Dokładnie 29 lat temu miała miejsce pierwsza sesja na warszawskiej GPW. Handel wyglądał jednak wówczas zdecydowanie inaczej niż obecnie. Zapraszamy na krótką wycieczkę w tamte czasy.
16 kwietnia 1991 roku odbyła się pierwsza sesja na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. W samo południe, w byłym gmachu Komitetu Centralnego, na pożyczonym komputerze notowano akcje 5 polskich spółek. Piątka, która wzięła udział w inauguracji GPW, to Tonsil (producent głośników), Próchnik (producent płaszczy), Krosno (huta szkła), Kable (producent - zaskakująco - kabli) i Exbud (firma budowlana). Pierwszego dnia złożono 112 zleceń, obroty sięgnęły 2 tysięcy złotych (kwota już po denominacji). Smucili się jedynie akcjonariusze Krosna, pozostałe spółki rosły względem ceny z IPO. Do końca 1991 roku na GPW notowanych było już 9 spółek, obecnie jest ich jednak (razem z rynkiem NewConnect) blisko 100 razy więcej.
Nim przejdziemy dalej, warto dodać, że ani jedna spółka z pierwszej piątki nie jest obecnie notowana przy Książęcej. Pierwszy z tego grona z parkietem pożegnał się Exbud, zdjęty z rynku w 2002 przez głównego akcjonariusza - firmę Skanska. Najdłużej wytrzymał Próchnik. Notowania tej spółki mogliśmy śledzić jeszcze w 2019 roku, było to jednak dogorywanie. Wcześniej sąd ogłosił upadłość legendarnej spółki i zdjęcie z giełdy było tylko kwestią czasu. Szerzej o losach giełdowych pionierów pisaliśmy w artykule "Na pierwszej sesji GPW wystartowało 5 spółek. Co się z nimi stało?".
Dinozaury polskiej giełdy
Miano najstarszej spółki po upadku Próchnika przypadło Żywcowi, który wprawdzie debiutował także w 1991 roku, ale dopiero we wrześniu (a więc cztery miesiące po starcie GPW). Następne w kolejce do tytułu seniora są dwa banki, które pojawiły się na parkiecie w 1992 roku. Oba jednak funkcjonują pod innymi nazwami. Chodzi o Bank Inicjatyw Gospodarczych (BIG), który w 2003 roku przekształcił się w Millennium, a także Bank Rozwoju Eksportu (BRE), który w 2013 roku zdecydował, że żegna się ze starą nazwą i przemianował się na mBank.

Długowieczne okazały się spółki, które na GPW pojawiły się w 1993 roku. Wprawdzie debiutów było wówczas tylko sześć, jednak aż cztery spółki przetrwały do dziś. To Wielkopolski Bank Kredytowy (później BZ WBK, dziś Santander Polska), Mostostal Warszawa, Vistula (obecnie VRG) oraz Korporacja Gospodarcza „Efekt”. Więcej o najstarszych spółkach polskiej giełdy można przeczytać w artykule "Dinozaury GPW. Te spółki są na giełdzie najdłużej".
Pierwsza szalona hossa
Pierwsze miesiące nie były dla GPW szczególnie udane. Rok po otwarciu handlu indeks WIG znalazł się 20 proc. poniżej historcznego debiutu, spółek przybywało powoli i pojawiały się nawet liczne wątpliwości, czy obrany model jest słuszny. Średni wskaźnik C/Z dla akcji notowanych na GPW w 1992 roku sięgał ledwie 3,4, C/WK zaś 0,6. Teoretycznie nic, tylko kupować. Praktyka jednak brutalnie weryfikowała teorię i akcje po prostu nie chciały rosnąć. Wtedy nastał jednak rok 1993, a wraz z nim rozpoczęła się najbardziej szalona hossa w historii GPW.
- Każda hossa na początku ma racjonalne przyczyny. Wyceny w 1992 roku były bardzo niskie, istniały więc racjonalne powody do wzrostów. Później jednak giełda działała jak samonapędzający się mechanizm. Przyczyną wzrostów było to, że na poprzedniej sesji były wzrosty i tak w kółko. A dlaczego to rośnie? Tym już się ludzie przestali w pewnym momencie przejmować. Tak właśnie na GPW urósł balon – wspomina Wiesław Rozłucki, jeden z założycieli i ówczesny prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.
Szał zakupów przeniósł się i na kolejny rok. Do 8 marca 1994 roku WIG wspiął się na rekordowy poziom 20 760 pkt. Był więc wówczas notowany 20-krotnie wyżej niż na pierwszej sesji trzy lata wcześniej, tylko przez dwa lata od dna z czerwca 1992 roku WIG urósł zaś prawie 33-krotnie. Takiej hossy na GPW nie było nigdy wcześniej ani nigdy później. W 1994 roku balon jednak pękł i rollercoaster równie szybko zaczął podążać w dół.
Hossa 1993/94 jest ważnym punktem w historii GPW, bo o ile pierwsza sesja miała miejsce w 1991 roku, to jednak dopiero w 1993 roku obserwowano szeroki napływ zwykłych Kowalskich na GPW. Był to efekt m.in. szalejącej wówczas inflacji. Symbolem tamtych czasów stał się debiut Banku Śląskiego, po którego akcje ustawiały się gigantyczne kolejki. Szerzej te lata wspominamy w artykule "Tak wyglądała najbardziej szalona hossa w historii GPW".
WIG20 nie załapał się na wzrosty
Rok 1994 przynosi także kolejne ważne wydarzenie, które miało miejsce 16 kwetnia. W trzecią rocznicę pierwszej sesji na GPW, na rynku pojawił się indeks WIG20, który tym samym obchodzi dziś swoje 26 urodziny. Indeks powstał w momencie giełdowego przesilenia i nie załapał się już na hossę 93/94, za to odczuł uderzenie bessy. W efekcie Rok po debiucie indeks notowany był przeszło 40 proc. poniżej poziomów stratowych. To zatem kolejny duży indeks, który fatalnie zainaugurował przygodę z GPW.
Ciekawostką jest, że najgorszą sesję w historii indeksu WIG20 mieliśmy okazję jednak podziwiać całkiem niedawno. 12 marca 2020 roku WIG20 spadł o 13,2 proc., co przebiło nawet fatalne sesje z szalonych lat 90-tych i kryzysu 2008/09.
Handel wyglądał zupełnie inaczej
Warto przypomnieć, że handel w latach 90-tych wyglądał zupełnie inaczej, niż obecnie. Nim wprowadzono notowania ciągłe notowania odbywały się w formie fixingu. Rano przyjmowano zlecenia, potem ustalano kurs dnia i przeprowadzano po nim transakcje. Nie było więc systemu ciągłego, jak dzisiaj.
- Chodziło o to, że środki komunikacji były słabo rozwinięte. Zwykli inwestorzy korzystali ze swoich biur maklerskich, w telewizji podawaliśmy kursy, notowania były też w gazetach. Ludzie dopiero na tej podstawie mogli złożyć zlecenia na następną sesję. Brak notowań ciągłych miał wyrównywać te problemy z dostępem do informacji. W zamyśle wszyscy inwestorzy mieli mieć takie same szanse, niezależnie czy korzystali z notowań gazetowych, czy mieli wykupione drogie terminale – wyjaśnia prezes Rozłucki. Co istotne ze względu na fixing i jednolite notowania wycena akcji na sesji mogła zmienić się tylko o 10 proc., ruchy w hossie/bessie miały więc charakter "schodkowy".
Sesje nie odbywały się także codziennie. Początkowo notowania miały miejsce raz na tydzień, więc choć GPW rozpoczęła działalność w kwietniu, do końca 1991 roku przeprowadzono jedynie 36 sesji. W trakcie hossy 93/94 handlowano trzy razy w tygodniu, a codzienne sesje pojawiły się dopiero w połowie lat 90-tych. Na rewolucję w samym systemie notowań trzeba było jednak poczekać jeszcze do listopada 2000 roku, a więc debiutu Warsetu. Wcześniej giełda miała problem z przepustowością systemu, co ograniczało możliwości dotyczące przebiegu sesji.
Kiedyś to było, czyli parkiet i maklerzy
W latach bez powszechnego dostępu do internetu zupełnie inaczej wyglądała także rola maklera. - Makler był typowym pośrednikiem. Przyjmowaliśmy zlecenia od klientów, rejestrowaliśmy je w swoim systemie i faksem wysyłaliśmy do Warszawy. Tam w budynku po dawnym KC każde biuro maklerskie miało swoje swego rodzaju przedstawicielstwo i w tym biurze zlecenia były przepisywane na różowe i niebieskie kartoniki. Zamieszczano tam informacje o wolumenie, cenie i rodzaju zlecenia i tak przygotowany kartonik zanosiło się do głównej sali, w której odbywał się handel – wspomina Jarosław Kostrzewa, który w latach hossy 93/94 wykonywał właśnie obowiązki maklera.
- Każda spółka miała swojego maklera specjalistę, który siedział przy komputerze i przyjmował zlecenia dotyczące danej spółki. To on wprowadzał informacje z kartoników do systemu giełdowego i na ich podstawie ustalało się kurs dnia. Po sesji od giełdy otrzymywało się wydruk ze zrealizowanymi zleceniami, który z powrotem szedł faksem do biur lokalnych. W ten sposób informacja trafiała do klientów, którzy mogli przyjść do punktu obsługi i dowiedzieć się o losie swojego zlecenia i swoich akcji - dodaje Kostrzewa. Obecnie procesy te odbywają się w pełni internetowo.
Adam Torchała
































































