Prawo i Sprawiedliwość proponuje likwidację gimnazjów już od 1 września 2016 roku. Zdaniem posłów PiS reforma sprzed 16 lat była błędem. Wprowadzenie gimnazjów osłabiło polską edukację oraz negatywnie wpłynęło na wychowanie nastolatków. Ich likwidacja oznacza powrót do 8-letniej podstawówki i 4-letniego liceum.


W Polsce mamy 7612 gimnazjów, w których 1138 tys. dzieci uczonych jest przez 100,5 tys. nauczycieli. Na oświatę w Polsce wydajemy ok. 4% PKB rocznie, czyli ok. 65 mld zł. Z tego 18% stanowi koszt utrzymania gimnazjów, czyli ok. 12 mld zł rocznie. Dla porównania na szkoły podstawowe wydajemy ok. 21 mld zł.
Likwidacja gimnazjów znajduje poparcie w społeczeństwie. Zdaniem wielu Polaków ich wprowadzenie w 1999 roku wcale nie doprowadziło do poprawy jakości kształcenia, a wręcz odwrotnie. Dzieci powtarzają materiał, który omawiano w podstawówce, do tego dochodzą kwestie wychowawcze. Młodzież w wieku gimnazjalnym zaczyna sięgać po używki, nauczyciele nie radzą sobie z trudniejszą młodzieżą, rodzice też często nie kontrolują własnych dzieci. Niektóre gimnazja bardziej przypominają ośrodki wychowawcze niż szkoły, a nie taki był cel reformy. Do tego dochodzi argument, że nauczyciele mają zbyt mało czasu, by poznać ucznia i go czegoś nauczyć.
Czy gimnazja stoją za sukcesem polskich uczniów teście PISA?
Kontrargument to dobre wyniki polskich uczniów w międzynarodowym teście PISA, który sprawdza poziom wiedzy i umiejętności w zakresie czytania, matematyki i rozumowania w naukach przyrodniczych u tych dzieci, które ukończyły 15. rok życia. Testy PISA konstruowane są tak, by zawierały pytania neutralnie kulturowo, tzn. nie pytały dzieci z konkretnych krajów o sprawy, które są dla większości z nich oczywiste, bo żyją w regionie mocniej zaangażowanym w daną problematykę, np. nie pyta się dzieci o to, kto jest prezydentem USA lub Polski.
Przeczytaj także
Badanie przeprowadza się co trzy lata. W ostatniej edycji Polska zajęła wysokie 8. miejsce wśród krajów OECD i 14. na świecie. To duży sukces i Bank Światowy stwierdził, że to zasługa m.in. wprowadzenia gimnazjów. Kłopot w tym, że to nie jest takie oczywiste. W ostatnich latach polska oświata nastawiona była na nauczenie dzieci poprawnego wypełniania testów wg określonego klucza odpowiedzi. Wcześniej system nie kładł na to tak dużego nacisku, co tłumaczy gorsze wyniki w latach ubiegłych.

Pojawił się też zarzut, że Polska (i inne kraje) manipulują doborem uczniów do testu, wskazując tych, którzy mają szanse osiągnąć najlepszy wynik, a gorszych po prostu w tym czasie odsyłając do domów - do wzięcia udziału w badaniu potrzebna jest bowiem zgoda rodziców.
Likwidacja gimnazjów raczej nie będzie miała negatywnego wpływu na nasze wyniki w teście PISA, ale to wcale nie oznacza, że byłby to prosty i bezbolesny proces, który udałoby się spokojnie przeprowadzić w ciągu 12 miesięcy.
Czytaj dalej: Kogo przenieść, kogo zostawić?
Kogo przenieść, kogo zostawić?
Po pierwsze, część dzieci należałoby przenieść z powrotem do podstawówek wraz z nauczycielami, a to skomplikowana sprawa, która wiąże się także ze zwolnieniami nauczycieli i protestami rodziców. Nie wiadomo też, jak długo trwałby okres przejściowy i czy np. obecni uczniowie II klasy gimnazjum mieliby od razu iść do 4-letniego liceum (lub innej szkoły ponadgimnazjalnej), czy mieliby dokończyć program w ramach gimnazjów. Wówczas uczniowie 6 klas poszliby od razu do klasy siódmej w swojej starej podstawówce, ale to oznaczałoby, że szkoły należałoby do tego dostosować.
Przeczytaj także
Zamknięcie szkoły to też nie jest prosta sprawa, bo niektóre placówki niepubliczne np. mają zaciągnięte kredyty oraz kontrakty na świadczenie konkretnych usług. Ich wypowiedzenie generuje dodatkowe koszty.
Wiele lat trwał proces dostosowania szkół do potrzeb uczniów w różnym wieku szkolnym, niektóre gimnazja nie nadają się do tego, by przekształcić je w podstawówki, a niektóre podstawówki nie mogą uczyć starszych dzieci chociażby ze względu na brak odpowiedniego wyposażenia sal lekcyjnych. Czasy się zmieniły – 15 lat temu w trakcie przenoszenia uczniów z jednego budynku do drugiego nikt za bardzo nie przejmował się tym, że łazienki nie są dostosowane do maluchów czy niepełnosprawnych uczniów, krzesła są za małe lub duże, a w bibliotece brakuje lektur szkolnych. Dzisiaj jest to nie do pomyślenia.
Przeczytaj także
Gimnazja też musiały nauczyć się być gimnazjami
Proces wyłączenia gimnazjów ze szkół podstawowych był prostszy również ze względów kadrowych – łatwiej jest zatrudnić nauczycieli w podstawówkach do nauki w klasach 7-8 nawet wśród własnej kadry, niż przyjmować do gimnazjów pedagogów zajmujących się klasami I-III. To absurdalne, by nagle w niektórych gimnazjach zmienionych na podstawówki jednocześnie uczono tylko dzieci w wieku 7 lat i 13-15 lat, czyli pierwszą, siódmą i ósmą klasę. Innymi słowy, gdyby reforma doszła do skutku, to wiele roczników czekałby ścisk, eksperymenty edukacyjne i niepewna atmosfera.
Może też być trudno z etatami. W wielu mniejszych szkołach, które dostałyby zastrzyk uczniów, w interesie niektórych nauczycieli z już „dzielonymi etatami” byłoby zyskanie nowych godzin ze starszymi uczniami. Nie trzeba by było wtedy zatrudniać nauczycieli z zamykanych gimnazjów, a to dla tych ostatnich gorzej niż zła wiadomość.
Przeczytaj także
Przy każdej fuzji, nawet szkolnej, zawsze dochodzi do redukcji załogi (w tym etatów kierowniczych). Szacując, że pracę straciłaby 1/5 nauczycieli gimnazjów, czyli 20 tys. ludzi, otwarte pozostaje pytanie, co z nimi zrobić? Profesor Gliński zapewnia, że nie będzie żadnych zwolnień, ale te słowa mają raczej charakter życzeniowy. Trzeba być realistą - wymuszenie dobrowolnego odejścia nie mieści się w definicji zwolnienia, ale skutek dla nauczyciela jest podobny.
Według jakiego klucza zwalniać? Według jakiego klucza zatrudniać? Kogo na wsiach skazać na bezrobocie, a komu kazać dojeżdżać do pracy po 30 km dziennie? Co zrobić z budynkami zamkniętych placówek? Skąd wziąć pieniądze na rozbudowanie tych szkół, które przyjmą nowych uczniów? Szybka reforma po prostu oznacza wielki chaos organizacyjny – od darmowego podręcznika zaczynając, na rejonizacji uczniów kończąc.
Tego nie da się zrobić w rok i w zasadzie trudno powiedzieć, czy rzeczywiście jest to konieczne. Może lepszym rozwiązaniem byłoby dofinansowanie gimnazjów, zwiększenie uprawnień nauczyciela w kwestiach wychowawczych (większe kary finansowe dla rodziców niegrzecznych i nieuczących się dzieci) oraz większy nacisk na naukę, a nie „wyrównywanie poziomów”. System potrzebuje korekty, a nie reformy.



























































