W normalnym długopisie tusz na zasadzie grawitacji spływa do kulki i możemy pisać. Ale w przestrzeni kosmicznej, w warunkach nieważkości, klasyczny długopis by nie zadziałał. Gdy ruszały loty załogowe, rozpisano projekt właśnie na taki specjalny kosmiczny długopis. Rosjanie oczywiście w tamtym czasie stanęli przed analogicznym problemem. Tyle, że inaczej ten problem postawili. Nie interesowało ich, jaki nowy mechanizm długopisu trzeba tu zastosować. Chodziło o to, jak po prostu pisać w warunkach nieważkości. Oczywistym rozwiązaniem stał się zwykły ołówek.
Brzmi to może prześmiewczo, ale zagadnienie jest nader poważne. Jeśli źle zdefiniujemy problem, konsekwencje mogą okazać się przerażające. W latach siedemdziesiątych międzynarodowe organizacje, starając się pomóc mieszkańcom wiejskich, słabo zaludnionych terenów w krajach Trzeciego Świata, rozpoczęły projekt budowy studni. Przez następne 20 lat wybudowano około 10 milionów takich prostych studni, by zapewnić tamtejszym mieszkańcom dostęp do wody pitnej. Projekt ten ze szczególnym rozmachem realizowano w Bangladeszu i przez wiele lat był on symbolem niebywałego sukcesu i sprawności działania organizacji pomocowych. Aż do lat osiemdziesiątych. Wtedy to lekarze operujący w tym rejonie odkryli u miejscowej ludności wiele przypadków zatrucia toksycznymi związkami arsenu. Okazało się, że liczba zakażeń wzrastała proporcjonalnie do ilości budowanych studni. Nie chodziło o zwykłe zatrucie. Badanie opublikowane w piśmie medycznym "Lancet" wskazuje, że połowa mieszkańców Bangladeszu pije wodę, w której stężenie arsenu przekracza normę, powodując nowotwory, cukrzycę oraz choroby układu krążenia. Skala problemu jest 50 razy poważniejsza niż Czarnobyl, ale przyciąga 50 razy mniej uwagi - zauważa Richard Wilson, emerytowany profesor fizyki z uniwersytetu Harvarda.
Z publikacji wynika, że jedna piąta zgonów w tym kraju jest spowodowana właśnie toksycznymi związkami arsenu. Jedna czwarta spośród 4,8 miliona zbadanych studni jest obecnie skażona w stopniu uważanym za niebezpieczny.
Co gorsza, zatrucie związkami arsenu często przebiega w sposób niezauważalny, bo nie występują żadne dolegliwości, poza charakterystycznymi plamami i śladami na skórze.
Realizując ten ogromny projekt nie zadano sobie trudu, by przebadać wody gruntowe. A przecież nie chodziło o to, by jak największej ilości osób zapewnić dostęp do wody, ale by zapewnić dostęp do wody bezpiecznej i zdrowej. A to zasadnicza różnica. Organizacje odpowiedzialne za tę kampanię nie nauczyły się zbyt wiele na tym projekcie. Gdy w latach dziewięćdziesiątych próbowano ratować sytuację, popełniono kolejne błędy. Akcja edukacyjna i akcja oznaczania „zdrowych” studni na zielono, a zatrutych na czerwono znowu stała się przykładem źle postawionego problemu, bez właściwej analizy. Bo oto rodziny mieszkające w pobliżu czerwonych studni zostały napiętnowane społecznie, często nawet były wykluczane, jako naznaczone, zaś w bardzo wielu przypadkach dochodziło do przemalowywania oznaczeń studni i sprzedaży wody zatrutej jako wody rzekomo pochodzącej z zielonych studni. Przemalowywanie oznaczeń było też często aktem rozpaczy po stronie rodzin w ten sposób „naznaczonych”.
W jednej ze swoich książek Edward de Bono - ekspert w zakresie kreatywnego rozwiązywania problemów, przytoczył pewna anegdotę. Opowiadał, jak to jeden z profesorów Oxfordu wybrał się pewnego razu na przyjęcie do Londynu. Mieszkał na terenie college’u, gdzie bramy zamykają o północy. Koledzy na imprezie poradzili mu, żeby wracając po prostu przeskoczył przez podwójny mur okalający college. Jeden miał być wysoki, ale drugi już trochę niższy. Profesor wyszedł z imprezy o 3 nad ranem. Doszedł do college’u, wspiął się na pierwszy mur, zeskoczył po drugiej stronie, przeszedł kawałek, natknął się na drugi mur, który był równie wysoki, wspiął się na niego i również zeskoczył. Jakież było jego zdziwienie, gdy okazało się, że jest znów na łące na zewnątrz. Gdy zbadał dokładnie sytuację okazało się, że wspiął się dwa razy na ten sam mur, ścinając róg. Pojąwszy swój błąd, zaczął wszystko od początku. Tym razem dokładnie sprawdził drugi mur. Znalazł w nim kutą bramę, po której znacznie łatwiej było się wspiąć. Już tkwił na górze i szykował się do zeskoku, gdy brama otworzyła się z wolna poruszona jego stopami. Nie była zamknięta na klucz...
Biegłość we wspinaniu się na mury nie zapewnia sukcesu. Trzeba się najpierw upewnić, czy się przełazi przez właściwy mur!
/Wymiatacze.pl
Zobacz też:
» Sztuka tworzenia wspaniałych produktów
» O konfliktach w projekcie (także unijnym)
» Bank pomoże przedsiębiorcy rozwiązać problem urzędowy
» Sztuka tworzenia wspaniałych produktów
» O konfliktach w projekcie (także unijnym)
» Bank pomoże przedsiębiorcy rozwiązać problem urzędowy





























































