Na rynku ropy utrzymuje się niespotykana wcześniej anomalia. Podczas gdy cena europejskiego surowca marki Brent wciąż przekracza sto dolarów za baryłkę, notowana w Nowym Jorku i pochodząca z Teksasu słodka lekka ropa kosztuje o przeszło 12 dolarów mniej.
„Jest wiele niepewności dotyczącej Egiptu. Nie wiemy, co się tam wydarzy i martwimy się, że ta zaraza będzie się rozprzestrzeniać na inne kraje regionu” – powiedział agencji Reutersa Christophe Barret, analityk pracujący dla francuskiego banku Credit Agricole.
Te „inne kraje” to oczywiście Arabia Saudyjska, która jest największym na świecie eksporterem ropy naftowej. W ten sposób rynek dyskontuje zagrożenie, iż protesty przeciwko dyktatorskim rządom dotkną także królewską rodzinę Saudów, co mogłoby bardzo poważnie zdestabilizować sytuację po stronie podaży.
Na razie jednak obawy dotyczą transportu surowca z Zatoki Perskiej przez Kanał Sueski, którym przewozi się ok. 2,5% światowej produkcji ropy. Atmosferę strachu umiejętnie podżegają sami producenci: wenezuelski minister ds. ropy Rafael Ramirez stwierdził, że ceny mogą sięgnąć i 200 USD za baryłkę, gdyby Kanał Sueski został zamknięty (na co na razie się nie zanosi).
Tymczasem na rynku fizycznie istniejącej ropy nie tylko nie ma niedoborów, ale można wręcz mówić o względnie wysokim stanie zapasów. W Stanach Zjednoczonych w zeszłym tygodniu komercyjne rezerwy surowca zwiększyły się o 2,6 mln baryłek, do poziomu 343,2 mln.
K.K.





























































