Wprowadzenie tego projektu w życie oznacza w praktyce odebranie europejskim gigantom gazowym i elektroenergetycznym, takim jak niemiecki E.ON, czy francuski Electricite de France posiadanych przez nie sieci przesyłowych. – Komisja Parlamentu Europejskiego ds. energii uznała, że jest to najkorzystniejsze rozwiązanie – twierdzi na łamach „WSJ Polska” brytyjska eurodeputowana Eluned Morgan, sprawozdawca projektu. Komisja jest jednak skłonna pójść na kompromis i zezwolić koncernom na zachowanie formalnego prawa własności linii elektrycznych i gazociągów pod warunkiem oddania zarządu nad nimi niezależnym operatorom systemowym – podmiotom mającym gwarantować wolny dostęp do istniejącej infrastruktury.
Regulacje planowane przez Brukselę mają dotyczyć wszystkich koncernów działających na terenie Unii, także Gazpromu. Tymczasem Rosjanie nie mają zamiaru wypuszczać z rąk swoich europejskich sieci przesyłowych. Wczoraj dali wyraźnie do zrozumienia, co o tym myślą. – Jesteśmy zaniepokojeni inicjatywą KE. Jeżeli okaże się, że nowe prawo będzie utrudniać realizację inwestycji w Unii Europejskiej, Gazprom może się z nich wycofać ze szkodą dla unijnych klientów – zapowiedział na łamach rosyjskiego dziennika „Kommiersant” i brytyjskiego „International Herald Tribune” Stanisław Cygankow, dyrektor ds. rynków międzynarodowych w rosyjskim koncernie. Nie ma wątpliwości, co Cygankow ma na myśli: chodzi o dwie podmorskie rury – Gazociąg Północny i South Stream. Gdyby Rosjanie wycofali się z ich budowy, byłby to dla Unii potężny cios: do krajów UE trafiać ma nimi rocznie aż 80 mld m sześc. gazu, ponad 15 proc. rocznego zapotrzebowania.
O ile polski rząd z radością przyjąłby wycofanie się Gazpromu z takich projektów, jak Gazociąg Północny czy South Stream, o tyle dla większości państw członkowskich UE byłaby to katastrofa. – Nie mamy dla Gazociągu Północnego realnej alternatywy. Mam nadzieję, że przeciwnicy tego projektu, a także Gazpromu są tego świadomi – mówi „WSJ Polska” Ernst Schwanhold z władz niemieckiego koncernu BASF. Rosjanie wybrali nieprzypadkowo moment ofensywy przeciwko energetycznej dyrektywie. Na 28 maja w Parlamencie Europejskim planowane są głosowania nad projektem Komisji, a 6 czerwca podczas szczytu energetycznego prezydentów i szefów rządów UE dojdzie do pojedynku między zwolennikami i przeciwnikami zmian.
Wynik nie jest przesądzony. Przeciwnicy nowego rozdania w energetyce to Berlin i Paryż, które mają po swojej stronie Austrię, Bułgarię, Grecję, Luksemburg, Łotwę i Słowację. A zwolennicy? Wiadomo, że należą do nich Wielka Brytania i Polska. To na razie niewiele, ale Bruksela liczy na to, że w ostatecznym rozrachunku wystarczy jej głosów do przeforsowania projektu.
Błażej dowgielski Dziennik Finansowy
Więcej na ten temat
































































