Skarb Państwa i analitycy giełdowi uspokajają: nie istnieje groźba zakupu walorów pracowniczych przez niepożądanego inwestora i przejęcia kontroli nad spółkami kluczowymi ze względu na bezpieczeństwo kraju. Jednak przy okazji działalności komisji orlenowskiej wyszło na jaw, jak posiadanie kilkunastoprocentowego pakietu akcji może wpływać na obsadzanie stanowisk w zarządzie jednej z największych firm w kraju.
Lotos kupię
"Kupię/Poszukuję akcje pracownicze: Lotos, PKO BP, PZU, PKE, BOT i inne skupuję. Dobre ceny. Pełna obsługa prawna". Ogłoszenia takiej treści można znaleźć w Internecie po kilku sekundach wyszukiwania.
Dzwonimy.
- Dzień dobry, Pan skupuje akcje Lotosu?
- Tak.
- Jestem dziennikarzem, przygotowuję artykuł o obrocie akcjami pracowniczymi spółek istotnych ze względu na bezpieczeństwo kraju. Możemy porozmawiać?
Chwila namysłu.
- Ale bez nazwisk.
- Czy dużo osób zgłasza się do pana z propozycją sprzedaży akcji pracowniczych?
- Tak, jest sporo chętnych. Teraz z tych firm ludzie sprzedają głównie akcje Lotosu, ale coraz więcej zgłasza się do mnie pracowników Elektrowni Bełchatów. Robię to od dłuższego czasu, ale zupełnie prywatnie - zaraz zastrzega się nasz rozmówca. - Akcje skupuję wyłącznie na własny użytek. Czy to jest zgodne z prawem? A kto mi tego zabroni? Proszę pana, wszystko co ma jakąś wartość, może być sprzedane lub kupione, to jest podstawowa zasada gospodarki rynkowej. Te akcje są własnością pracowników i mogą z nimi robić, co im się żywnie podoba. Uważam, że nie robię niczego złego, nie łamię prawa, zresztą wiele osób skupuje akcje pracownicze i nic się złego nie dzieje. Nowi właściciele wpisywani są do rejestru akcjonariuszy i wszystko jest legalne.
Niestety, nie wszystko. Sprzedaż i kupno akcji pracowniczych jest zgodne z prawem, gdy dopuszczone są one do obrotu publicznego przez Komisję Papierów Wartościowych i Giełd. Z zastrzeżeniem, zgodnie z ustawą o komercjalizacji i prywatyzacji, że pracownicy nie sprzedadzą ich w ciągu dwóch lat od oferty publicznej. A skupowanie papierów przed dopuszczeniem spółki do obrotu publicznego jest w pewnych warunkach obłożone groźbą sporych kar.
- Jeśli akcje spółki nie są przez KPWiG dopuszczone do publicznego obrotu, to zabronione jest proponowanie nabycia lub ich nabywanie przy wykorzystaniu środków masowego przekazu albo w inny sposób, jeżeli propozycja skierowana jest do więcej niż 300 osób lub do nieoznaczonego adresata - wyjaśnia Łukasz Dajnowicz z Komisji Papierów Wartościowych i Giełd. - Wchodzą w to również np. ogłoszenia za pośrednictwem gazet lub Internetu. Jeśli spółka jest publiczna, to tego ograniczenia nie ma.
A według art. 165 Prawa o publicznym obrocie, kto proponuje nabycie papierów wartościowych w publicznym obrocie bez wymaganej zgody, podlega grzywnie do 1000000 zł albo karze pozbawienia wolności do lat dwóch lub obu tym karom łącznie.
Po naszym telefonie ogłoszenie z Internetu zniknęło.
Przyrzeczenie z przebitką
Oczywiście bardzo szybko znaleziono sposoby obejścia tych przepisów, tak, by spragnieni łatwej gotówki pracownicy nie musieli czekać dwóch lat z papierami w kieszeniach, a biznesmeni mogli spokojnie nabywać walory po śmiesznie niskich cenach. Najpopularniejszy z nich to zawieranie umowy przyrzeczenia sprzedaży. Sprzedający otrzymuje w takim wypadku najczęściej całą kwotę wartości akcji, cedując prawa do walorów na kupującego. I dopóki transakcja nie spełnia kryteriów obrotu publicznego wszystko jest zgodne z prawem.
- Spotyka się też zawieranie przez pracowników kredytów pod zastaw akcji - wyjaśnia Radosław Kandefer, analityk Domu Maklerskiego Penetrator. - Nie jest to nielegalne, do momentu, gdy np. w lokalnej prasie nie ukaże się ogłoszenie o tym, że ktoś skupuje akcje. W takim wypadku traktowane jest to jako obrót publiczny i może być ścigane przez prokuraturę.
Tak było na przykład podczas prywatyzacji PKN, kiedy prokuratura zajęła się wnioskiem Komisji Papierów Wartościowych i Giełd w sprawie nielegalnego obrotu akcjami Petrochemii Płock. Sprawy zakończyły się w kilku wypadkach sporymi grzywnami dla właścicieli kantorów. To jednak nie zahamowało ?handlu pod bramą?. Do Płocka zjeżdżali inwestorzy z całej Polski, wyłapując pod zakładem pracowników i nagabując ich, czy nie mają do sprzedania akcji.
- Płocki rynek opanowały w tamtym czasie zorganizowane grupy, które pośredniczyły między pracownikami a kantorami - opowiada jeden z inwestorów, kilkakrotnie odwiedzających w tamtym czasie Płock. - Kiedy próbowaliśmy zagadywać bezpośrednio pracowników, grzecznie nam proponowano usługi pośrednictwa, z których oczywiście nie mogliśmy zrezygnować. No, ale skoro zysk na tych akcjach mieliśmy dwukrotny, warto było się pomęczyć. Skupowaliśmy akcje nawet po 60 zł, by je sprzedać po blisko 200.
I rzeczywiście, na jakiś czas obrót akcjami pracowniczymi zmienił wtedy miasto. Nie ma przesady w opowieściach o otwieranych salonach samochodowych specjalnie dla ludzi, którzy sprzedali swoje udziały.
Podobny mechanizm obrotu działał i w wypadku innej spółki, zaliczanej do kluczowych dla naszej gospodarki - KGHM. Jednak pracownicy lubińskiego koncernu, w większości jeszcze nie bardzo orientujący się w mechanizmach gry rynkowej, robili interesy jak Zabłocki na mydle. Wystarczy wspomnieć, że w chwilach kiepskiej koniunktury na rynku, akcje pracownicze KGHM "chodziły" nawet po 3 zł.
- Wielu pracowników decydowało się na sprzedaż już wtedy, chociaż wartość akcji była jeszcze bardzo niska - opowiada Artur Szechnicki, dyrektor POK Beskidzkiego Domu Maklerskiego w Lubinie. - Ale ludziom po prostu potrzebne były pieniądze. Było to wszystko legalne, a umowy opracowano w taki sposób, by omijały wszelkie kruczki prawne. Najczęściej po prostu spisywano umowy przedsprzedaży, które zaczynały obowiązywać z dniem wejścia akcji spółki do obrotu giełdowego.
W Lubinie akcje pracownicze skupowali głównie drobni inwestorzy, tzw. kantorowcy lub koniki. Byli to przeważnie ludzie, którzy kilka lat wcześniej zajmowali się handlem świadectwami udziałowymi Powszechnego Programu Prywatyzacji.
- Na takie interesy decydują się najczęściej ludzie, którzy mają wolne środki finansowe i chcą je zainwestować. Zakup akcji pracowniczych po tak niskich cenach daje często bardzo duży zysk, w niektórych wypadkach nawet 1000 procent. Nigdzie nie znajdzie pan inwestycji o takiej rentowności - mówi Artur Szechnicki. - Ale i tak oceniam, że na wcześniejsze zbycie akcji zdecydowało się może 5-6 proc. posiadaczy. Większość wychodziła jednak z założenia, że skoro teraz dają mi za akcje tyle, to poczekam jeszcze trochę, aż cena skoczy w górę, i wtedy sprzedam. Dlatego nawet teoretyczne przejęcie kontroli nad KGHM poprzez skupowanie akcji pracowniczych było niemożliwe, bo pakiet kontrolny zagwarantował sobie Skarb Państwa i te 15 proc. akcji pracowniczych nie stanowiło żadnego zagrożenia.
Trzecia fala
W najbliższym czasie rynek czeka podobna sytuacja, oczywiście z zachowaniem skali, z prywatyzacją Grupy Lotos. Pracownicy rafinerii otrzymali swój pakiet w 1997 roku. I praktycznie od początku rozpoczął się niepubliczny obrót 15 procentami walorów gdańskiej spółki.
- Tak, ludzie sprzedają akcje, nie da się tego ukryć - mówi Andrzej Cenacewicz, przewodniczący Komisji Międzyzakładowej "S" w Grupie Lotos. - Ale akcje są własnością pracowników i mogą z nimi zrobić, co chcą. Pakiet pracowniczy był kompromisem między interesem biznesu a załogi i uważam, że skoro uzyskali oni prawo własności tych akcji, to mogą je sprzedawać.
Inny długoletni pracownik rafinerii opowiada, że obecna fala sprzedaży to już trzecie tego typu nasilenie spekulacji akcjami. - Dostaliśmy akcje i przez dwa lata nie powinniśmy ich sprzedawać, ale wiadomo, jak biedny człowiek ma potrzeby i ma w ręku łatwy pieniądz, to zawsze znajdzie sposób na obejście prawa. Różni fachowcy podsuwali nam pomysły. W naszym wypadku były to tzw. opcje, czyli umowy przyrzeczenia sprzedaży. I wtedy wielu z nas te akcje sprzedało, za psie pieniądze. Pod koniec lat 90. chodziły one nawet po dziesięć złotych. Mimo to ludzie się wyzbywali tego.
Większość czekała jednak, aż kurs czarnorynkowy pójdzie trochę w górę. Druga fala sprzedaży przyszła mniej więcej cztery lata temu.
- Wtedy akcje chodziły już po 80-90 zł - mówi nasz rozmówca. - I wielu uznało, że to już jest dobra cena. Teraz obserwujemy trzecią falę sprzedaży, gdy coraz bliżej jest debiut giełdowy. Ich cena przekroczyła już 90 zł, a koniki pod bramą skupują nawet po 230 zł. Nie dziwne, że wielu ludzi sprzedaje, a pod zakładem pojawia się coraz więcej koników. Zresztą i tak akcje nie idą przecież do tych po bramą. Oni tylko pośredniczą. Ostatecznie przyjeżdża facet w eleganckim samochodzie, wykłada pieniądze i to na niego są zapisy. A koniki dostają 2-3 zł prowizji od akcji.
Według ostrożnych szacunków, w ten sposób właścicieli zmieniło już 10 proc. akcji Rafinerii Gdańskiej.
Przedstawiciele Ministerstwa Skarbu Państwa uspokajają, że niepubliczny obrót akcjami pracowniczymi nie stanowi żadnego zagrożenia ani dla spółek, ani dla bezpieczeństwa państwa. Ministerstwo bowiem, bez względu na to, co i jak zbywa, zawsze bierze pod uwagę ten kilkunastoprocentowy pakiet, który może być istotny w wypadku działania spółek strategicznych dla bezpieczeństwa państwa.
- Już na etapie opracowywania strategii prywatyzacji danej spółki, stawiane jest kluczowe pytanie, czy państwo chce zatrzymać kontrolę nad podmiotem, czy nie - wyjaśnia Janusz Kwiatkowski z MSP. - Jeżeli spółka jest kluczowa dla bezpieczeństwa państwa, nie jest specjalne ważne, w czyich rękach będą akcje pracownicze, i tak Skarb Państwa pozostawia sobie możliwość zachowania kontroli. I nawet w wypadku, gdyby teoretycznie ktoś skupił cały pakiet pracowniczy, nie uzyska możliwości przejęcia kontroli nad spółką. A jeżeli w założeniu spółka ma być w pełni sprywatyzowana, to strategia od początku zakłada, że i te 15 proc. walorów pracowniczych zmieni właściciela.
Nasi rozmówcy pytani o możliwość objęcia pakietu akcji pracowniczych przez podmiot niekoniecznie mile widziany w spółce istotnej dla bezpieczeństwa państwa, prezentowali dwie postawy. Albo bagatelizowali sprawę, traktując pytanie trochę jak pomysł z zakresu political fiction, albo nie chcieli z nami rozmawiać, niechętnie przyznając, że teoretycznie taka możliwość istnieje.
W najbliższym czasie czeka nas prywatyzacja kilku znaczących spółek, chociażby Grupy Lotos, PGNiG czy BOT. Co prawda 15 proc. walorów to niedużo, jednak w pewnych wypadkach może się przecież okazać, że to właśnie te 15 proc. będzie języczkiem u wagi. A tymczasem obrót akcjami pracowniczymi w słabo oświetlonej szarej strefie pod bramą kwitnie.
Jarosław Maślanek






























































