Bank Handlowy zatrudnia teraz niewiele mniej pracowników niż pod koniec 2000 roku. Wydawać by się mogło, że to żadne osiągnięcie, jednak przez te półtora roku do struktur Handlowego włączono najpierw pracowników Citibanku, a później bank zdołał pozbyć się tylu osób, ile zatrudniało polskie Citi. Zapowiedziane pod koniec ubiegłego roku zwolnienia grupowe dobiegają końca. Z 6,2 tysiąca pracowników w czerwcu br. zostało już tylko 4,8 tysiąca. Handlowy jest w polskich warunkach skrajnym przykładem tego, co dla pracowników mogą oznaczać fuzje i przejęcia w ich bankach. Zwolnienia następowały jednak nie tylko przy każdym dużym połączeniu, choć w ostatnich dwóch latach mieliśmy ich wyjątkowo dużo.
Niedawno ograniczenie liczby pracowników – i to przez raczej rzadko wykorzystywane w krajowych bankach zwolnienia grupowe – zapowiedział BRE Bank. Pracę ma stracić do 500 osób, około 17 proc zatrudnionych. O tym, że decyzja o redukcji etatów była nagła, przekonuje fakt, że jeszcze w pierwszej połowie roku bank zatrudnił kilkaset osób: przez pierwszych sześć miesięcy liczba pracowników zwiększyła się tam o 8 procent. Nowych ludzi szukano głównie do bankowości detalicznej, a ponieważ w planach jest przeniesienie mBanku razem z pracownikami do Banku Częstochowa, zatrudnienie w samym BRE zmniejszy się o więcej niż pół tysiąca ludzi. BRE ma już doświadczenie w redukcji zatrudnienia. Gdy przed czterema laty przejmował Polski Bank Rozwoju dublowanie się stanowisk nie należało do rzadkości. W takiej sytuacji zwolnienia były oczywiście koniecznością.
Państwowa restrukturyzacja
Z perspektywy wszystkich banków komercyjnych znaczące byłyby dopiero duże zwolnienia w PKO BP. Dyscyplina w polityce zatrudnienia panuje tam już od kilku lat. W tym roku ma odejść z banku 600 osób, przy czym w większości następuje to w sposób niewymuszony: ludzie odchodzą na emerytury albo znajdują bardziej atrakcyjną pracę. Według Leszka Zioło, rzecznika PKO BP, zwolnień nie ma nawet przy większych zmianach w organizacji banku. Gdy niedawno rzeszowski oddział regionalny został połączony z lubelskim, według zapewnień rzecznika, nikt nie stracił przez to pracy. Dodatkowo „przynajmniej do końca tego roku nie będzie zwolnień grupowych”. Przyszłość zależy od tego, co zostanie zapisane w nowej strategii banku, która ma być opracowana do końca września. To od niej zależy w dużej mierze, czy spełni się prognoza przedstawiona kilka lat temu przez Hannę Gronkiewicz-Waltz, wówczas szefową NBP, że w krajowych bankach pracuje o 50 tysięcy ludzi za dużo.
PKO BP to bank należący do państwa, gdzie zwolnienia na dużą skalę mogłyby się stać wręcz problemem politycznym. Ale spore redukcje kadr ma za sobą również państwowy Bank Gospodarki Żywnościowej. W ciągu kilku lat liczba pracowników zmniejszyła się o prawie jedną czwartą. Teraz na 7,3 tysiąca etatów pracuje tam 7,5 tysiąca osób. Częściowo były to proste rezerwy – na zewnątrz przeniesiono służby pomocnicze. Ochroną zajmuje się spółka należąca do banku, na sprzątanie bank podpisuje umowy z osobami prowadzącymi działalność gospodarczą. Barbara Petz, dyrektor zarządzający ds. organizacji, mówi, że bank stara się wykorzystywać również wcześniejsze emerytury dla kobiet, zachęcając je do odejścia odprawą nieco większą od wynikającej z przepisów. To jednak nie koniec zwolnień w BGŻ. Przez najbliższe dwa lata odejdzie stamtąd około tysiąca ludzi, głównie pracowników zaplecza w oddziałach.
Dyrektor Petz mówi też o uelastycznieniu polityki zatrudnienia w BGŻ. Coraz więcej ludzi pracuje na niepełny etat. Dzięki temu mają oni jakieś zabezpieczenie, a bank jest w stanie bardziej efektywnie reagować na zmieniające się warunki na lokalnych rynkach. Ponadto te osoby, które odchodzą z banku, mogą liczyć na to, że jeśli sytuacja się poprawi i zwiększy się skala działania ich oddziału, BGŻ zaproponuje im powrót do pracy, zanim zacznie szukać nowych ludzi.
Niekoniecznie grupowo
Pod względem pewności zatrudnienia państwowe banki wyraźnie górują na tymi, które niedawno sprywatyzowano. Choć i w Pekao, i w Banku Przemysłowo-Handlowym (od kilku miesięcy działającym wspólnie z Powszechnym Bankiem Kredytowym), a nawet w Banku Zachodnim (połączonym ponad rok temu z Wielkopolskim Bankiem Kredytowym) kupujący akcje od państwa inwestorzy zagraniczni podpisywali umowy techniczne, gdzie jednym z warunków było powstrzymanie się od zwolnień grupowych, obecny poziom zatrudnienia w tych bankach jest wyraźnie niższy niż przed kilkoma laty.
W Pekao w końcu 1999 roku pracowało prawie 24,5 tysiąca ludzi, zaś w czerwcu tego roku 17,4 tysiąca. W bankach, które dziś tworzą BZ WBK dwa i pół roku było 11 tysięcy etatów, teraz ma tam zatrudnienie 9,6 tysiąca osób. Na początku tego roku bank ogłosił np. zwolnienie 300 pracowników z centrali we Wrocławiu i Poznaniu. Po fuzji trzeba było zareagować na dublowanie się stanowisk, ale wśród wyjaśnień, jakie przekazał bank, znalazła się zarówno trudna sytuacja gospodarcza, jak i wprowadzenie nowego systemu informatycznego. BPH i PBK z ponad 15 tysięcy etatów w końcu 1999 roku w końcu ubiegłego roku zostało niewiele ponad 13 tysięcy. To była restrukturyzacja przed fuzją. Po połączeniu banków z Krakowa i Warszawy na ten rok zapowiadano zwolnienie dalszych 2,3 tysiąca osób.
Prywatny BIG Bank Gdański dokonał zwolnień grupowych w ubiegłym roku, po przyłączeniu zależnego od siebie BIG Banku. Przewidziano, że pracę straci 900 osób. Były to drugie zwolnienia grupowe w BBG – pierwsze miały miejsce po fuzji Banku Inicjatyw Gospodarczych z Bankiem Gdańskim. Wtedy przez dwa lata zwolniono 1,5 tysiąca pracowników.
Kto się rozwija
Do wyjątków należą natomiast banki, które inwestują i chcą zatrudniać nowych pracowników. Przez kilka ostatnich lat taka sytuacja miała miejsce w Lukas Banku oraz w Banku Pocztowym. W końcu minionego roku żaden z nich nie zatrudniał jednak więcej niż 1,5 tysiąca ludzi. Ubiegły rok przyniósł znaczny wzrost liczby pracowników Kredyt Banku, gdzie jednak poza rozwojem sieci przyrost był skutkiem przejęcia działalności i placówek dawnego zależnego od KB Prosper Banku.
Powiększanie sieci nie oznacza jednak, że banki poszukują do pracy osób z wykształceniem typowo bankowym. Nie od dziś wiadomo, że w takich wypadkach liczy się umiejętność sprzedawania produktów. Ludzie od konstruowania nowych i ulepszania starych produktów pracują już w centralach. Wysokiej klasy specjaliści również nie są bez szans – przypadki ”nowego startu”, jak w Danske Bank (dawniej Pol-Can Banku), czy Dresdner Banku Polska należą jednak do rzadkości.
Łukasz Wilkowicz


























































