Prezydenckie weto do ustawy o kryptoaktywach wywołało polityczną burzę. Czy branża rzeczywiście stała się zakładnikiem rosyjskich służb i prania pieniędzy, czy może jest tylko wygodnym pretekstem w walce o wpływy? O kulisach legislacyjnego paraliżu, politycznym sporze o kryptowaluty i ucieczce kapitału na Łotwę rozmawiamy z prof. Krzysztofem Piechem.


Michał Misiura, Bankier.pl: O co właściwie chodzi w tej całej politycznej przepychance wokół ustawy o kryptowalutach? Zaskoczył Pana fakt, że prezydent zawetował ją po raz drugi?
Prof. Krzysztof Piech: Branża spodziewała się weta. Skoro prezydent wcześniej uznał ustawę za niezgodną z Konstytucją, nie mógł postąpić inaczej, bo zgodnie z art. 126 Konstytucji stoi na jej straży. Ponowne skierowanie tego samego projektu do parlamentu było zagraniem bez precedensu i najwyraźniej nie chodziło o to, by ustawa przeszła. Rozgrywano inne rzeczy w tle.
Jakie?
Spójrzmy prawdzie w oczy: w tej sprawie wcale nie chodzi o kryptowaluty. Ten temat stał się jedynie wygodnym pretekstem do walki o faktyczny, a nie tylko papierowy podział władzy w kraju - zarówno na linii prezydent - rząd, jak i wewnątrz koalicji. Prezydent zaczął prowadzić bardzo asertywną politykę, akcentując swoją rolę poprzez weta. Jeśli jednak wczytamy się w uzasadnienia tych decyzji, zobaczymy tam często solidną argumentację, na którą w ferworze walki nikt nie zwraca uwagi. Prezydent wytyka zaniedbania strony rządowej na etapie tworzenia prawa. To walka o to, czy głowa państwa ma być włączana w proces legislacyjny wcześniej, czy ma tylko pełnić funkcję “notariusza”.

Czyli w przypadku ustawy o rynku kryptoaktywów argumenty prezydenta były zasadne?
Zdecydowanie tak. Niezależnie od tego, czy ktoś lubi branżę krypto, czy nie, ta ustawa w wielu miejscach nie dość, że łamała prawo unijne, to mogła łamać również naszą Konstytucję, nie mówiąc o tym, że jest bardzo niekorzystna dla rynku i polskiej gospodarki. Więc tak naprawdę zarzutów można byłoby sformułować sporo. Nasza ustawa była najbardziej restrykcyjna w Europie.
Wróćmy jeszcze na moment do początku. Wspomniał Pan, że ta ustawa była polem walki o podział władzy w koalicji.
Tak, z nieoficjalnych źródeł wiemy, że w trakcie styczniowego przesilenia koalicja musiała codziennie liczyć, czy w ogóle ma większość w Sejmie. Jedna poprawka do ustawy o kryptoaktywach przeszła przez Sejm, przez połączone komisje sejmowe, a następnie Sejm dzięki egzotycznemu porozumieniu Polski 2050, Konfederacji i PiS odrzucił poprawkę Senatu, czyli de facto rządu. To pokazało, że Polska 2050 walcząc o przetrwanie, może chcieć się wyróżnić na scenie politycznej, docierając do młodszej, wolnorynkowej części społeczeństwa i chcieć procedować pewne projekty niezależnie od woli Koalicji Obywatelskiej.
Minister Andrzej Domański stwierdził, że weto prezydenta to “wzięcie politycznej odpowiedzialności za straty oszukanych Polaków”. Mocne słowa.
To nieczysty argument, który nie ma nic wspólnego z realiami. Oszuści działają od lat - podszywają się pod strony internetowe, dzwonią do ludzi, wyłudzają dane. Jeśli pan minister uważa, że to kwestia braku jednej ustawy, to kto brał odpowiedzialność za straty Polaków przez ostatnie miesiące? Albo za afery GetBack czy Cinkciarza? Nasz wymiar sprawiedliwości i służby strukturalnie nie radzą sobie z dużymi aferami finansowymi. Ustawa o kryptoaktywach nie sprawi, że oszuści znikną. Nadzór finansowy będzie dotyczył uczciwych firm, a oszustów i tak trzeba ścigać metodami policyjnymi.
W debacie publicznej pojawiały się argumenty o “rosyjskich śladach” i finansowaniu dywersantów przez kryptowaluty. Czy ta ustawa mogłaby temu zapobiec?
To nadużycie. Ta ustawa miała nadzorować firmy zarejestrowane w Polsce. Tymczasem w jednym z ostatnich nagłośniowych przypadków rosyjscy dywersanci korzystali z giełdy kryptowalut zarejestrowanej na Malcie. Co polska ustawa ma do firmy z Malty? Albo czy ona powstrzyma rządowych hakerów z Korei Północnej, którzy są utrapieniem wielu giełd kryptowalutowych? Oczywiście, że nie. To granie na emocjach. Polacy boją się zagrożenia ze strony Rosji, a z badań naukowych nad emocjami społecznymi wynika, że strach dość łatwo można wykorzystać do podniesienia zaufania do rządu, bo społeczeństwo potrzebuje bezpieczeństwa. A wtedy, zwłaszcza gdy ludzie nie rozumieją nowoczesnych technologii i innowacji, można mu narzucić narrację, że są one zagrożeniem. To przypomina sytuację z internetem sprzed 30 lat - wtedy też słyszeliśmy, że to tylko piractwo i pornografia. Część polityków uznała to za wdzięczny temat, by uderzyć w prezydenta i próbować podważyć jego uczciwość ze względu na dawne kontakty z pewnymi grupami osób. Gdyby zamiast kryptowalut podstawić inne, równie emocjonalne słowo, sytuacja wyglądałaby podobnie.
Dla porządku przypomnijmy, że uregulowanie rynku kryptowalut nie jest polskim pomysłem. Decyzję podjęła Unia Europejska. Jej rozporządzenie MiCA zaczęło obowiązywać w całej wspólnocie z końcem 2024 roku. Do tego czasu państwa członkowskie miały obudować je własnym prawem - wyznaczyć nadzorcę rynku, opłaty i kary. Jest 2026 rok, a my jako jedyni nadal tego nie zrobiliśmy. Co się stało?
To jest fascynujące, bo w 2018 roku byliśmy w europejskiej czołówce we wdrażaniu przepisów o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy w krypto. Reszta Europy dogoniła nas dwa lata później. Przy ustawie o kryptoaktywach konsultacje ruszyły wiosną 2024 roku i wydawało się, że projekt trafi do parlamentu w wakacje. Zamiast tego temat nagle ucichł. Przez miesiące nic się nie działo, potem była kolejna runda konsultacji, na którą nie zaproszono już branży. Później wycięto z projektu domy maklerskie, wprowadzono najbardziej restrykcyjne kary w Europie. Ustawa stała się legislacyjnym potworkiem. MiCA już przewiduje szereg kar, a Unia wymagała głównie tego, żeby wyznaczyć urząd nadzorujący przestrzeganie tego rozporządzenia. I Polsce zajęło to nie kilka stron, jak w niektórych krajach, ale ponad sto. Być może liczono, że wybory wygra Rafał Trzaskowski i ustawa przejdzie bez względu na jej treść, ale wygrał Karol Nawrocki i sytuacja się skomplikowała. I co jeszcze dziwniejsze, znając obietnice kandydata na prezydenta Nawrockiego wyrażane w trakcie kampanii, po wyborach nic nie zmieniono w ustawie.
Co teraz po drugim wecie prezydenta?
Teraz decyzje dotyczące tej ustawy zapadają nie na poziomie ministerstwa finansów, ale premiera Tuska i prezydenta Nawrockiego. Są trzy ścieżki. Pierwsza: nie robimy nic. Jak pokazywałem ostatnio w “Cyfrowych rynkach” na antenie Biznes24, Polska ma już 91 naruszeń prawa unijnego i jesteśmy pod tym względem drudzy w Unii, zaraz po Hiszpanii. Grożą nam skargi do TSUE i wysokie kary finansowe, ale jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Z punktu widzenia użytkowników niewiele się zmieni - polskie firmy po prostu zarejestrują się za granicą i tam będą nadzorowane. Państwo jednak straci wpływy z CIT, trudniejsza będzie ochrona konsumenta, a polska policja będzie musiała prosić o pomoc prawną kolegów z zagranicy.
Druga ścieżka to przyjęcie ustawy jako projekt poselski w wersji UE+0 na kilka stron, na wzór państw, do których właśnie przenoszą się polskie firmy z branży kryptowalut. Do tego jednak potrzebna byłaby kolejna zgoda “egzotycznej koalicji” PiS, Konfederacji i Polski 2050, na co teraz nie ma szans. Dodatkowa przeszkoda to pozaustawowa praktyka “weta” marszałka Sejmu w postaci jego “zamrażarki”, w której trzyma m.in. projekty ustaw prezydenta. Żeby więc jakakolwiek ważna ustawa przeszła, musi mieć poparcie centro-lewicowego rządu, prawicowego prezydenta i lewicowego marszałka. Na dłuższą metę paraliżuje to państwo.
A trzecia możliwość?
Jest jeszcze jeden, ekspercki projekt ustawy na ponad 50 stron, wprowadzający szereg postulatów branży krypto i banków, który mógłby uczynić Polskę kryptowalutowym hubem zdolnym do konkurowania na nowoczesnych rynkach finansowych nie tylko w skali Europy, ale i z USA oraz Singapurem, jednak jej przyjęcie jest obecnie najmniej realną możliwością.
Czyli Polska nie będzie centrum cyfrowych finansów?
Niestety prawdopodobnie nie. Technologia blockchain eliminuje pośredników, zmniejsza koszty finansowe, zwiększa dostęp do alternatywnego finansowania, przyspiesza obrót pieniądza i tempo wzrostu gospodarczego. U nas tego zabraknie, a skorzystają sąsiedzi. Na ostatnich kryptowalutowych konferencjach w naszym kraju pojawili się przedstawiciele nadzoru finansowego z Łotwy i banki łotewskie, by zachęcać polskie firmy do przechodzenia do siebie. Zapraszają nas też Czesi, Słowacy i Litwini. Potrafią liczyć - wiedzą, że każda taka firma to zatrudnienie dla wysoko wykwalifikowanych informatyków i prawników, wynajem biur i lokalne podatki. To biznes, który niektóre kraje robią na tym, że my w naszym kraju nie potrafimy się dogadać.
Tracimy szansę na nowoczesny rynek przez polityczny galimatias. Nie wiem, jak będzie można rządzić skutecznie naszym krajem na dłuższą metę - zwłaszcza gdy pojawią się napięcia po stronie finansów publicznych i trzeba będzie wprowadzać cięcia socjalne. Najbardziej wiarygodny scenariusz dla ustawy o rynku kryptoaktywów? Temat znów ucichnie i nic się nie wydarzy, a rząd zacznie działać dopiero wtedy, gdy przed wyborami TSUE zacznie nam naliczać za to realnie kary. A wtedy zacznie się wzajemne obwinianie o to, kto jest bardziej temu winny. Obu stronom sceny politycznej takie rozwiązanie odpowiada, bo zapowiada emocje, a polityka to gra emocji. Niestety, ze szkodą dla gospodarki i społeczeństwa.
Prof. Krzysztof Piech - polski ekonomista, doktor habilitowany nauk ekonomicznych, nauczyciel akademicki. Ekspert w obszarach makroekonomii, finansów, innowacji i zarządzania. Od 14 lat związany z rynkiem kryptowalut, jeden z czołowych specjalistów blockchain w Polsce. Współpracownik i współtwórca start-upów oraz były kierownik inkubatora i akceleratora technologii blockchain.



























































