Czy obudzili się dziś Państwo w innym świecie? Nie? A jednak. Bo to już świat bez zerowych stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Podwyżka niby tylko kosmetyczna, ale zmiana jakościowa może mieć istotne konsekwencje.


Rezerwa Federalna po siedmiu latach zerwała z polityką zerowych stóp procentowych (ZIRP) i podniosła stopy procentowe o 25 p.b. Była to pierwsza podwyżka od czerwca 2006 roku. W opinii mediów i analityków głównego nurtu to przełomowa decyzja (zgoda), zmieniająca zasady gry na rynkach finansowych (tu bym polemizował).
Gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy?
Przy całym medialnym szumie wokół decyzji FOMC uważam, że warto jasno postawić pewne sprawy:
- ZIRP i QE były finansową anomalią szkodliwą dla gospodarki, tworzącą bańki spekulacyjne i masę nietrafionych inwestycji. Każdy dzień ZIRP-u przynosił trudne do oszacowania straty.
- głównym celem ZIRP i QE było utrzymanie przy życiu niewypłacalnego kartelu bankowego, a rzekome „wsparcie” dla gospodarki stanowiło jedynie zasłonę dymną.
- podwyżka stóp w USA była spóźniona o 5-6 lat! W normalnych warunkach (tj. bez kryzysu zagrażającego nowojorskiej finansjerze) Fed podniósłby stopy gdzieś na przełomie 2009/10.
- podniesienie stóp o 25 p.b. tak naprawdę niczego nie zmienia. Koszt kredytu w USA – i w prawie wszystkich krajach rozwiniętych – pozostaje na anormalnie niskim poziomie. To nie jest rozgłaszany przez mainstream „powrót do normalności”. „Normalność” to stopy procentowe w USA rzędu 4-5%.
- prognozowana przez członków FOMC ścieżka zmian stóp procentowych (tzw. fedokropki) zakłada na 2016 rok cztery podwyżki stopy funduszy federalnych po 25 p.b. każda. Za 12 miesięcy możemy się spodziewać stopy funduszy federalnych w przedziale 1,25-1,50%. Wciąż byłby to poziom ultraniski jak na historyczne standardy.
- zwłaszcza że rynek nie wierzy nawet w tak „gołębią” ścieżkę, zakładając co najwyżej dwie podwyżki w 2016 r.
Reasumując: stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych pozostaną bardzo niskie jeszcze przez długi okres i póki co prawie nikt nie wierzy, że kiedykolwiek wrócą do poziomów, jakie przed kryzysem uznawane były za „normalne” (tj. 4-5%).
Wbrew pozorom nie ma się z czego cieszyć. Oznacza to tyle, że z następną recesją USA zmierzą się bez buforu bezpieczeństwa, jakim w ostatnich dekadach była możliwość obniżek stóp procentowych. Co prawda w odwodzie są kolejne QE i ujemne stopy procentowe (do których niedawno zachęcał były prezes Fed Ben Bernanke), ale to jednak nie to samo, co klasyczna redukcja kosztów kredytu.

Cykl koniunkturalny jest bezlitosny i gdy dopełni się obecne „ożywienie”, największa gospodarka świata z całą mocą zderzy się z realiami ekonomii: niespłacalnym i „nieobsługiwalnym” długiem zarówno publicznym jak i prywatnym, bańką na rynku długu oraz przewartościowanym sektorem nieruchomości. Być może dopiero wtedy rynek i opinia publiczna otrząśnie się z największej bańki ostatnich dekad: bańki zaufania we wszechwiedzę i wszechmoc Rezerwy Federalnej.



























































