Luty przyniósł dalszy spadek nastrojów w niemieckim biznesie. Mierzący opinie ok. 7000 menedżerów indeks IFO znalazł się na najniższym poziomie od grudnia 2014 roku, co źle wróży przyszłej koniunkturze gospodarczej u najważniejszego partnera handlowego Polski.


Indeks IFO w lutym odnotował spadek do 98,5 pkt. z 99,3 pkt. w styczniu. To najniższy wynik od ponad 4 lat oraz rezultat słabszy od oczekiwanych przez rynek 99 pkt. To także szósty z rzędu spadek tego wskaźnika postrzeganego jako wiarygodny barometr koniunktury gospodarczej w Niemczech.
Niepokojące jest nie tyle pogorszenie oceny bieżącej sytuacji biznesowej – bo o tym wiemy od przeszło pół roku – ale przede wszystkim dalsza obniżka subindeksu oczekiwań, który w lutym osiągnął najniższą wartość od listopada 2012 roku. A więc od czasu, gdy europejska gospodarka była pogrążona w recesji, w strefie euro szalał kryzys finansowy i występowało poważne ryzyko niewypłacalności Włoch i Hiszpanii.
Drugą złą wiadomością jest fakt, że kryzys zaczyna rozlewać się poza sektor przemysłowy, który był główną przyczyną spowolnienia gospodarczego w drugiej połowie 2018 roku i wciąż nie doszedł do siebie. Ostre pogorszenie nastrojów odnotowano także w sektorze usług, handlu oraz w budownictwie, które jeszcze niedawno znajdowało się w fazie boomu.
Po roku spadków „miękkie” wskaźniki koniunktury w Niemczech znalazły się już na tak niskich poziomach, że kwestią nie jest to, czy będzie gorzej, tylko to, jak bardzo będzie źle. Nasi zachodni sąsiedzi balansują na krawędzi regularnej recesji, która nie jest jeszcze przesądzona. Większość ekonomistów i uczestników rynków finansowych wierzy, że kłopoty niemieckiej gospodarki są przejściowe i podobne do tych z drugiej połowy 2014 roku. Jeśli jednak wskaźniki takie jak IFO czy PMI nadal będą maleć, to trzeba będzie na poważnie rozważyć możliwość regularnej recesji nie tylko w Niemczech, ale też w całej Europie łącznie z Polską.

Krzysztof Kolany


























































