„Wszyscy jesteśmy teraz bykami” - sparafrazował (nie)sławny bon mot prezydenta Nixona Ed Yardeni, przywołując dane o rekordowym odsetku inwestorów wierzących w kontynuację hossy na Wall Street. Tylko kto w takim razie będzie kupował rekordowo drogie akcje?


Pod koniec kwietnia iloraz odsetka giełdowych „byków” (czyli inwestorów obstawiających wzrost cen akcji) względem „niedźwiedzi” (czyli grających na spadki) w ankiecie Investor Inteligence sięgnął 4,13. To jeden z najwyższych odczytów w historii tego wskaźnika. Większy optymizm niż obecnie panował tylko przed krachem w roku 1987.
Ed Yardeni sparafrazował Nixona: "Wszyscy jesteśmy teraz bykami". Nixon stał się keynesistą po bankructwie USA w 1971 pic.twitter.com/y0QVwwfe6c
— Krzysztof Kolany (@kkolany) maj 4, 2015
Ed Yardeni „wygładził” ten bardzo zmienny wskaźnik 52-tygodniową średnią kroczącą i w ten sposób doszedł do konkluzji, że optymizm inwestorów z Wall Street jest najwyższy od przynajmniej 27 lat. Teoretycznie jest to silny wskaźnik kontrariański – bo skoro „wszyscy” są już zapakowani w akcje, to kto będzie kupował? I to w dodatku po rekordowo wysokich cenach i przy bardzo wyśrubowanych wycenach (C/Z powyżej 20).
Tyle że taki stan skrajnego „przebyczenia” (ang. overbullish) rynku trwa od końcówki 2013 roku, a mimo to ceny akcji cały czas rosną i ani myślą spadać. Od trzech lat indeks S&P500 nie zaliczył ani jednej porządnej korekty, rozumianej jako spadek o przynajmniej 10% od ostatniego szczytu.
Kto kupuje rekordowo drogie akcje w USA? Amerykańskie korporacje w 2015 na akcje wydadzą rekordowe 604 mld USD pic.twitter.com/tujwMpAuF7
— Krzysztof Kolany (@kkolany) maj 4, 2015
Kto zatem kupuje amerykańskie akcje? Być może największym kupującym są... amerykańskie korporacje. Według prognoz Goldman Sachs w tym roku padnie rekord buybacków (programów skupu akcji własnych), na które spółki z indeksu S&P500 wydadzą 604 mld dolarów. To o 90 mld USD więcej niż w 2014r. i więcej niż w roku 2007. Do tego doliczmy ponad 400 mld USD w oczekiwanych dywidendach i mamy ponad bilion dolarów na zakup drogich akcji.

Być może obecna hossa przejdzie do historii jako „bańka korporacyjna”, finansowana przez same spółki, lewarujące się po rekordowo niskim koszcie dzięki Fed-owi i innym bankom centralnym. Prezesi amerykańskich korporacji wolą wypłacić pieniądze akcjonariuszom i podbić notowania akcji (czytaj: własnych premii), zamiast inwestować i zatrudniać pracowników. Mało kto zauważa, że w ten sposób podcinają gałąź, na której siedzą wraz z całą globalną gospodarką.



























































