narodowa z łączną liczbą 4,7% głosów uzyskała aż 56 mandatów.
Poseł niby musi, ale nikt go nie zmusi
Warto jednak zauważyć, że kwestię ordynacji porusza IV rozdział Konstytucji RP, którego brzmienie może zmienić jedynie Sejm większością co najmniej 2/3 głosów. Ewentualne "tak" dla JOW-ów skutkowałoby jedynie zobowiązaniem dla właściwych organów państwowych do podjęcia działań, mających na celu realizację wiążącego wyniku referendum.
Takim działaniem mogłoby być złożenie przez prezydenta wniosku o zmianę konstytucji. To jednak Bronisław Komorowski uczynił już w maju. Projekt musi jeszcze m.in. zostać przegłosowany przez parlament, jednak jak wskazują konstytucjonaliści (np. prof. Winczorek) "nie istnieją żadne konsekwencje związane z niepodjęciem przez owe organy działań w kierunku realizacji rozstrzygnięcia referendalnego". Najprawdopodobniej posła do głosowania na "tak", bądź obecności na sali (głosowanie nad zmianą konstytucji wymaga kworum) nic nie zmusi. Istnieje zatem spore ryzyko, że odpowiedź społeczeństwa nie będzie miała najmniejszego znaczenia.
Odpowiedź, która nic nie mówi
Prezydent Bronisław Komorowski zawarł jednak w referendum także dwa inne pytania. Pierwsze z nich dotyczy równie palącej kwestii – finansowania partii z budżetu państwa. Obywatele odpowiedzą na pytanie: „Czy jest Pani/Pan za utrzymaniem dotychczasowego sposobu finansowania partii politycznych z budżetu państwa?”.
Załóżmy, że jedna osoba chce całkowitego zniesienia finansowania partii z budżetu, a druga chce, aby 50% pieniędzy z kieszeni każdego obywatela było przeznaczane na działalność partii. Jak powinni zagłosować? Obaj zagłosują na „nie”. Wprawdzie każdy z nich myśli w zupełnie inaczej, jednak obaj są za zmianą - a tego właśnie dotyczy pytanie.
Jedynym wnioskiem płynącym z "nie" jest konieczność zmiany systemu finansowania, ale referendum nie wyjaśni, w którą stronę ta zmiana powinna nastąpić. Nawet jeżeli założymy, że rzeczywiście głosujemy za ograniczeniem finansowania z pieniędzy obywateli (co nie jest wprost powiedziane), to w referendum nie ma przedstawionej żadnej alternatywy dla obecnego systemu. Jaką więc gwarancję ma głosujący, że będzie to zmiana na lepsze?
Gromkie „tak”, czyli po co pytać?
Teoretycznie najsensowniej postawionym pytaniem wydaje się ostatnie, a więc „Czy jest Pani/Pan za wprowadzeniem zasady ogólnej rozstrzygania wątpliwości co do wykładni przepisów prawa podatkowego na korzyść podatnika?”. Należy jednak przypomnieć, że zasada ta jest już do prawa wprowadzana. Ustawę dotyczącą zmiany w ordynacji podatkowej w sierpniu rzutem na taśmę podpisał zresztą sam Bronisław Komorowski.
Dodatkowo można w ciemno założyć, że obywatele rękami i nogami zagłosują na "tak". Zasadność zadania tego pytania budzi wątpliwość. Sama sprawa zresztą nie jest dla narodu aż tak paląca jak niektóre inne kwestie. Odnieść próbował się do tego prezydent Duda, jednak ciężko było nie dostrzec nieścisłości, a także politycznego interesu także w zaproponowanych przez niego pytaniach.
Referendum - ważne czy nie?
Najprawdopodobniej jednak fakt, że wrześniowe referendum jest pełne nieścisłości i ma mało wspólnego z referendum w rozumieniu ustawy, post factum będzie mało istotny. Aby mogło ono nieść za sobą jakiekolwiek prawne konsekwencje, wymagana jest bowiem odpowiednia frekwencja. Artykuł 66 ustawy o referendach mówi, że "Wynik referendum jest wiążący, jeżeli wzięła w nim udział więcej niż połowa uprawnionych do głosowania". A warto dodać, że do tej pory w historii III RP na cztery referenda tylko jedno przekroczyło ów próg (wspomniane referendum akcesyjne z czerwca 2003 roku). Jest więc duża szansa, że referendum okaże się jedynie drogim, wartym 100 mln zł, sondażem opinii publicznej.
Przeczytaj także
Nie można jednak zapominać, że w demokracji referendum jest bardzo ważną instytucją. To jedna z niewielu okazji, kiedy obywatele mogą bezpośrednio zadecydować w jakiejś ważnej dla swojego kraju kwestii. Rozwinięte społeczeństwa obywatelskie – tu za przykład może uchodzić choćby Szwajcaria – z takich okazji korzystają systematycznie. Ostatnimi czasy Helweci mogli się wypowiedzieć m.in. na temat powrotu do standardu złota, płacy minimalnej czy zaostrzenia polityki imigracyjnej. Szkoci z kolei blisko rok temu w referendum decydowali o swojej niepodległości.
Z tego punktu widzenia należy cieszyć się, że w Polsce ogólnokrajowe referenda zostały „odkurzone” i powróciły do łask po dwunastoletnim niebycie. Szkoda tylko, że powrót ten odbywa się w takim słabym stylu. Obywatele bowiem, gdy zobaczą, że coś nie działa bądź jest bublem, mogą się łatwo do tego zniechęcić.


























































