Frank szwajcarski w relacji do złotego notowany jest blisko najwyższych poziomów w historii. Wieloletni trend wzrostowy na parze frank-złoty pozostaje w mocy i należy się liczyć z ryzykiem coraz droższego franka w perspektywie kolejnych kwartałów.


Para frank-złoty zakończyła październikowe notowania na poziomie 4,3585 zł. Był to rekordowy miesięczny „kurs zamknięcia”. Nad ranem 2 listopada kurs franka wspiął się na wysokość aż 4,3827 zł, praktycznie wyrównując covidowy szczyt z marca 2020 roku. Jeszcze droższego franka obserwowaliśmy tylko raz w dziejach – przez dwa dni stycznia 2015 roku, gdy podczas „frankogeddonu” kurs CHF/PLN momentami przekraczał nawet 4,40 zł.
Generalnie frank w relacji do złotego jest obecnie notowany blisko najwyższych poziomów we współczesnej historii. Co więcej, od roku 2008 mamy do czynienia z jednoznacznym trendem wzrostowym. Kolejne dołki i szczyty na parze frank-złoty leżą coraz wyżej, a gdyby się uprzeć i włączyć do analizy także okres przed urynkowieniem kursu złotego w 1999 roku, to złoty tracił do franka niemal przez cały okres ostatnich 35 lat. Jedynym wyjątkiem były tu lata 2004-08, kiedy to kurs franka spadł z przeszło 3 zł do niespełna 2 zł.
Słabość złotego…
Notowania pary frank-złoty są wypadkową dwóch innych par walutowych: pary euro-złoty (czyli siły złotego wobec euro, naszej podstawowej waluty odniesienia w Polsce) oraz euro-frank (czyli siły franka wobec euro). Zajmijmy się najpierw tym pierwszym czynnikiem.
Od kilku lat złoty jest po prostu słaby. Presja na deprecjację polskiej waluty szczególnie widoczna stała się po maju 2015 roku. Był to ostatni miesiąc, w którym kurs euro zbliżył się do bariery 4 zł. Nigdy później polska waluta nie była już tak mocna. Z kolei najnowsza faza osłabienia złotego rozpoczęła się w marcu 2020 roku na fali wdrożenia zabójczej gospodarczo polityki lockdownów i uruchomienia zakazanego przez Konstytucję RP „drukowania” przez Narodowy Bank Polski pieniędzy na pokrycie deficytu fiskalnego państwa.

W pewnej mierze słabość złotego wynika też z ogólnie słabego sentymentu do walut krajów rozwijających się, jaki zapanował po 2008 roku i w zasadzie utrzymuje się do dziś. Ale w ostatnich latach i kwartałach wielu argumentów na rzecz deprecjacji złotego dostarczyły polskie władze, a szczególnie Narodowy Bank Polski. Więcej na ten temat pisaliśmy w artykule zatytułowanym „Słaby jak polski złoty. NBP nie widzi problemu”.
Od prawie 5 lat w Polsce mamy do czynienia z „represją finansową”, czyli sytuacją, gdy krótkoterminowe stopy procentowe ustalane są poniżej poziomu bieżącej inflacji. Obecnie nawet po mocnej listopadowej podwyżce realna stopa procentowa w Polsce wynosi -5,2% i jest to jeden z najniższych wyników wśród dużych gospodarek świata. Oznacza to, że nie opłaca się lokować kapitału w polskiej walucie, ponieważ nawet lokata w ujemnie oprocentowanym franku szwajcarskim (na ok. -0,75%) przynosi obecnie wyższą realną stopę zwrotu (ok. -1,92%)!
Przyzwolenie dla inflacji ze strony Narodowego Banku Polskiego w znacznej mierze tłumaczy obserwowaną od kilku lat słabość złotego. Klarownie wyłożył to prof. Stanisław Gomułka:
- Tak zwany efekt Balassy-Samuelsona, wynikający stąd, że tempo wzrostu PKB na roboczogodzinę jest w Polsce o około 2 punkty procentowe wyższe niż średnio w krajach strefy euro, powinien dawać aprecjację złotego w tempie też około 2 proc. rocznie. Tymczasem zamiast takiej aprecjacji mieliśmy w latach 2020-2021 deprecjację złotego o około 10 proc., czyli w tempie około 5 proc. rocznie. Ta deprecjacja wyjaśnia praktycznie całkowicie, dlaczego inflacja w Polsce była w ostatnich dwóch latach wyższa niż w strefie euro - tłumaczy profesor Gomułka. Rozumowanie to łatwo można odwrócić: gdyby Rada Polityki Pieniężnej robiła to, co do niej należało (czyli trzymała inflację w 2,5-procentowym celu), to zamiast deprecjacji złotego, zapewne obserwowalibyśmy niewielkie umocnienie polskiej waluty wobec euro.
… i względna siła franka
Po drugiej stronie naszej pary walutowej mamy franka szwajcarskiego. Walutę słynącą z tego, że w długim okresie czasu lepiej niż jakimikolwiek inny papierowy pieniądz trzyma siłę nabywczą (a dokładniej, że traci ją wolniej niż inne waluty). Frank i neutralna Szwajcaria to klasyczna „bezpieczna przystań”, do której ciągnie kapitał w niepewnych czasach. Także w czasach koronakryzysu.
Wyprzedzając pierwsze uderzenie plagi COVID-19 (a raczej rządowej reakcji na chińskiego wirusa), frank wydatnie umocnił się względem euro. Między listopadem 2019 a kwietniem 2020 kurs EUR/CHF obniżył się z 1,10 do 1,05 franka za euro. Potem na fali szczepionkowego optymizmu nadeszło odreagowanie i powrót do poziomu 1,10, ale od wiosny frank znów zyskuje wobec wspólnotowej waluty – w ostatnich dniach para euro-frank znów jest notowana blisko kluczowego poziomu 1,05.
Jeśli jednak sprawie przyjrzeć się bliżej, to umocnienie franka względem euro jest nie tyle przejawem siły tego pierwszego, co słabości drugiego. Albowiem poza krótkotrwałymi epizodami frank szwajcarski utrzymuje w miarę stabilną wartość w stosunku do dolara amerykańskiego. Przez poprzednie 10 lat kurs USD/CHF waha się w przedziale 0,87-1,03 franka za dolara. Zatem mimo że znaczna część szwajcarskiej wymiany handlowej odbywa się z krajami strefy euro, to helwecka waluta wykazuje mniejszą zmienność wobec dolara niż wobec euro.
A tymczasem dolar od czerwca wyraźnie zyskuje względem euro. W ślad za dolarem podąża też frank. Można więc zaryzykować tezę, że to nie tyle frank jest jakoś specjalnie mocny, co euro jest słabe. I w zasadzie trudno się temu dziwić. Rezerwa Federalna właśnie ograniczyła tzw. dodruk pieniądza (QE) i powinna go definitywnie zakończyć do połowy 2022 roku. Wtedy też rynek oczekuje pierwszej podwyżki stopy funduszy federalnych. Tymczasem Europejski Bank Centralny nic sobie nie robi z najwyższej od 2008 roku inflacji cenowej w eurolandzie. Niedodatnie stopy procentowe w strefie euro nie zostaną podniesione w dającym się przewidzieć terminie. Na całego ma też hulać program skupu obligacji (APP), który funkcjonuje bez jakiejkolwiek daty zakończania.
Mamy więc do czynienia z sytuacją, gdy złoty słabnie nawet w stosunku do słabnącego na całej linii euro, którego emitenci już nawet nie udają, że troszczą się o jego siłę nabywczą. To element „wyścigu do dna”, w ramach którego banki centralne przez poprzednie 10 lat ścigały się o to, kto szybciej i mocniej obniży wartość własnej waluty. W tym całym szaleństwie Szwajcarski Bank Narodowy stara się zachować resztki normalności i pilnuje tylko tego, aby frank nie umacniał się zbyt gwałtownie. I to może wystarczyć, aby kurs CHF/PLN prędzej czy później ustanowił nowe maksimum.





























































