Najnowszy rajd w sektorze metali szlachetnych doczekał się już całkiem sporej liczby wyjaśnień. W zależności od tego, które z nich są prawdziwe, jest to albo chwilowy zryw, albo dopiero początek wielkiej hossy.


Tylko w środę srebro podrożało o 7,6% po zwyżce o 6% dzień wcześniej. Biały metal jest najdroższy od niemal 7 lat, choć jeszcze cztery miesiące temu był najtańszy od 10 lat. Od marcowego dołka dolarowe notowania srebra poszły w górę o niemal 100%.
Spokojniej jest na rynku złota (+1,4% w środę), ale to żółty metal zbliża się do nominalnych rekordów wszech czasów. Uncja trojańska tego kruszcu kosztuje już ok. 1870 USD i jest tylko o 51 USD tańsza niż we wrześniu 2011 roku. Od początku 2020 roku dolarowe ceny złota wzrosły o blisko 23%.
Dla branży finansowej tak dobre osiągi metali szlachetnych są sporym zaskoczeniem. Z kolei dla goldbugów dziwne jest tylko to, że rynek zareagował tak późno. Że potrzeba było kilku miesięcy, aby ceny złota i srebra poszły w górę w odpowiedzi na biliony dolarów „dodrukowanych” przez Rezerwę Federalną na pokrycie gargantuicznych deficytów rządu USA. W tym ujęciu to nie złoto drożeje, lecz dolar gwałtownie traci na wartości.
Coraz bardziej widoczny jest bowiem mechanizm, który potencjalnie może doprowadzić do upadku współczesnego systemu monetarnego opartego o hegemonię dolara i Stanów Zjednoczonych. Ekonomiści ostrzegają, że jeśli Kongres nie uchwali wydłużenia nadzwyczajnych wydatków (w tym hojnych zasiłków dla bezrobotnych), to Amerykanie będą masowo bankrutować na długach wobec banków, co wywoła lawinę plajt w systemie bankowym i zaostrzy kryzys finansowy.

W praktyce administracja USA czy Kanady (podobnie rzecz ma się w niektórych krajach Europy) wypłaca milionom swoich obywateli tzw. dochód bazowy (uniwersalny, obywatelski – jak zwał, tak zwał) finansując go bezpośrednio przez kreację pieniądza w banku centralnym. Zasadniczo sprowadza się to do płacenia ludziom za niepracowanie świeżo „dodrukowanymi” pieniędzmi. W szybkim tempie rośnie więc podaż pieniądza, a ilość dóbr wytwarzanych w gospodarce jest mniejsza niż przed marcem 2020 roku.
Potencjalnie jest to mieszanka wybuchowa dla bardzo wysokiej inflacji. Taka inflacja może, ale nie musi dojść do skutku. Gdyby jednak doszła, to inwestorzy wolą być na nią przygotowani, trzymając kapitał w akcjach i metalach szlachetnych zamiast w przynoszących praktycznie zerową rentowność obligacjach skarbowych. W warunkach prawie zerowych (lub wręcz ujemnych!) rentowności na całej długości krzywej dochodowości złoto (które nie wypłaca odsetek) traci swój zasadniczy mankament.
Pojawiają się też głosy, że run na złoto i srebro wywołany jest obawami o powstanie bańki spekulacyjnej na Wall Street. Ryzyko to dotyczy przede wszystkim spółek technologicznych, które od marca ciągną w górę giełdowe indeksy. Wyceny walorów z S&P500 a zwłaszcza z Nasdaqa są obecnie na poziomach zbliżonych do tych z końca XX wieku, gdy pękała bańka internetowa. W tym ujęciu inwestycja w złoto jest po prostu zabezpieczeniem portfela przed krachem na rozgrzanym do czerwoności amerykańskim rynku akcji.
Jeszcze inni wskazują na ignorowane obecnie ryzyko drugiej fali pandemii Covid-19. W Stanach Zjednoczonych w połowie lipca odnotowano nowy rekord dziennej liczby wykrywanych przypadków zakażenia chińskim koronawirusem. Był to wynik przeszło dwukrotnie wyższy od szczytu z kwietnia. Choć sam wirus wygląda teraz znacznie mniej groźnie niż wiosną, to władze kolejnych stanów decydują się na przywracanie zakazów łamiących podstawowe prawa obywatelskie, co w kwietniu poskutkowało najgłębszym od przynajmniej 90 lat kryzysem gospodarczym w Ameryce. Gdyby polityka lockdownów wróciła na masową skalę, to nadzieje na V-kształtne ożywienie gospodarcze spaliłyby na panewce. Tak samo jak post-covidowa hossa, która wyniosła giełdowe indeks albo na nowe szczyty (Nasdaq) albo w ich pobliże (S&P500, DAX).
Jak widać, powodów do posiadania złota nie brakuje. Z drugiej strony jest jednak obawa, czy rynek nie przereagował ze wzrostami cen metali szlachetnych tak samo, jak prawdopodobnie przereagował ze wzrostami cen akcji. Ponadto do całego równania wprowadzono kompletnie nieprzewidywalną zmienną, jaką jest polityka banków centralnych. Fed i spółka w praktyce kontrolują i ustalają krzywą rentowności obligacji, ratują przed niewypłacalnością bankrutujące państwa i korporacje oraz finansują dochód bazowy dla dziesiątek milionów obywateli krajów rozwiniętych. Nikt nie wie, jak ten wielki eksperyment się skończy. Ale gdyby nie miał skończyć się dobrze, to warto mieć choć trochę fizycznego złota bądź srebra – z takiego założenia wydaje się dziś wychodzić coraz więcej inwestorów, w tym także profesjonalnych zarządzających portfelami.



























































