Po środowych mocnych spadkach GPW mocno spada także i w czwartek. Jeszcze przed południem skala przecen na WIG20 sięgnęła 2 proc. GPW znów ma problem i wcale nie ogranicza się on do wspomnianych dwóch sesji.
W czwartek, tuż przed południem, WIG tracił 1,6 proc., WIG20 zaś 1,7 proc., choć momentami notowany był nawet 2 proc. pod kreską. Mocno spadają także spółki średnie, mWIG traci 1,3 proc. Względnie dobrze wypadają maluchy, sWIG jest pod kreską "tylko" 1 proc.
Dzisiejsze spadki są kontynuacją wczorajszego ruchu. Środową sesję WIG20 zamknął aż 2,4 proc. pod kreską, mWIG 1,4 proc., WIG zaś 1,9 proc. W ciągu niecałych dwóch dni WIG20 stracił więc blisko 4 proc., WIG zaś przeszło 3 proc. Po gwałtownej korekcie z przełomu stycznia i lutego na GPW możemy mówić od drugiej silnej fali spadków.
Problem polega jednak na tym, że spadki sprzed miesiąca były wyraźnie "sponsorowane" przez Amerykanów. Mocny ruch w dół za oceanem przekładał się na mocny ruch w dół na indeksach europejskich, w tym na GPW. Teraz, owszem, S&P500 zaliczyło dwie spadkowe sesje, straciło jednak ledwie 1,5 proc. W Europie jeszcze wczoraj nie oglądaliśmy zbyt dużych spadków. Dzisiaj, choć przeważa czerwień, to i tak żaden indeks nie może się równać spadkami choćby z WIG-iem.
Ostatni do wzrostów, pierwszy do spadków
Widać to zresztą w szerszym ujęciu. Jeżeli weźmiemy pod uwagę ostatnich pięć tygodni, WIG20 stracił już 10,5 proc. i jest najgorszym indeksem na świecie. Podczas korekty z przełomu stycznia i lutego wszystkie indeksy spadały mniej więcej solidarnie, później jednak WIG20, a nawet mWIG, wyraźnie słabiej radziły sobie z odrabianiem strat. Teraz wynik pogorszył się dodatkowo "dzięki" ostatnim spadkom. Cóż, po krótkiej euforii, gdy 23 stycznia 2018 roku WIG ustanawiał historyczne maksima, pozostało niewiele. WIG20 zaś znów świetnie opisuje "stare" powiedzenie - "ostatni do wzrostów, pierwszy do spadków".
Problem GPW jest zresztą szerszy. Po pierwsze spada zainteresowanie inwestorów mniejszościowych, co widać zarówno po statystykach rachunków, jak i udziału "Kowalskich" w obrotach. Same obroty są zresztą tematem wartym szczególnej uwagi. Pod koniec lutego cudem było, gdy handel na szerokim rynku przekroczył 600 mln zł. To najgorsze statystyki od lat. Obroty powróciły w ostatnich dniach. Wczoraj wyniosły 1,2 mld zł, dziś zapewne też uda się przekroczyć 1 mld zł. Problem, że ów powrót obrotów towarzyszy spadkom, a to silnie niedźwiedzi sygnał. Jeżeli połączymy to z faktem, że WIG20 właśnie wyznacza półroczne minima, sygnał ostrzegający przed bessą jest tym wyraźniejszy.
GPW niezdrowo uzależniona od Ameryki
Nadzieją dla GPW może być odbicie na Wall Street. Choć polska giełda ostatnio relatywnie słabiej radzi sobie niż zachodnie indeksy, to jednak powiązanie wciąż jest widoczne. Ciężko o hossę w Warszawie bez hossy w Ameryce, ciężko też o solidne spadki na GPW, gdy Wall Street śrubuje rekordy.
Uzależnienie GPW od Wall Street widać szczególnie wyraźnie w ostatnich dniach. Ostatnie statystyki pokazały, że udział inwestorów zagranicznych w obrotach wzrósł aż do 55 proc. WIG20 często otwiera się w rytm zamknięcia na Wall Street i następnie przez kolejne godziny dryfuje w bok, czekając na otwarcie kolejnej sesji za oceanem (tutaj przykład sprzed tygodnia). sWIG z kolei porusza się dużo bardziej niezależnie. W indeksie tym są jednak mniejsze spółki, które dla zagranicznych graczy są zbyt mało płynne. Zwracają oni uwagę przede wszystkim na WIG20, sWIG zaś w większym stopniu uzależniony jest od humorów polskich inwestorów, a także napływów do funduszy inwestycyjnych. Stąd taka różnica w zachowaniu obu indeksów.
Warto także zwrócić uwagę, że polska giełda stała się w zasadzie ślepa na dane z polskiej gospodarki. Ostatnia publikacja informacji o mocnym wzroście PKB na wykresie indeksów z GPW w zasadzie jest niezauważalna. Niskie bezrobocie postrzegane jest raczej jako problem (presja płacowa) niż coś pozytywnego. Polską giełdą potrafią jednak wstrząsnąć dane z gospodarki amerykańskiej, czego świetny przykład mieliśmy dwa tygodnie temu. Nic więc dziwnego, że to w Wall Street trzeba upatrywać szansy na odbicie polskich indeksów. Otwartym pozostaje jednak pytanie, czy zdrowa giełda powinna zachowywać się w sposób, w jaki zachowuje się GPW.
































































