Losy Stoczni Gdańskiej w III RP to historia splotu polityki i biznesu oraz nieustannej walki o przetrwanie. Pogrążone w ciągłych kłopotach finansowych miejsce narodzin „Solidarności” ratować próbowała cała rzesza osób z pierwszych stron gazet. Dziś w historii zakładu nierozerwalnie związanego z dziejami postkomunistycznej Polski pisze się - się kolejny rozdział – powtórna upadłość.

Źródło: PAP/Piotr Wittman
W najnowszej historii Stoczni Gdańskiej upadłość nie jest niczym nowym – w stan taki postawiona została już w 1996 r., po 6 latach funkcjonowania „w wolnej Polsce”. Dwa lata później „wskrzeszony” zakład został włączony do Grupy Stoczni Gdynia S.A. Niezależnie od zmiany szyldu oraz licznych kontrowersji towarzyszących transakcji, stocznia wciąż pozostawała w rękach państwa. Decyzję o konieczności pozyskania inwestora zagranicznego podjął dopiero rząd Prawa i Sprawiedliwości w ostatnich tygodniach swojej kadencji.
Kolebka w rękach Ukraińców
Pierwsze dwie próby sprywatyzowania kolebki Solidarności zakończyła się fiaskiem. Dopiero za trzecim podejściem, pod koniec 2007 r., udało się znaleźć inwestora. Była nim ISD Polska, spółka-córka Przemysłowego Związku Donbasu, która objęła emisję akcji wartą 400 mln zł. Współzałożyciele ukraińskiego koncernu - Siergiej Taruta, Witalij Hajduk i Oleg Mkrcztan – przejęli 75% akcji Stoczni (potem wytransferowali je do spółek zarejestrowanych na Cyprze), natomiast reszta pozostała w rękach ARP.
Plany kreślone przez Ukraińców były obiecujące. Działalność stoczni miała zostać zdywersyfikowana, co miało uodpornić zakład na wahania koniunktury. Poza budową statków (głownie częściowo wyposażonych jednostek specjalistycznych), gdańskie przedsiębiorstwo miało zająć się także produkcją wież wiatrowych oraz konstrukcji stalowych (konstrukcji off-shore, części mostów itp.).
| »Jest wniosek o ogłoszenie upadłości Stoczni Gdańskiej |
Ważnym ogniwem łańcucha dostaw miała zostać Huta Częstochowa, która od 2005 r. była w rękach ISD. Planowana redukcja zatrudnienia miała nadejść w parze ze wzrostem wynagrodzeń, przez co za planem prywatyzacji opowiedzieli się nawet związkowcy. Całość wdrożenia planu restrukturyzacji miała kosztować 595 mln zł.

Zielone światło od KE
Poza znalezieniem inwestora, dla dalszego funkcjonowania stoczni równie ważne było przekonanie Komisji Europejskiej o zgodności udzielonej zakładowi pomocy publicznej z unijnym prawem. Spór dotyczył 555 mln zł, które zdaniem KE Polska przyznała stoczni już po wejściu do UE (wcześniejszych dopłat nie brano pod uwagę). Na obliczoną przez unijne władze kwotę złożyły się nie tylko „żywa gotówka”, ale i wszelkie gwarancje, umorzenia i inne wsparcie ze strony instytucji publicznych.
Po długich przepychankach na linii Warszawa-Bruksela, ostatecznie Komisja Europejska zaakceptowała plan ratunkowy dla Stoczni Gdańskiej. W uzasadnieniu decyzji istotną rolę odgrywał fakt znalezienia prywatnego inwestora – zadanie to nie powiodło się w przypadku stoczni w Szczecinie i Gdyni, przez co musiały one zwrócić pomoc publiczną, a to w efekcie doprowadziło do ich upadku.
W przypadku Stoczni Gdańskiej nie obyło się jednak bez stanowczych warunków – jako, że pomoc dla stoczni miała wpływ na kształt europejskiego rynku stoczniowego, KE nakazała „znaczne ograniczenie zdolności produkcyjnych stoczni” w postaci zamknięcia dwóch pochylni. Postulat ten wzbudził spore kontrowersje, ponieważ stocznie niemieckie mogły uzyskać rządowe wsparcie bez ponoszenia takich wyrzeczeń. Fakt ten wynikał ze szczególnego zapisu w dyrektywie o pomocy publicznej, który udało się przeforsować Niemcom.
Pensji i planów brak
Ukraiński sen w gdańsku nie trwał długo. Nadejście kryzysu i załamanie popytu na produkty metalurgiczne wpędziło w poważne kłopoty finansowe sam koncern ISD, którego długi szacowano na 3 mld dolarów. Skłonność strony ukraińskiej do inwestowania w Gdańsku dało się zmierzyć kolejnymi oczekiwaniami wobec ARP. W 2009 r. agencja przekazała stoczni kolejne 150 mln zł. Dodatkowo ISD nie wywiązywało się z obietnicy wykupu pozostałych 25% udziałów w Stoczni.
Kolejne miesiące przyniosły dalsze pogorszenie kondycji finansowej spółki, która zalegała zarówno z regulowaniem rachunków za energię, jak i opłacaniem składek ZUS. W ramach doraźnych rozwiązań, należąca do ARP spółka Synergia 99 (zarządca terenów stoczni) kupił słynne dźwigi. Licząc na powtórzenie tego mechanizmu, Stocznia wystawiła na sprzedaż nieruchomości – 18 ha gruntów i 35 ha działek wodnych – licząc, że kupi je jeden z podmiotów kontrolowanych przez Skarb Państwa. Plany te spełzły jednak na niczym, podobnie złożona przez ARP propozycja proporcjonalnego do udziałów dokapitalizowania stoczni.
Po raz kolejny w swojej historii Stocznia Gdańska znalazła się w klinczu. Brak źródeł finansowania doprowadził do tego, że blisko 2000 pracowników dostawało pensje w ratach. Sympatie związkowców odwróciły się i weszli oni w spór zbiorowy z zarządem po tym, jak na konta stoczniowców nie wpłynęła nawet zaliczka kwietniowej wypłaty.
Jakby tego było mało, „mieczem Damoklesa” dla zarządu stoczni jest mijający w lipcu termin przedstawienia przez MSP i KE sprawozdania z realizacji planu restrukturyzacji. Tajemnicą poliszynela było, że jeżeli nie zostanie on zatwierdzony, spółka będzie musiała zwrócić pomoc publiczną.
/ MZ, BPL


























































