Przyjmuje wkłady od klientów i obciąża je ryzykiem – tak brzmi skrócona definicja modelu biznesowego banku. W Stanach Zjednoczonych pojawiła się jednak instytucja, która chce działać zupełnie inaczej. Okazała się jednak „zbyt bezpieczna”, by zyskać aprobatę nowojorskiego oddziału Fed.
Depozyty bankowe traktuje się zwykle jako jeden z najbardziej bezpiecznych sposobów lokowania pieniędzy. Zakładamy, że środki zgromadzone na rachunku są dostępne zawsze i wszędzie, a ryzyko obciążające nasze oszczędności jest znikome. W rzeczywistości bank przeznacza je jednak na przedsięwzięcia, które są z natury ryzykowne – udzielając kredytu, liczy się z możliwością niemożności odzyskania pieniędzy i stara się wkalkulować takie zdarzenia w cenę pożyczanego pieniądza.
Banki i nadzór wypracowały wiele narzędzi, które mają sprawić, że losy depozytów nie będą wprost powiązane z trafnością decyzji kredytowych. Ryzyko kredytowe ogranicza się, dywersyfikując portfel i przyjmując zabezpieczenia. Regulacje ostrożnościowe wyznaczają skalę działalności banków, zmuszają je do tworzenia rezerw na psujące się kredyty, a systemy gwarantowania depozytów mają chronić oszczędności najbardziej wrażliwych klientów detalicznych przed konsekwencjami błędnych decyzji banków. Nie zmienia to jednak faktu, że banki, korzystając z dźwigni finansowej za pomocą pożyczonych do klientów środków, są z natury „kruche”, a bezpieczeństwo wkładów jest w pewnym stopniu iluzją.
A gdyby tak zupełnie rozdzielić działalność depozytową od kredytowej? Taka wizja leży u podstaw koncepcji „wąskiej bankowości”, proponującej, by banki musiały środki zebrane od klientów przeznaczać w stu procentach na bezpieczne lokaty gwarantujące maksymalną płynność – przechowywać je na rachunkach w banku centralnym lub inwestować w papiery o zerowym ryzyku. Sięgająca lat 30. XX w. idea oznaczałaby zerwanie z systemem rezerwy cząstkowej i tworzenia pieniądza („z niczego”) przez banki komercyjne.
Działalność kredytowa banku przypominałaby w takiej sytuacji funkcjonowanie dzisiejszych instytucji pożyczkowych. Angażują one własny kapitał lub pożyczają go na rynku od inwestorów, którzy zdają sobie sprawę z ryzyka. „Wąski bank” nie mógłby sięgać po depozyty klientów, musiałby polegać na innych źródłach finansowania.
Wąski bank ma kłopoty
W Stanach Zjednoczonych w 2016 r. tymczasową licencję bankową uzyskała instytucja, która wprost sięga do pomysłu wąskiej bankowości. The Narrow Bank Inc. (TNB) ma zamiar prowadzić działalność, którą można streścić w kilku krokach:
- zbieranie depozytów od klientów,
- inwestowanie zgromadzonych środków w całości w rachunek rezerw nadobowiązkowych w Federal Reserve Bank of New York (jeden z banków systemu rezerwy federalnej),
- dzielenie się zyskami z lokat z deponentami – bank zatrzymuje niewielką część otrzymanych odsetek, a resztę przekazuje klientom.
Banki komercyjne lokujące rezerwy w Federal Reserve Bank of New York otrzymują odsetki w wysokości 1,95 proc. TNB jako „chuda” organizacja o niewielkich kosztach działania mógłby osiągnąć rentowność nawet zadowalając się bardzo niewielkim udziałem w uzyskanych odsetkach, a klienci zyskaliby atrakcyjne warunki lokowania nadwyżek i pełne bezpieczeństwo wkładów gwarantowane pośrednio przez bank centralny.
TNB nie ma jednak zamiaru oferować swoich rachunków klientom indywidualnym, lecz wyłącznie dużym instytucjom – m.in. funduszom rynku pieniężnego. Jak wskazuje Bloomberg, fundusze zamiast korzystać z operacji reverse repo i zarabiać 1,75 proc., uzyskałyby dostęp do nowej, bardziej zyskownej opcji. TNB natrafił jednak na poważną przeszkodę, która uniemożliwia mu rozpoczęcie działalności – nowojorski Fed przeciąga wydanie decyzji o otwarciu rachunku, mimo spełnienia przez instytucję wszelkich warunków formalnych.
Bank we wrześniu złożył pozew, w którym zarzuca Federal Bank of New York działanie sprzeczne z regułami prawa. Sprawie pikanterii dodaje fakt, że TNB szefuje wieloletni pracownik systemy rezerwy federalnej James McAndrews, który w FBNY pełnił funkcję odpowiedzialnego za dział badań i statystyki.
Chociaż nowojorski Fed zasłania się ogólnikiem mówiącym o „wątpliwościach” (policy concerns), to komentatorzy wskazują na kilka możliwych przyczyn odmowy. Po pierwsze, TNB udostępniłby na rynku „produkt” zarezerwowany do tej pory tylko dla banków i pełniący istotną rolę w polityce pieniężnej. Dodajmy, „niestandardowej” polityce, elementem której jest wygórowane oprocentowane rezerw nadobowiązkowych banków. Utrudniłoby to bankowi centralnemu wykonywanie swojej misji.
Po drugie, pojawienie się atrakcyjnie oprocentowanego rachunku mogłoby doprowadzić do czegoś w rodzaju runu na bank – wycofywania wkładów z banków komercyjnych działających w tradycyjnym depozytowo-kredytowym modelu. W najgorszym wypadku innowacja mogłaby zaszkodzić stabilności systemu bankowego, a w najlepszym – ograniczyć zasoby, którymi dysponują kredytodawcy.
Przypadek TNB, instytucji która próbuje wykorzystać lukę w systemie, jest wart uwagi z wielu względów. Jednym z nich jest kwestia relacji pomiędzy wagą regulacji prawnych a ochroną interesów banku centralnego. Może okazać się, że bank polegnie w tym starciu, chociaż jego schemat działania nie łamie prawdopodobnie prawa.

































































